Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Rodzina · 31 min czytania

Po prostu Stasiek

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Siedziałem na schodkach przed domem i przyglądałem się starszemu bratu Władkowi jak sprawnie przebiera palcami w grochu. Spojrzałem na lekko zachmurzone niebo. Ciekawe jak tam jest, tam ponad chmurami. Zbyszek z sąsiedztwa mówił, że cały czas świeci słońce. Ostatnio tak sobie myślałem, że jak będę w wieku Władka to polecę samolotem do nieba. Osiądę na jakimś małym, miękkim obłoku i będę obserwował wszystkich z góry. Do towarzystwa wezmę sobie Helenkę, a do zabawy nowy wiatraczek. Kupiłem go tydzień temu na targu w Olszyńcu. Ciekawe czy tam w niebie wieje wiatr… Z powrotem zacząłem przyglądać się bratu. Tata dawno nie obcinał nam włosów i grzywka zlatywała mu na czoło. Był taki wysoki i szczupły, a nie to, co ja. Ale to pewnie, dlatego, że on cały czas pracował, a ja objadałem się wielkimi porcjami obiadu. Dzięki jego zaangażowaniu rodzice kochali go bardziej, zawsze to on był wzorem. Już dawno ojciec oznajmił nam, że dom i pole przepisze Władkowi. Nie żałuję! Co mi tam z ziemi? I tak polecę do nieba, żadne zboże mi nie pomoże. Tak szczerze to po cichu zacząłem podliczać ile zostało jeszcze czasu do mojej wielkiej wyprowadzki. Nikt o tym nie wie oprócz mojego drewnianego przyjaciela Gucia. Zrobiłem go jakieś trzy lata temu sam! i od tamtej pory nie rozstaję się z nim. Zawsze uważnie mnie słucha i nadstawia swoje malutkie ramię żebym miał się, nad czym wypłakać. Kiedyś pokazałem go Władkowi, ale ten mnie po prostu wyśmiał i jeszcze powiedział coś typu: „dzieciak”. Głupi! Ciekawe, co może być gorszego w drewnianej figurce niż w znaczkach i karteczkach okazjonalnych. Rodzice zawsze popierają brata, ale już się przyzwyczaiłem przez te jedenaście lat. Gdy jest naprawdę źle pocieszam się, że jeśli już tyle przeżyłem to te następne lata też jakoś wytrzymam, a potem już mnie więcej nie zobaczą. Wszystkim wyjdzie to na dobre. - Zaczyna padać.- Stwierdził Władek ze smutkiem. Spuścił głowę w dół. Martwił się pewnie, że już nic więcej dziś nie zrobi. Faktycznie rozpadało się na dobre. Musieliśmy szybko schować się w domu. W kuchni pachniało gotowaną kapustą. To był zdecydowanie mój ulubiony zapach, chociaż niektórych skutecznie odrzucał. Ojciec czyścił stare buty. Władek od razu rzucił się do pomocy. Ten chłopak to nawet przez pięć minut nie może usiedzieć bez roboty! Lekko rozgoryczony poszedłem do swojego małego pokoju. Tak naprawdę to był kiedyś komórką, ale brat potrzebował więcej miejsca w naszej- teraz jego sypialni. Rzuciłem się na łóżko. Oprócz niego stał jeszcze mały stolik w rogu. Nie było więcej wolnej przestrzeni do postawienia czegokolwiek innego. Moje myśli zaczęły krążyć wokół Helenki, tej złotowłosej Helenki. Jej zielone oczy były w odcieniu świeżej trawy. Niski wzrost był jej atutem, bo była troszkę pulchna, a przy tym słodka jak pączek z lukrem. Jak by to było gdybyśmy mieszkali razem w niebie? Ciekawe czy by się zgodziła wyjechać ze mną… Puk, puk, puk… Pomyślałem, że tata coś przybija. Mimo wszystko wstałem, by zorientować się dokładnie skąd dochodził ten hałas. Jednak w kuchni nic się nie działo… Pukanie powtórzyło się. -Rysiek, idź sprawdzić, co to!- Wrzasnął ojciec do mnie. -Ale leje!- Warknąłem cicho. - Nic ci się nie stanie. I lepiej pobiegnij to trochę zrzucisz tego cielska. - Niech Władek idzie. - On dziś ciężko pracował w porównaniu do ciebie. - Ja też pracowałem!- Obruszyłem się.- Nosiłem ciężkie skrzynki. Podstawiałem mu je pod nos.- Wskazałem na brata. - Chyba coś powiedziałem?! Co miałem zrobić? Założyłem powoli kurtkę z kapturem i poszedłem w stronę stodoły, bo stamtąd znów powtórzyło się pukanie. Nasze podwórko zamieniło się w błotnistą ciapę przez deszcz. W ogóle wszystko było szare. Jeszcze bardziej nasunąłem sobie kaptur na głowę, bo krople boleśnie chłostały mi twarz. Z trudem dostrzegłem drewnianą stodołę przez firanę deszczu, chociaż była dosyć blisko. Nie patrzyłem pod nogi. Potknąłem się i przewróciłem prosto w wielką kałużę. Wstałem i otarłem twarz z brązowej mazi. Może mi się zdawało, a może ojciec naprawdę krzyknął coś w rodzaju „niezdara”? Nieważne. Nie przeszkadzały mi już krople. I tak byłem już cały mokry i brudny. Co za los! Ojciec sam mógł sobie pójść i sprawdzić ten łoskot. Otworzyłem rozklekotane drzwi od stodoły. Zaskrzypiały cicho. Ostrożnie wszedłem do środka. Kto wie, co tam się chowało. Stąpałem jak najciszej mogłem, ale było to trudne w kaloszach, które skrzypiały z każdym krokiem. Na lewo, w stosach zeszłorocznej słomy coś się poruszyło. -Kto tam?- Zapytałem lekko roztrzęsionym głosem. Nikt nie odpowiedział. Może to po prostu zmoknięty kotek? Podszedłem bliżej. Pomiędzy złotymi źdźbłami słomy prześwitywało coś ciemnego. Wyciągnąłem przed siebie rękę. - Dobra, dobra dosyć już zabawy w chowanego!- Aż krzyknąłem na te słowa. Podskoczyłem ze strachu, a potem stanąłem w bezruchu. Przede mną pojawił się chłopiec. Był wysoki, prawie taki jak Władek. Włosy miał koloru słomy. Jego ubrania były gorsze od moich, chociaż zawsze dostawałem je po bracie. Bluzka z krótkim rękawkiem miała jedną dosyć dużą dziurę na boku, a końce szwów były rozszarpane. Spodnie też nie były w lepszym stanie. Po kilku sekundach odzyskałem głos i zapytałem nieco za ostro: -Kim jesteś? -Jestem Stasiek.- Odpowiedział swobodnie chłopiec. - A nazwisko? - Nie mam. - Jak to nie masz?- Zdenerwował mnie. - No normalnie. Jestem po prostu Stasiek. - Dobra Stasiek, co robisz w mojej stodole? Spojrzał na mnie z wyższością. Wypiął mężnie pierś, co trochę śmiesznie wyglądało, bo był bardzo chudy i powiedział głośno: - Latający balon! - A po co ci on? -Dlaczego ciągle zadajesz pytania? Teraz ty mi powiedz coś o sobie. Miał rację, to nie było fair. Przez tę krótką, ale jakże denerwującą konwersację zadawałem tylko i wyłącznie pytania. Ojciec skarciłby mnie za taki brak wychowania. Ale w sumie ten chłopak siedział u nas w stodole. Powinien to wyjaśnić. Najpierw się przedstaw, powiedziałem do siebie w myślach. - Nazywam się Ryszard Ryż i mam…- Nie dokończyłem, bo Stasiek wybuchł donośnym śmiechem. - Ryż? Co to za nazwisko?- Wysapał w krótkiej przerwie między atakami śmiechu. - Lepsze takie niż żadne.- Odpyskowałem. Jak on mógł? Jak śmiał? Nagle coś usłyszałem.- Chowaj się, szybko! Ktoś tu idzie.- Szepnąłem. Z powrotem wskoczył w sam środek kupy słomy. Nasłuchiwałem kroków. Były energiczne. Poznałem po nich ojca. Zawsze chodził szybko i stawiał wielkie kroki. Gdyby chciał mógłby startować w jakiś zawodach. Po kilku sekundach otworzyły się drzwi, prawie wypadły z zawiasów. -Co ty tutaj robisz?- Zapytał ojciec oschle. - Trochę tu posprzątam przed żniwami. - A co to tak pukało?- Zapytał podejrzliwie rozglądając się wokoło. - Kot z sąsiedztwa wszedł do jednej z maszyn i potem nie mógł wyjść.- Musiałem kłamać, a przynajmniej do momentu, kiedy Stasiek naprawdę by mnie zdenerwował. Inaczej ojciec wyrzuciłby go od razu na zbity pysk. -Który? Ten czarny?- Zapytał, chociaż było widać, że go to wcale nie interesuje. - Ten. Właśnie ten.- Powiedziałem szybko. Ojciec posłał mi dziwne spojrzenie. Zadał jeszcze kilka pytań i odszedł szybko. - Dzięki.- Rzucił Stasiek otrzepując się z kurzu. Złość przeszła mi jak ręką odjął, kiedy znów spojrzałem na jego wygląd. Był taki mizerny, chudy i blady jak kreda. Gdybym mógł oddałbym mu połowę siebie. Obydwoje byśmy na tym dobrze wyszli. On nie byłby takim chudzielcem, a ja grubasem. -Kim ty jesteś tak dokładnie i czego tu szukasz?- Zapytałem go siląc się na miły ton głosu.- Gdzie jest twoja rodzina? - Nie mam rodziny. Mama i tata umarli trzy lata temu na gruźlicę. Jacyś ludzie chcieli zabrać mnie do domu dziecka, ale zwiałem. Tułam się, idę przed siebie, choć nie wiem nawet gdzie jestem. W dni takie jak te chowam się po domostwach, a czasami jakaś miła starsza pani da mi coś do jedzenia.- Spuścił oczy lekko zawstydzony. - Jesteś głodny?- Zgadłem, bo pokiwał głową. - Wytrzymasz jeszcze jakieś dwie godziny? Będą dziś gołąbki na obiad. Przerzucę dla ciebie jednego, jeśli chcesz. - Mógłbyś?- Ucieszył się chłopiec. Rozbłysły mu czarne oczy.- Nie będziesz miał kłopotów? Twój ojciec nie wydaje się być miły. - Spokojna głowa. Wybiegłem szybko ze stodoły. Widoczność była już dobra, bo gęsty deszcze przeszedł w drobny deszczyk, który miał się niebawem skończyć. Wleciałem do domu jak burza, co nieco zdziwiło resztę rodziny. Dziwne, ale byłem nieco podekscytowany. - Dobrze się czujesz?- Zapytała matka niezbyt zatroskanym głosem. Ludzie, ja czułem się jakbym mógł latać! Tylko, czemu? Dlaczego jakiś obcy chłopak wywarł na mnie takie uczucia skoro nawet go nie znałem, przecież nie dalej jak pół godziny temu denerwował mnie swoimi głupimi odpowiedziami? Usiadłem przy stole szybko, chyba szybciej niż zawsze. - Starczy dla wszystkich…- Powiedział sucho ojciec. - No tak.- Trochę się zawstydziłem. Musiałem bardziej uważać na swoje zachowanie. Władek wypiął dumnie pierś i wziął do rąk sztućce. Oczywiście, musiał pokazać, jakim to on jest kulturalnym i dobrze wychowanym chłopcem. Czasami zastanawiam się czy wszystkie czternastolatki są takimi lizusami. Mam nadzieję, że nie, bo ja bym nie wytrzymał gdybym miał się tak wyprężać jak Władek. Kiedy zdawało mi się, że nikt nie patrzy wsadzałem gołąbki i kartofle pod stół. Na kolanach miałem papier, w który zawijałem jedzenie. Ojciec raz mnie nakrył, akurat, kiedy miałem pół gołąbka w ręce. - Chłopcze, je się łyżką! Nikt ci nie zabierze jedzenie, chociaż chyba przydałoby się, bo robisz się coraz gorszy. Spłonąłem rumieńcem. Po skończonym posiłku wybiegłem szybko z domu. Pod stodołą znalazłem się minutę później. Tym razem wszedłem do niej pewnym krokiem nie obawiając się niczego. Od razu spojrzałem na kupkę słomy, ale nic nie wskazywało na to, że Stasiek dalej tam jest. Zamknąłem za sobą drzwi i zacząłem się rozglądać. Przestraszył się? Uciekł? Ale czemu? Obiecałem mu, że przyniosę trochę jedzenia. - Stasiek? Jesteś tu?- Krzyknąłem zdenerwowany. Na szczęście był. Zaśmiał się cicho i wyszedł zza wielkiego wozu, do którego zaprzęgaliśmy nasze dwa konie. -Co ty tam wyprawiałeś?- Zapytałem, gdy podszedł do mnie. - Nie byłem pewny czy to ty. Nie chciałbym żeby znalazł mnie twój ojciec. Tak, to zdecydowanie nie byłoby miłym przeżyciem. Na myśl o Staśku- obcym chłopaku i ojcu, któremu szybko skakało cieśnienie ze zdenerwowania przeszły mnie ciarki. Chłopiec ucieszył się z jedzenia, bo jak twierdził nie miał nic w ustach od dwóch dni. Ja mu tam nie wierzę, no bo jak to tak? Siedzieliśmy na starych oponach i gadaliśmy sobie jak najlepsi przyjaciele. Opowiedziałem mu o Władku i jego chęci do roboty. Stasiek parsknął śmiechem, kiedy opowiedziałem mu jak ścigałem się z bratem do sklepu. Przegrany miał kupić zwycięzcy oranżadę w butelce. Oczywiście przegrałem, ale tak liczyłem, że jednak dobiegnę pierwszy, że nie wziąłem ze sobą pieniędzy. Musiałem to odrabiać czyszczeniem koryt dla świń. Nie ma co, Władek miał uciechę tamtego dnia. - Powiedz mi o twoich rodzicach, jak umarli i co się potem z tobą działo.- Poprosiłem. Zauważyłem, że trochę zmienił się na twarzy, trochę posmutniał. Zdałem sobie sprawę, że popełniłem błąd prosząc go o coś takiego. To nie jest miłe, takie opowiadanie o rodzicach, którzy umarli. – Przepraszam, nie mów, jeśli nie chcesz.- Szepnąłem. - Wszystko w porządku. Rodzice umarli jak miałem dziewięć lat. Od dawna chorowali, ale nikt nie wiedział, co im jest. Jakiś tydzień przed śmiercią nie mogli podnieść się z łóżka. Zajmowałem się całym gospodarstwem. Doiłem krowy, gotowałem coś prostego. Zmarli w nocy, podczas snu. Przez kilka dni leżeli tak martwi, nie ruszałem ich, nie powiedziałem nikomu o tym, co się stało. Nie chciałem żeby mi ich zabierali. Myślałem, że nie poradzę sobie bez nich, a tak przynajmniej mogłem na nich patrzeć, rozmawiać z nimi, chociaż oni nigdy mi nie odpowiadali.- Spuścił głowę, chyba nie chciał żebym widział łzy w jego oczach. Może myślał, że będę się z niego śmiał? W każdym razie nie miałem zamiaru.- Pewnego dnia przyszła sąsiadka, stara Klonowska, bo od dawna nie widziała moich rodziców. Była przerażona, gdy zastała mnie z nimi, w końcu byli martwi. Od razu zajęła się pogrzebem. Kobieta naprawdę się postarała. Był piękny. Po dwóch dniach oświadczyła mi, że zabiorą mnie ludzie z jakiejś placówki. Błagałem ją, żeby przygarnęła mnie do siebie. Obiecywałem, że zajmę się wszystkim, że nie będę dużo jadł, i że mogę spać w stodole. Nie zgodziła się. Uciekłem w nocy. Tak jak już ci mówiłem chodzę po Polsce już przez trzy lata. Kiedy jest zimno albo pada deszcz chowam się gdzieś, a gdy jestem naprawdę głodny żebrzę. A propos, gdzie trafiłem tym razem? - Do Zagórza Śląskiego- powiedziałem po kilku sekundach otrząsając się z rozmyśleń. Stasiek był tylko rok starszy ode mnie. Tak wcześnie zmarli mu rodzice. Tak dużo już przeżył. Było mi go bardzo szkoda. Prawie zapomniałem już, jaki byłem zły na początku naszej znajomości. - Jutro zabiorę cię nad rzekę, żebyś mógł się umyć. Mam nadzieję, że będzie ładna pogoda. Mieliśmy szczęście, bo następnego dnia było słonecznie i dosyć ciepło. Wziąłem z domu ręczniki i razem ze Stasiek uciekliśmy ze stodoły przez dziurę w drewnianej ścianie. Biegliśmy jak szybko mogliśmy, a raczej jak szybko ja mogłem. Stasiek dotrzymywał mi tempa i nie obrażał się na mnie jak Władek, gdy mieliśmy coś szybko załatwić. - Jak nazywa się ta rzeka?- Zapytał Stasiek, kiedy siedzieliśmy na brzegu. -Jeśli mam wierzyć Zbyszkowi z sąsiedztwa to jest to rzeka Walimka. Ale Zbyszek czasami lubi zmyślać, więc nie jestem pewien. - Poznasz mnie z tym całym Zbyszkiem? - Jasne. Wydaje mi się, że jutro nie jedzie traktorem w pole, możemy do niego pójść rano. Nie mieszka daleko stąd. Bawiliśmy się świetnie dopóki Stasiek nie zaproponował wyścigów w pływaniu. Poczułem się głupio. To oczywiste, że umiał pływać, był taki wysoki i wyglądał na wysportowanego. Ja natomiast opływałem w tłuszczu. Chociaż nie było bardzo gorąco, około dwudziestu stopni, strasznie się spociłem. Mój brzuch zawsze mnie ogrzewa i jest przydatny w zimie, kiedy jest bardzo zimno, a nie mamy dostatecznie dużo pierzyn. Ja zawsze dostaję ich najmniej, a Władek podwójną ilość. On jest przecież taki słaby, ale jednocześnie zapracowany. Potrzebuje porządnego snu. Tak przynajmniej twierdzą rodzice, czasami mnie niemiło mdli, jak się tak nad nim rozczulają. W każdym razie z pływania nici, od razu pociągnęłoby mnie na dno. - Woda jest zimna- wymigałem się. - Nie bądź taki delikatny. Wskakuj!- Krzyknął Stasiek. Po pas był już w wodzie. Nie zgodziłem się. Przekonywał mnie przez kilka minut, że wcale nie jest głęboko, i że woda jest dosyć ciepła, ale uparłem się jak osioł. Siedziałem na trawie i patrzyłem na niego smutnym wzrokiem. Wyszedł z wody i przyłączył się do mnie. - Dobra kolego, koniec z tymi gierkami- rzekł niby to groźnie- powiedz mi, o co chodzi. Dlaczego nie chcesz pływać? Jeśli tak bardzo chce wiedzieć to powiem mu. Zebrałem się w sobie i przygotowałem na wyśmianie. Po kilku sekundach powiedziałem nieśmiało: - Nie umiem. -Co?!- Krzyknął Stasiek. No tak, wiedziałem, że tak będzie. Po co ma się kolegować z taką niezdarą jak ja? Nie umiem biegać ani pływać, a na dodatek cały czas noszę ze sobą „oponę”.- Nie umiesz pływać? Zużyłem przez ciebie dużo śliny na gadanie o wodzie. Myślałem, że najnormalniej w świecie się boisz, a ty mi mówisz, że nie umiesz pływać? Wstałem z ziemi i wziąłem w rękę ręczniki. Stasiek spojrzał na mnie zdziwiony. - Gdzie się wybierasz?- Zapytał. - Idę do

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Po prostu Stasiek — czytnik · opowiadania