Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Biografia · 12 min czytania

Pobyt babci w domu

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

- Już idę, nie mogę robić- wszystkiego na raz - krzyknęła matka, gdy usłyszała jęki teściowej. Teściowa miała siedemdziesiąt lat, dobrze posługiwała się odgłosami pozawerbalnymi i już drugi rok spędzała poziomo. Była przytwierdzona do łóżka „terapeutycznego” i jedyne, co mogła zrobić, to wydać oszałamiająco cienki pisk, który w zależności od sytuacji oznaczał albo siku albo nie zgadniecie, siku. Sytuacja, w jakiej się znalazła, była nie do pozazdroszczenia. Ogólnie rzecz biorąc beznadziejna. W tym wieku dopadają człowieka różne dolegliwości. Kiedy miał tą przypadłość dziadek mojego kolegi nazywano to stwardnieniem arterii. Kiedy miała to babcia mojej koleżanki nazywano to starością. A kiedy dopadło moją babcię - chorobą Parkinsona i Alzheimera z dziewięćdziesięcioprocentowym paraliżem. Jej dzień przebiegał nieco inaczej niż mój. Nie była w stanie na nic się skarżyć, no może poza małymi wyjątkami, kiedy dokuczał jej włączony telewizor albo żyrandol z włączonym na trzeci stopień wiatrakiem. Nie było nic dziwnego w tym, że nie chodziła sama do łazienki - chociaż większość członków rodziny często na to liczyło. - Widzisz, jak chcesz to potrafisz - krzyczeli podekscytowani, widząc, jak robiła maleńki kroczek w kierunku, w którym nakazywała logika i organizm. No cóż, mały krok dla człowieka, duży dla sprawy. Atmosfera, jaka panowała w domu była, powiedzmy to wprost, - nie napawająca optymizmem. Każdy z członków rodziny starał się jak mógł, by przetrwać kolejny dzień. Dzień pełen obowiązków, scysji i zawodów. Mama - nauczycielka angielskiego od drugiego roku życia (dziecka) samotnie wychowująca mnie - dwudziestodwuletniego, jak mawiają niektórzy z rodziny, starego chłopa, który w myśl przysłowia: „matka przez pierwsze dwadzieścia lat uczy swojego syna dorosnąć, a on przez kolejne dwadzieścia lat uświadamia ją, że tak już się stało” robi wszystko, od ratownika WOPR-u do innych nie mniej ciekawych zajęć, tylko nie chce wziąć się do pracy. Przyznaję, nie lubię pracować. Ale też wiem, że muszę polubić. He he. Dużo zależy od nastawienia. Był czwartek, czwarta trzydzieści rano, gdy przebudził mnie pisk teściowej. Nie da się tego inaczej nazwać. Krótkie cykliczne piski w odstępach po kilkanaście sekund. No więc budzę się. Teraz mam dwa wyjścia. Od razu powiem, że oba beznadziejne. Wyjście pierwsze: jako dorosły członek rodziny schodzę na dół, jako że mój pokój znajduje się dwa piętra nad pokojem, w którym znajduje się babcia, wyprowadzając ją z odwagą, gdyż muszę przyznać, potrzeba tu nie lada odwagi, do ubikacji w celu odbycia krótkiego, naprawdę krótkiego, spotkania z deską klozetową. Wyjście drugie: czekam, nasłuchując, czy rodzice nie słyszą też tego przeraźliwego jęku. Jeżeli to następuje, z drugiej strony zastanawiające jest to, że zawsze budzę się pierwszy, słychać jęk oznaczający raczej niechęć i potem słychać już tylko stąpanie na dół. Potem następuje krok pierwszy, z tym, że ja leżę sobie spokojnie w łóżku i czekam, aż zabierze mnie sen. Teraz się nad tym zastanawiając jest i trzecie wyjście. Kiedy już niemożność zaśnięcia dała się we znaki, czyli mówiąc wprost, zostałem zbudzony, mogę po prostu przejść się do sypialni rodziców i delikatnie chrząknąć, nieco głośniej niż teściowa, dając w ten sposób do zrozumienia, że nadeszła potrzeba zejścia do podziemia. Dla trudno kapujących podziemie równa się pokój gościnny mieszczący łóżko z teściową. To wyjście jest najlepsze z dwóch względów. Po pierwsze nie musisz się bać, że z teściową ci nie wyjdzie, po drugie... hmm... nie przyprawiasz o kolejny niedowład samej potrzebującej, która panicznie boi się z tobą wychodzić za potrzebą sądząc (wszystko to wyczytałem z jej oczu), że jesteś zbyt wychudłym chłopem, który w krytycznym momencie mógłby sobie jednak nie poradzić. A o owy krytyczny moment nie trudno, daję słowo. Pierwszy taki moment zdarzył się jakieś dwa tygodnie temu. Był przepiękny dzień, dochodziła trzecia po południu. O tej porze opiekunka babci, którą w owym czasie była Monika, żona mojego brata (ciotecznego, tak zwanego), miała kończyć powinność i jechać do domu. Zazwyczaj kończyła o czwartej, ale dzisiaj musiała być wcześniej w domu. Poza tym była w bodajże szóstym miesiącu ciąży. Dziecko miało przyjść na świat w październiku albo w listopadzie. Lekarze nie wiedzieli do końca. Co ważniejsze nowym członkiem, a raczej członkinią rodziny, miała być dziewczynka. Nie było by w tym nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że byłaby pierwszą dziewczynką w rodzinie od nie pamiętam dokładnie którego roku, ale na pewno bardzo długo. Na tyle długo, że wieść o tym, że będzie to właśnie ona, a nie on, spowodowała takie podniecenie wśród rodziny, że wydawało się, że dziecko jest ważniejsze od matki. Ale nie zbaczajmy z tematu. Krytyczny moment miał nadejść tak niespodziewanie, jak nadchodzą rybki złowione na przynętę. Oryginalna analogia - wiem. Zaczęło się jak zwykle od normalnego siiiikuuu. Monika podeszła do łóżka (miała tą opcję w kontrakcie podpisanym do czasu, aż dziecko, a raczej dziewczynka, nie zacznie wypuszczać pierwszych poważniejszych oznak do opuszczenia przytulnego miejsca, jakim jest brzuch matki). Tak więc podeszła do łóżka i tu, o czym należało powiedzieć, następuje moment zwrotny, gdyż jak później się okazało, jak „zeznała” sama matka nienarodzonej jeszcze dziewczynki przeczuwała, że coś jest nie tak. Nie wiem skąd mogła przeczuwać, skoro nie zajmowała się ani tai chi, ani nie była też adeptem drugiego stopnia reiki, nie wspominając o trzecim, ale fakt był faktem. Mistrz Padmasambhara byłby pod wrażeniem (przyznaję, musiałbym sprawdzić w słowniku, jak się to pisze). Aby forma nie górowała nad treścią, przejdę do opowiadania, co było…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%