Thriller · 35 min czytania
Po złej stronie muru
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
PO ZŁEJ STRONIE MURU
Zuzanna Reda
Półpustynny krajobraz, z rzadko rozsianymi kaktusami dygotał w słońcu rozpalającym ziemię do niezdrowej temperatury. Zadowolone z duchoty były jedynie rozpłaszczone na kamieniach jaszczurki, nie mające do roboty nic lepszego niż ładowanie słonecznych baterii przed chłodną nocą. Brakowało do niej najwyżej dwóch godzin. W półterenowym samochodzie nikt nie silił się na rozmowę. Ciszę zręcznie zapełniało radio grające weselne w wydźwięku –umca, umca– melodie narco corridos . Pedro wyłączył muzykę i rzucił w przestrzeń. – Jutro ma być po wszystkim – tonem nie tylko nie znoszącym sprzeciwu, ale i nie spodziewającym się komentarza. Nie otrzymał go. Jego ludzie wiedzieli, że z rozkazami się nie dyskutuje. Rozkazy się wykonuje. Gdy dojechali na miejsce, do skał, pick-up z takimi samymi jak ich przyciemnianymi szybami już czekał. Pozdrowili się bez zbędnej kurtuazji. – Zaczynajcie – rzucił Pedro. – Tylko ruchy, nie zamierzam tu doczekać pieprzonej pustynnej nocy. Przeczesał ręką po zaroście, wyprostował się. Był szczupły i zbyt wysoki jak na tutejsze standardy. Jego nonszalancka elegancja wyraźnie podkreślała, że jest inny. Lepszy. Wyjął papierosa, przysiadł na masce terenowego Dodge’a i zapatrzył się w widoczny już na niebie księżyc. – Po drugiej stronie oceanu nie widać królika. Tam w ogóle gówno widać – mruknął do siebie. Po chwili, gdy już cała nielegalnie przemycona ze Stanów broń zapakowana została do jego auta pozdrowił przemytników i dał hasło do odjazdu. Ruszyli z powrotem.
Tijuana jest duszna i brzydka. Takie same są prowadzone tutaj interesy: narkotyki, broń, przemyt ludzi. Po drugiej stronie granicy – raj. Wylądowała po 26 godzinach podróży. Jak zawsze nienaganna: wąskie spodnie do cienkiego żakietu zarzuconego na obcisłą bluzkę. Obcasy i elegancka walizka. Całości dopełniał słomkowy kapelusz o szerokim rondzie plus obowiązkowe ciemne okulary. Stała chwilę, szacując jak bardzo tu nie pasuje. Za bardzo. Wsiadła do taksówki. Rozkręcone na cały regulator radio wygrywało rozsadzający uszy regetón, a ona z minuty na minutę traciła resztki optymizmu. Od kilku minut jechali wzdłuż niekończącego się muru, swoistej linii demarkacyjnej między tymi co mają i tymi co marzą: o kraju zup z puszki, 5 Alei i Hollywood. Po tej stronie były tylko krzyże. Pokrywały skrzętnie każdy centymetr szarego betonu, upamiętniając tych, którzy zginęli próbując dostać się na drugą stronę. Wiedziała, że będą kolejni. W pogoni za marzeniami popełnia się największe głupoty. Zapatrzona w okno, zaczęła liczyć ile minęło odkąd była w Meksyku ostatni raz. Wróciła do rzeczywistości dopiero gdy kierowca łamaną angielszczyzną próbował powiedzieć jej ile płaci. – Si, ya te pago. Sin cambio, gracias - powiedziała nienagannym hiszpańskim. Humor wrócił jej, gdy w drzwiach hotelu dostała powitalną margaritę.
Nie wiedziała na ile przyjechała. Na tydzień, a może na miesiąc. Dostała jasne instrukcje – temat jest wielki: narkotyki, korupcja w rządzie, trupy bez głów znajdowane w biały dzień. – Jest niebezpiecznie, już zaczynają ewakuować dziennikarzy. To ostatni dzwonek – z lekkim zakłopotaniem powiedział naczelny zaledwie dwa dni temu. – Chcę, żebyś wróciła z prawdziwym hitem. Masz tyle czasu ile potrzebujesz, ale materiał ma być na Pulitzera. Nie spieprz tego. – Czemu ja? – chciała protestować. – Znasz Meksyk, Klaudia. I jesteś ładna. Łatwiej się z nimi dogadasz. A poza tym nie masz rodziny, w razie czego nie będę miał na sumieniu sierot – kiepski żart, naczelny słynął z kiepskich żartów. Nie miała kontrargumentu.
Tijuany nie znała. Do Meksyku jeździła kiedyś często, ale zawsze tylko na plaże: Puerto Vallarta, Tulum, Playa Paraiso. Brudna północ nie była na jej trasie. W dzień surfing, opalanie i drinki. Wieczorem dyskoteka. I mocniejsze drinki. A potem przestała przyjeżdżać. Od czterech lat nie chciała mieć z Meksykiem nic wspólnego. Poznała go w Puerto Escondido, surferskiej mekce. Kolejne wakacje z dziewczynami, flirty, czasem coś więcej, jednak nigdy dłuższego niż jedne wakacje. Z nim było inaczej. Zobaczyła go i wiedziała, że jeśli do niej podejdzie nie będzie nawet pamiętała swojego imienia. Podszedł, gdy na leżaku czytała książkę. Zaproponował, że pouczy ją surfować. – Widziałem jak pływasz, kilka wskazówek i będziesz najlepsza na tej plaży. Na razie tylko najlepiej wyglądasz – powalający uśmiech, powalająca „kratka” na brzuchu. Był Francuzem z Lille, ale średnio pół roku spędzał na meksykańskich plażach ucząc pływania na desce, a chętnych również francuskiego. Ona chciała i tego i tego. Zaczęli się spotykać. Pierre i Klaudia. Klaudia i Pierre. Non stop. Była po czwartym roku studiów. Przez 3 miesiące podróżowali po Meksyku. On, ona i całkowita beztroska. Nigdy o tym nie rozmawiając obydwoje wiedzieli, że Klaudia studia kontynuować będzie mieszkając z nim. Bez problemu zorganizowała przeniesienie na Université Lille Nord de France.
Całował tak, jak tylko Francuzi potrafią. Gdyby zbadać ich DNA na pewno odkrytoby anomalię przejawiającą się nieokiełznaną namiętnością. Za każdym razem potrafił dotykać ją tak, że czuła się jakby miała stracić oddech, a zaraz potem przytomność. Gładził ją po karku, wiedział, że działało to na nią jak rzucenie zaklęcia omotującego ją pożądaniem niczym pajęczyną. Miał ją wtedy we władaniu i mógł z nią zrobić wszystko. Wykorzystywał to skrupulatnie, a ona to uwielbiała. Czuła się, jakby rzucał na nią urok. Urok wypełniający żołądek motylami. Właściwie nie wiedziała z czego żyją. Ale też mało ją to interesowała. Trochę z tego, co udawało mu się zaoszczędzić z dawanych lekcji, czasem sprzedawał do gazet zdjęcia. Gdy jej dotykał, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zapominała o wszystkich pytaniach; o dziwnym niepokoju jaki obserwowała w nim, gdy tylko zaczynali rozmawiać o tym skąd ma pieniądze. Gdy patrzyła w jego ciemne, dobre oczy, nie chciała wiedzieć nic więcej, poza tym, że jej miejsce może niekoniecznie być tu i teraz. Ale koniecznie z nim.
Był dla niej dobry, ale coraz częściej wychodził sam wieczorami. Znikał na długie godziny, wracał z przekrwionymi oczami dopiero nad ranem, bez słowa kładł się obok i w pół minuty zasypiał. Nie tego chciała, nie po to tu przyjechała. A on nie chciał się tłumaczyć. – To dla naszego dobra. Zobaczysz. Zaufaj mi – mówił. Starała się. Czasem nie wytrzymywała, gdy znów wychodził najpierw go prosiła, potem krzyczała, w końcu z bezsiły zaczynała płakać. – Nie rób scen – odpowiadał na wyrzuty. – Gdyby nie moja praca nie surfowalibyśy na Pacyfiku tylko marzli nad tym twoim Bałtykiem – uznał temat za zamknięty. Znów wyszedł na całą noc. Już nie było śniadań do łóżka. Przesypiał całe dnie, by w nocy wychodzić. Po pół roku od jej przeprowadzki do Francji znalazła na stole list.
Część 22 / 2
Musiałem wyjechać. Nie wiem na ile dokładnie, pewnie na kilka tygodni. Jak wrócę jedziemy nad Pacyfik. Chcę Cię znów zobaczyć w bikini. Zaufaj mi. P.
– Zaufaj mi?! – parsknęła. W ciągu 20 minut spakowała się, pojechała na lotnisko i pierwszym lotem wróciła do Polski. Coś w niej pękło. Nie chciała odchodzić, ale wiedziała, że to jedyne co jeszcze jej pozostało. Wszystko inne było w jego rękach. W jego łasce. Zadzwonił do niej raz. – Klau, to ja, jestem na lotnisku. Zaraz mam samolot do Paryża. Jutro jestem. Za kilkanaście godzin cię przytulę – słyszała wzruszenie w jego głosie. Przez chwilę nie wiedziała co powiedzieć, chciała wsiąść w powrotny samolot i przywitać go na Charles de Gaulle. Nie przyznać się, że odeszła. – Nie ma mnie już w Lille – powiedziała wreszcie czując, że całe domino układające się w kształt jej szczęścia właśnie zaczęło się składać. Ołowiana cisza. – Zrobiłem to dla nas. Prosiłem, żebyś mi zaufała – syknął wściekle. – Już nie potrafię – rozłączyła się. To był ostatni raz, gdy słyszała jego głos. I jej ostatnie łzy.
Zbudziła się i chwilę zajęło jej przypomnienie sobie w jakim kraju i na jakim kontynencie się znajduje. Wstała, w drodze do łazienki zrzuciła satynową koszulkę i wzięła prysznic. Owinięta w ręcznik poprosiła o połączenie z Ricardo Orozco Martinezem, prokuratorem generalnym stanu Baja California Norte. – Buenas, Klaudia Mejzal, chciałabym potwierdzić nasze dzisiejsze spotkanie. Będę o 12. – Klaudia, czekałem na Twój telefon. Tak, widzimy się w Prokuraturze. Do zobaczenia. Przed wyjściem stanęła, by ocenić efekt godzinnych przygotowań. Założyła ciemne okulary i zeszła do hallu.
Taksówka już czekała. Ta sama co wczoraj. Miała w zwyczaju dawać kierowcom duże napiwki, w zamian za najlepszą obsługę i najwyższą dyskrecję. Ruszyli. Jechała przez szerokie, jednokierunkowe ulice. Zza ciemnych szyb przyglądała się porozkładanym straganom, matkom ciągnącym za sobą sznurek potomstwa i leniwie podpierającym ściany facetom z wąsami. – Jestem Francisco Hernández de la Cruz. Do pani usług – odważył się zagadać. Miał pięćdziesiąt dwa lata i ponad trzydziestoletnie doświadczenie jako kierowca. Potrafił bezbłędnie ocenić, z kim warto pracować i wiedział, że z tą Europejką ma w najbliższych dniach szansę na utarg roku. Potrafił odwdzięczyć się perfekcyjną obsługą. – Pierwszy raz pani w Meksyku? – dopytał, gdy nie uzyskał żadnego komentarza. – Nie, nie pierwszy, Francisco, ale mam nadzieję, że ostatni. Twój kraj nie kojarzy mi się dobrze – odpowiedziała bez skrupułów. Zatrzymali się na światłach. Zobaczyli, że na skrzyżowaniu dzieje się coś niedobrego. – Chyba wykrakałam – powiedziała bardziej do siebie. Chryslera stojącego około 30 metrów dalej z dwóch stron obstawiły pick upy. Mężczyzna z pistoletem podszedł od strony kierowcy, drugi zastawił drogę ucieczki. Trzeci pozostał za kółkiem. Kierowca osaczonego auta w automatycznym odruchu podniósł ręce i zaczął powoli wychodzić. Zdążył otworzyć drzwi i zrobić krok. Strzał perfekcyjnie między oczy odrzucił go na kilka metrów. Gdyby słyszał dowiedziałby się za co: – Trzeba było nie okradać szefa. Płotki zawsze myślą, że są cwane. Dlatego giną jako płotki. Morderca wsiadł nieśpiesznie do samochodu. – Załatwione, szefie – powiedział do telefonu. Dziewczyna na siedzeniu pasażera wciąż nie mogła zrozumieć co się stało. Bardzo wolno wyszła z samochodu, podświadomie nie chcąc zobaczyć tego, co czekało ją po drugiej stronie auta. Wiedziała, że musi. Jakby w zaprzeczeniu dopiero co paraliżującego ją strachu rzuciła się do ciała. Zrozumiała nagle, że traci najcenniejsze sekundy, w których pulsującą krwią uchodzi z niego życie. Objęła głowę i mówiła do niego szybko, mimo że bordowa kropka na środku czoła nie pozostawała żadnych złudzeń. Tuląc na kolanach głowę rozglądała się absolutnie zdezorientowana, jakby czekając, że skądś przyjdzie wyjaśnienie. W przeciwsłonecznych okularach i za ciemną szybą Klaudia poczuła jak zrozpaczona dziewczyna patrzy się jej w oczy bezgłośnie błagając o pomoc. Nie wiedziała co zrobić. Spanikowała. – Jedziemy dalej – powiedziała zmienionym głosem. Odwróciła głowę i słyszalnie przełknęła ślinę. Jechali w ciszy. Po kilku minutach Francisco zdecydował się odezwać: – Rząd jest w tej chwili w sytuacji bez wyjścia. Nie może się wycofać, ponieważ oznaczałoby to porażkę. Stacjonujące wojska, wbrew pierwotnym założeniom rządowym, tylko nasilają agresję. Weszły na wiele terytoriów kontrolowanych wcześniej przez gangi. Zmniejszył się tym samym teren, na którym mogą one „normalnie” działać. Narcos zaczęli wchodzić sobie na głowy – zawiesił głos. – Kontynuować? – Tak, tak, opowiadaj. Mogę cię nagrywać? – zapytała. – Jeśli obieca mi pani, że w żadnym momencie nie pojawi się moje imię. Nie chcę skończyć jak ten na światłach. Kiwnęła głową. Francisco mówił dalej. – Problem Meksyku to przede wszystkim całkowita bezkarność przestępców, rodząca absolutny brak poszanowania prawa. Statystyki mówią o 9 milionach bezrobotnych w wieku 18-29 lat, wiadomo, że z czegoś żyją: sprzedają pirackie dvd, zbierają haracze, a ci, którym wciąż jest mało, stają się płatnymi mordercami na usługach karteli.
Dojechała do prokuratury. – Czekaj na mnie w okolicy, a za to pójdź coś zjeść – powiedziała wręczając mu 200 pesowy banknot. Weszła do dusznego, mającego lata świetności dwie dekady temu budynku Prokuatury Generalnej. – Dzień dobry, Klaudia Mejzal, jestem umówiona na wywiad z prokuratorem – przedstawiła się. Sekretarka odkładając na bok bordowy lakier, którym malowała paznokcie, nieśpiesznie zaprowadziła ją do gabinetu szefa. – Klaudia, miło cię poznać, niezły kawałek do nas miałaś, co? – podali sobie ręce. Ricardo Orozco Martinez był po sześćdziesiątce. Wyglądał bardziej typowo niż na filmach: niski, brzuchaty, z dorodnym wąsem i jowialne usposobiony. Zdziwiła się, że na tym stanowisku, otoczony morderstwami na codzień potrafił być tak wesoły. Wyjęła dyktafon. – Droga z Europy to nic w porównaniu z tym, co przeżyłam jadąc dziś do pana na spotkanie. Byłam świadkiem zbrodni i nawet w dali nie słyszałam syren radiowozów – przemknęło jej przez myśl, że może zaczyna zbyt ostro. – Klaudia, przejdźmy na „ty”. Będę z tobą szczery. Gdybym przejmował się takimi drobiazgami, nie spałbym w ogóle. Tak przynajmniej udaje mi się co drugą noc – roześmiał się. – Kiedyś wszystko było we względnym spokoju: narkotyki krążyły, co jakiś czas robiliśmy bardziej spektakularną akcję, łapaliśmy tych mniej ważnych, potem wracał status quo. Teraz ci w stolicy wzięli się za walkę z narcos, o której nie mają pojęcia i w której z góry skazani są na porażkę. Czasem mam wrażenie, że jeśli w takim tempie będzie przybywać trupów, to niedługo będziemy wydawać więcej aktów zgonu niż narodzin. Klaudia, znajduję moich ludzi bez głów. W dupie mam jak jeden morderca zabije drugiego. Tylko mi pomaga w pracy – zamilkł na chwilę. – Mam tu niekończący się ludzki dramat. Przedwczoraj, w środku dnia rozpętała się strzelanina między przestępcami a żołnierzami, którzy namierzyli „dziuplę”. Całkowicie nieskoordynowana akcja ewakuacji pobliskich domów i przedszkola, skończyła się śmiercią 8 przypadkowych osób. W tym trójki nie rozumiejących nic, niewinnych dzieci – znów zamilkł. – A może winnych? Może jeszcze nie wiedziały po prostu, że za kilka lat to one będą handlować koką i zabijać tych, którzy im wejdą w drogę – zapadła długa cisza, mierzyli się wzrokiem, miała nadzieję, że nie zakończyła właśnie rozmowy. – Aresztujemy ludzi, ale oni są za silni. Już podczas zatrzymania przekupują policjantów, którzy celowo niszczą obciążające dowody. Teraz też mamy w areszcie pół tuzina facetów, którzy wiem, widzę to w ich pustych spojrzeniach, mają na sumieniu niejedno ludzkie życie. I wiem też, że najpóźniej w ciągu miesiąca wyjdą na wolność. Najbardziej wkurwia mnie korupcja ludzi, którzy tu pracują – zamilkł, nie powinien był tego powiedzieć. Poczekała aż ochłonie. – Chciałabym porozmawiać z tymi, których zatrzymaliście – powiedziała w końcu. Wahał się przez chwilę. – To niebezpieczne. Lepiej, żeby nie wiedzieli, że tu jesteś – ostrzegł ją. – To moja praca. Pan też stara się wykonywać swoją jak najlepiej – odpowiedziała twardo. – Przyjdź jutro.
Przez dwa tygodnie codziennie po kilka godzin rozmawiała z zatrzymanymi. To znaczy kilka pierwszych dni rozmawiała z każdym po trochu, później skupiła się już tylko na jednym. Najprzystojniejszym: prawie 2 metry wzrostu, wysportowana figura i wesołe orzechowe oczy, błyszczące w śniadej twarzy. Pierwszy raz aresztowali go, gdy jako jedenastolatek prowadził samochód wujka. Jechał 80 km/h i gdyby nie zrobił przystanku na stacji benzynowej nie miałby problemów. – Przyuważyli mnie przy kasie. Niezły wstyd przed kumplami. Oni zdążyli już być na dołku za nielegalne przekroczenie granicy, a ja? – David Flores opowiadał wyraźnie rozbawiony. – Wielu moich kolegów już pod koniec podstawówki kręciło się koło narcos. Gangi wcale o nich nie zabiegają. Sami chcą, bo to jedyny sposób, by w tym pierdolonym mieście mieć szansę na adrenalinę. Po dwóch tygodniach dowiedziała się od prokuratora, że jak zawsze, z braku dowodów będą ich wypuszczać. – Uważaj na tego swojego. Wpadłaś mu w oko. Trudno się dziwić zresztą, ale to nie jest bezpieczne. Miły jest, też mnie zagadał na przesłuchaniu, ale w tym mieście nikomu się nie ufa – powiedział na głos to, o czym ona dotychczas tylko myślała. Kiwnęła głową wiedząc, że i tak będzie go chciała spotkać. Dla dobra reportażu. Tak to sobie przynajmniej tłumaczyła.
– Wypuszczą cię – powiedziała zaczynając następną rozmowę. Roześmiał się. – Chyba nie wątpiłaś? – znów śmiech. – Widać, mała, że jesteś z innego świata. Już parę razy tak do niej powiedział: „mała”. Wyobrażała sobie, jak mała czułaby się w jego ramionach. – Chryste, Klau, bądź profesjonalna – krzyknęła na siebie w myślach. Ale wiedziała, że jest już za późno. Codziennie rano przed otwartą szafą zastanawiała się co włożyć, próbując odgadnąć co mu się podoba po wcześniejszych reakcjach na jej wygląd. Pijąc do kolacji wino, a potem idąc do hotelowego pokoju wracało do niej to orzechowe spojrzenie. Wesołe, ale też zbyt dużo widzące. Łagodne, ale i nigdy nie uciekające w bok. Nawet przy najtrudniejszych pytaniach. – Zabiłeś kogoś? Patrzył na nią długo bez zmiany wyrazu twarzy, jakby nie robiło mu różnicy czy pyta o morderstwo czy o to co jadł dziś śniadanie. – Co chcesz usłyszeć? – zapytał po dłuższej chwili. – Prawdę –