Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 10 min czytania

Po śmierć zadzwonię skrzypcami ( z życia autora)

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Dla Basi i całego świata Dla Marmolady Chrystusa- warto żyć.

Śmierć tez potrafi płakać. Mateusz Kulesza

I.

Było zimno. Oddychałem świeżym powietrzem . Matka robiła porządki przed Wielkanocnymi świtami. Brat wszedł z butami na fotel i wziął ciuciu . Ja trząsłem się z zimna. Brat wyrzucił z siebie pogardliwy śmiech . Zabierając cos co leżało obok mnie. NIE LUBIĘ ŚWIĄT. Bardzo nie lubię – każdych świąt . Matka chodziła to w tą ...to w tamta.. Mówiąc tylko: nie przeszkadzaj . Wzięła w ramiona czerwony rower mojego brata. Powiedziała że tu w kuchni go postawi . Wziąłem trochę powietrza w swoje ciało. Siedziałem na fotelu. Była właśnie godzina której bardzo nie lubię. Była trzynasta. Była trzynasta pięćdziesiąt cztery. Brat dzwonił rowerem. Matka odkurzała dywan. Ja pisałem. Siedziałem. Czekałem. Nabrałem śliny. Słyszałem tylko : Mateusz, wyłącz tą muzykę.. wyłącz.. Milczałem. Wróciłem do swego pokoju. Położyłem się. Zrobiło mi się cieplej. Znacznie lepiej. Zamknąłem oczy. Kawa. Czarna. Mała. Msza. Pogrzeb. Ja. Ojciec. Matka. Brat. Dziewczyna. Sygnalizacja. Wymiociny. Turbulencja. Zdechły pies. Ja. Otworzyłem oczy. Słyszałem kobiecy głos : Abre Los Ojos ... Abre Los Ojos. Wstałem. Założyłem glany i skórę. Powiedziałem gigantycznie cicho : Wychodzę na dobranoc.

II.

Zamknąłem drzwi. Miałem ochotę na piwo. Ten smak – goryczy. Piana. Na ustach. Wszystko mi jedno. Przechodzę ulicę. Spoglądam na zamyślonych ludzi. Na ich miny. Na co i na kogo kierują swój bezwyrazowy wzrok . Otwieram drzwi od sklepu Warzywniak. NIE LUBIĘ SKLEPÓW Bardzo nie lubię – wszystkich sklepów z produktami codziennego użytku. Te ekspedientki. Przepocone. Wpatrzone w nasze dłonie. W nasze oczy. NIE LUBIE ICH OCZU Bardzo nie lubię –ich oczu. Była mała kolejka. Stałem – mokry ze zdenerwowania. . Na ladzie stało piwo. Wyszedłem z kolejki i krzyknąłem : ZABIERAM TO PIWO DO DOMU I MAM TO GDZIES ŻE JEST KRADZIONE. Wyciągam pieniądze z czerwonego kopciuszkowego portfelika (taki sam ma Sabina K. – której nie chce wspominać dobrze. ) i rzucam je w twarz ekspedientce. Wybiegam ze sklepu. Pakuje swe myśli do plecaka. Wybiegłem ze sklepu z pianą na rozżarzonych ustach. Mam ochotę zobaczyć księżyc.

III.

Usiadłem w jakimś ciemnym miejscu na zielonej ławce. Otworzyłem piwo. Wyciągnąłem z plecaka książkę : Waffen SS – mity i rzeczywistość. Byłem na trzydziestej ósmej stronie. Piłem piwo- pomyślałem że pójdę do B. Odłożyłem książkę. Zdeptałem puszkę piwa. Było już dość ciemno, to dobrze- pomyślałem – nie będę musiał patrzeć na ludzkie twarze. Zadzwoniłem pod czwórkę i powiedziałem : Można prosić Basie ? . Tak już schodzę- odpowiedziała B. Poszliśmy do jej piwnicy. Znajdowała się w innym (wcześniejszym) budynku. Była zła. Zła była B. Wyciągnęła z torby - dwa piwa (Warka) .Powiedziała : Wiesz mam tego dosyć. Jak mnie wszyscy traktują. Dodałem : Ty już wiesz ? -Tak wiem , poczułam się jak diwa... raz całujesz się ze mną ... a na następny dzień z nią. –Ale chyba Ci to wyjaśniłem ? – jasne.

IV.

Wypiliśmy piwa. Zachowując swoją pobożność w ustach. Było po dziewiętnastej gdy wyszliśmy z piwnicy. Było różowe niebo. Jak zwykle bez srebrzystych gwiazd. Zrobiło mi się źle. Miałem ochotę się schować .. raz na zawsze. Zaszyć sobie usta . Mam tego dosyć. Odprowadziłem ją. To co czułem nie interesowało – nikogo. Moje piękne łzy… schowałem w czarnym ubraniu. A potem wszystkie ładnie wpadały do słoika po marmoladzie. Łzy kapały – szybko i zwinnie. Każdej kropce – nadawałem imię. Samotne schodziły po drabinkowej mojej bluzce. Tak samo wypłakiwały się w moją (ich) bluzkę. Każda płakał- rodząc- z siebie- kolejne małe łezki. Mój pokój stopniał . Byłem cały mokry od rozmowy. Wykręciłem bluzkę . Łzy wrzeszczały : - Nie Ty sukinsynie ... Nie chcemy jeszcze umierać. Inne dodawały : - W dywanie będziemy…będziemy w dywanie. Włączyłem głośno muzykę aby zagłuszyć ich krzyki. Wrzeszczały głośniej : - Nie… Ty zrąbie ... my jesteśmy za młode na śmierć.…

V.

Wziąłem tabletki. Poczułem się dziwnie (dobrze). Moje myśli . Zaczęły grać w szachy . Ja lizałem swoje dłonie. Lizałem stanowczo szybko. Łzy mnie gryzły- swoimi mokrymi.. wodnymi ząbkami. Moje ciało- umierało. Wysyłałem sms’a : Dziękuję Ci za wszystko i przepraszam. Chyba złamałem nasza obietnicę. Chciałem komuś powiedzieć.. nawet w tajemnicy…w cholernej tajemnicy że go kocham. Położyłem się i wstałem z otwartymi ustami. Dwóch chłopczyków zadzwoniło pytając: Wyjdzie Sebastiana ? Trzasnąłem drzwiami. Stanąłem na środku pokoju i myślałem o swoim życiu. Wytarłem nos w chusteczkę higieniczną trójwarstwową. Oddychałem szybciej… ślina była trudnym osobnikiem do poważnych rozmów. Wsadziłem rękę do buzi . Szukałem wyspy skarbów... znalazłem ją.. bałem się na nią wejść.. bo myślałem że Chrystus –umrze. Była tam wielka góra. A na górze…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Po śmierć zadzwonię skrzypcami ( z życia autora) — czytnik · opowiadania