Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Kryminał · 25 min czytania

Pocałunek Boga (fragment)

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

POCAŁUNEK BOGA

Niektóre z przedstawionych poniżej wydarzeń są autentyczne. Podobnie rzecz się ma z bohaterami – niektórzy z nich to postaci z krwi i kości. Jedynie cała reszta jest fikcją.

CZĘŚĆ PIERWSZA

godzina 17.15, listopad 1945 Kraków, cmentarz Rakowicki

Zapadał już zmierzch, gdy w pobliżu bramy cmentarnej pojawiła się mała grupa osób. Na czele konduktu kroczył ksiądz, który pochyliwszy głowę, wydawał się pogrążony w głębokiej zadumie. W ślad za księdzem wolnym krokiem podążało czterech grabarzy niosących trumnę. Zbliżyli się do świeżo wykopanego dołu i opuścili ostrożnie ładunek. Ksiądz zmówił krótką modlitwę i odszedł. Grabarze chwycili za łopaty i pokrzykując do siebie wesoło, poczęli energicznie zasypywać dół. Było zimno i nieprzyjemnie, a gdzieś tam w przytulnej i ciepłej kantynie czekały na nich wódka i śledzie. Nic więc dziwnego, że chcieli zakończyć robotę jak najszybciej.

godzina 23.15, listopad 1945 Kraków, cmentarz Rakowicki

Na wąskiej ścieżce cmentarnej pojawiło się dwóch mężczyzn. Wolno, omijając kałuże i ostrożnie okrążając sypiące się pomniki, poczęli zbliżać się do świeżo zasypanego grobu. Niższy z mężczyzn pchał przed sobą, z wyraźnym trudem, taczkę murarską. W bladym świetle księżyca widać było, jak wyższy z przybyłych wskazał swojemu kompanowi miejsce i sięgnął po łopaty, leżące na dnie taczki. Zaczęli kopać. Po pół godzinie rozległ się zgrzytliwy dźwięk – łopaty uderzyły o coś twardego. Wyższy z kopiących wskoczył do dołu i począł rozgarniać resztki piasku z wieka trumny. Niższy podał mu łom i po chwili dał się słyszeć trzask kruszonego drewna. Siedzący w dole podał coś z wysiłkiem towarzyszowi – ten zaś, sapiąc ciężko, wyciągnął ową rzecz ku górze. Wyższy z kopiących wyskoczył na powierzchnię i razem ostrożnie ułożyli przedmiot na taczce. Stali przez chwilę, dysząc i ocierając pot z czół. Wyższy z mężczyzn wyciągnął z kieszeni papierosy i poczęstował towarzysza. Ogniki żarzyły się przez kilka minut w ciemności, po czym spadły w dół, wprost na pustą trumnę. Dwaj wspólnicy chwycili za łopaty i zasypali grób. Zegar na kościelnej dzwonnicy wskazywał pierwszą w nocy, gdy opuszczali cmentarz.

maj 1649 Londyn

Było piękne majowe popołudnie. Vincent Kort siedział w swoim gabinecie i odchyliwszy się z lekka w fotelu, sączył powoli przedniej marki koniak. Życie układało mu się wspaniale. Miał dwadzieścia osiem lat, od kilku miesięcy prowadził własną, świetnie się rozwijającą praktykę lekarską – mimo młodego wieku zyskał już zaufanie pacjentów, a starsi wiekiem koledzy po fachu zazdrośnie obserwowali tłumy kłębiące się w jego poczekalni. Majątek rósł, młoda żona olśniewała urodą i wdziękiem salony stolicy, a syn wykazywał nadzwyczajne jak na roczne dziecko zdolności. Życie było zdecydowanie piękne i Kort, oglądając z przyjemnością kieliszek pełen mieniącego się w promieniach słonecznych koniaku, był święcie przekonany, że to, co najlepsze, dopiero jest przed nim. Że dopiero się zdarzy i dopiero nadejdzie. Te błogie rozmyślania przerwane zostały nagle przez ciche pukanie do drzwi. Kort odstawił kieliszek, przeczesał dłonią włosy, strzepnął niewidzialny pyłek z rękawa i odchrząknął. – Proszę wejść! Drzwi uchyliły się powoli. W gabinecie pojawił się niemłody już mężczyzna o siwiejących włosach, noszący przyciasne i źle skrojone ubranie nieokreślonego koloru. Twarz miał szarą, cerę ziemistą i nie trzeba było kończyć medycyny, by zauważyć, że jest z nim zdecydowanie coś nie w porządku. – Dzień dobry panie doktorze. Czy mogę? – Ależ oczywiście, oczywiście. Pan Smith, tak? Jeśli się nie mylę? Czym mogę służyć? Smith podszedł powoli do imponujących rozmiarów dębowego biurka i usiadł na złoconym krześle naprzeciw młodego lekarza. – Chciałem z panem chwilę pogawędzić, doktorze Kort. Jeśli można. – Ależ oczywiście, drogi panie. Jestem, co prawda, jedynie lekarzem ciał, a nie dusz, ale zawsze z przyjemnością wysłuchuję tego, co mają do powiedzenia moi pacjenci. – Otóż właśnie. Czy wierzy pan w duszę? Nieśmiertelną duszę, panie Kort? Kort się roześmiał. – Jestem zatwardziałym, niewierzącym i praktykującym ateistą, drogi panie Smith. Nie ma i nigdy nie było czegoś takiego jak nieśmiertelna dusza. – To zabawne, bo przed chwilą raczył pan wspomnieć o leczeniu duszy. Jak zatem można leczyć coś, czego nie ma i nigdy nie było? – Przyjmijmy, że była to jedynie figura stylistyczna – Kort zmarszczył brwi. – Czym mogę służyć? – To straszne – ciągnął nieznajomy, wydając się nie słyszeć pytania – to straszne. W takim razie, wedle pana przekonania, wszystko kończy się w momencie naszej śmierci. Koniec, pustka i ciemność. Jesteśmy chwil parę na tym świecie, walczymy o ochłapy dla żołądka, o trochę miłości i szczęścia, żeby poprawić sobie samopoczucie i lepiej trawić te ochłapy – bo trawienie to rzecz bardzo ważna prawda? I co potem? Znikamy w nicości? Czy nie jest to przygnębiające? – Bardzo przygnębiające – chrząknął Kort. – Gdyby zechciał pan jednak łaskawie określić cel swojej wizyty, byłbym niezmiernie zobowiązany. – A jak pan uważa – pytał dalej Smith – czy ludzie są dobrzy z natury? – Widzę, że jest pan w nad wyraz filozoficznym nastroju panie Smith – Kort odchrząknął po raz drugi. – Ale nie bardzo wiem, jaki to ma związek z medycyną. Mój czas jest bardzo cenny, mam jeszcze kilka wizyt dzisiejszego popołudnia i dlatego byłbym niezmiernie zobowiązany... – Ach, proszę się nie obawiać – uśmiechnął się Smith. – Zapłacę za pański cenny czas, i to sowicie. Zatem, jak pan uważa – czy ludzie są dobrzy z natury? – Oczywiście – Kort przybrał napuszony wyraz twarzy – są na to świetne przykłady na kartach historii, są szlachetne nazwiska powiązane ze szlachetnymi czynami, dowody oddania, przyjaźni i miłości. To oczywiste. Nie mówiąc już o zwykłych, przeciętnych obywatelach, którzy swoją pracą, trudem i codzienną, bohaterską walką o byt... – Tak, tak – Smith pokiwał głową, uśmiechając się pod nosem – a ja uważam, że ludzie to z natury straszne bydlęta. Bydlęta, które do perfekcji opanowały sztukę kamuflażu i trzymają swoje paskudne instynkty na wodzy tylko ze względu na okoliczności. Natomiast kiedy tylko nadarzy się sposobność, dają upust swojej paskudnej naturze i zachowują się jak bydlęta właśnie. Nie wierzy pan w istnienie nieśmiertelnej duszy, czy tak, doktorze? – Tak powiedziałem – odparł Kort – i tak jest. – A zatem – Smith uśmiechnął się – a zatem, co by pan mi dał, gdybym... dajmy na to, zaoferował panu nieśmiertelność tu, na ziemi. Nieśmiertelność i wieczną młodość? – To niemożliwe! – Niemożliwe? Czyżby? – Zapomina pan drogi panie Smith, że jestem lekarzem. I jako osoba wykształcona nie wierzę w gusła, czary i wiedźmy tak jak plebs. Jesteśmy, niestety, śmiertelni. I to jest cena, jaką płacimy za życie. – A jednak jest to możliwe, panie Kort. I ja panu daję taką możliwość. – Jeszcze chwila i zacznę uważać pana za szaleńca! – Cokolwiek zechce pan o mnie myśleć, jest to tylko i wyłącznie pańska rzecz. Ale moja oferta jest aktualna, dopóki nie opuszczę tego pokoju. – Kim pan jest, panie Smith? – Czy to ważne? Nie jestem nawet pewien, czy rzeczywiście nazywam się Smith. Niektórzy znają mnie pod nazwiskiem Brown. A są setki i tysiące takich, którzy nazywają mnie zupełnie inaczej. Kort zakręcił się po gabinecie, nerwowo zacierając ręce. Podszedł do okna, wyjrzał przez nie i odwrócił się nagle. – Przyjmując... przyjmując, że przez krótką chwilę uwierzę w pańską... hm... zadziwiającą i niedorzeczną propozycję... Rozumiem, że nie ma nic za darmo, czy tak? Jest jakaś cena, prawda? – Oczywiście – Smith uśmiechnął się i pokiwał głową, – Pięknie pan to ujął. Nie ma nic za darmo. Ceną jest... życie innych. – Nie rozumiem. – Załóżmy przez moment, że, dajmy na to, jest pan mordercą. Powiedzmy, że zamordował pan człowieka... – Panie Smith! – I powiedzmy, że śmierć tego człowieka przedłuża pańskie życie o trzydzieści lat. Ilu ich trzeba zabić, żeby żyć tysiąc lat, na ten przykład? – Panie Smith! Pan wybaczy, ale nie mam ochoty na dalsze prowadzenie tej rozmowy! Proszę opuścić mój dom! I to natychmiast! – Powiedzmy, że trzeba zabić około trzydziestu trzech – ciągnął niewzruszony Smith – tylko trzydzieści trzy istnienia, żeby zobaczyć i przeżyć całe dziesięć wieków! Czy to dużo? – Pani Smith! Zdecydowanie proszę pana o opuszczenie... – Jest pan lekarzem, prawda? Posiadł pan wiedzę niedostępną dla zwykłych śmiertelników – wiedzę, którą można wykorzystać we własnym, dobrze pojętym interesie. Tylko trzydziestu trzech pacjentów, panie Kort. Albo więcej, jeśli ma pan ochotę. Albo mniej. To zależy od pana i to takie proste. Wieczne życie i wieczna młodość. To towar, o który chyba warto powalczyć? Zwłaszcza jeżeli nie wierzy się w nieśmiertelną duszę. Niech pan pomyśli – zobaczy pan, jak dorastają pańskie wnuki, prawnuki i praprawnuki... Kort otarł ręką pot z czoła. Pocił się straszliwie, słuchając tego człowieka i zachodził w głowę, kim jest ten gość, który mówił o rzeczach okrutnych z takim spokojem i obojętnością. – Proszę... proszę opuścić mój gabinet i nigdy więcej tu nie wracać. Będę panu wielce zobowiązany, panie Smith. Smith wstał z krzesła i pokiwał głową, jakby zastanawiając się nad czymś. – Odejdę i więcej już tu nie wrócę, panie Kort. Ale nie znaczy to wcale, że nigdy się już nie spotkamy. Bo spotkamy się na pewno. Tyle że ja będę jeszcze tym samym panem Smith, a pan... – Proszę wyjść! – ...a pan nie będzie już lekarzem i nie będzie się pan nazywał Kort. Pańskie nazwisko w niedalekiej przyszłości będzie budziło grozę, strach i przerażenie. Będzie pan człowiekiem, który dopuści się straszliwych czynów. Będzie pan wyjętym spod prawa renegatem i mordercą. – Proszę wyjść! – Życzę miłego dnia – Smith skłonił się drwiąco i wyszedł. Kort opadł spocony na fotel. Dyszał przez chwilę ciężko, ocierając czoło chusteczką. Drzwi otworzyły się cicho i do gabinetu weszła młoda i piękna kobieta. – Co się stało, kochanie? Wyglądasz strasznie. Podeszła do Korta i pogłaskała go po głowie. – Nic, nic to... – Kort uśmiechnął się słabo – to tylko jakieś cienie dawnych historii rodzinnych... Historii wyssanych z palca...

* Doktor Vincent Kort nie mógł zasnąć tej nocy. Przewracał się z boku na bok, wsłuchując się w miarowy oddech leżącej obok niego żony i kroki zapóźnionych przechodniów, niosące się niepokojąco po pustej londyńskiej ulicy. Kilka razy wstawał z łóżka i krążył niespokojnie wokół sypialni, zaglądając co parę minut do kołyski syna. Około trzeciej w nocy podjął decyzję i cicho wyszedłszy z pokoju, skierował się do położonej obok gabinetu lekarskiego biblioteki. Zapalił świece – grzbiety tomów ustawionych rzędami na olbrzymich regałach zalśniły ponuro. Ustawił drabinę, by dosięgnąć najwyższej półki. Przez kilka minut wodził palcem po grzbietach książek i mrużył oczy, by lepiej odczytać tytuły. W końcu znalazł to, czego szukał – cienki tomik oprawiony w skórę cielęcą, bez tytułu i bez nazwiska autora na okładce. Zszedł z drabiny i siadł w fotelu, przysuwając do siebie świecę. Otworzył książeczkę i przeczytał napis na pierwszej stronie; słowa wykaligrafowane były drobnym, starannym pismem: „Charles Kort – pamiętnik”. Szybko przerzucił strony pamiętnika, najwyraźniej czegoś szukając. Zabrało mu to około pięciu minut, nim znalazł odpowiedni ustęp na ostatniej stronie. Przeczytał go uważnie i podniósł głowę, patrząc w ciemność. Po chwili otarł pot z czoła i przeczytał raz jeszcze:

15 maja 1545 roku Dziś odwiedził mnie przedziwny gość – niejaki pan Smith. Nie znałem go nigdy przedtem i nigdy wcześniej nie słyszałem o tym człowieku. Pan Smith złożył mi pewną propozycję. Propozycja, jak i związana z nią obietnica, wydała mi się szalona i okrutna, i przede wszystkim niemożliwa do spełnienia. A jednak, po krótkiej rozmowie, zdecydowałem się ją przyjąć. Bo niby dlaczego nie? Cóż mam do stracenia?

* maj 2007 Kraków, cmentarz Rakowicki

Tomasz Korcz zaparkował swój samochód nieopodal bramy kościoła, wysiadł ze środka i trzasnąwszy głośno drzwiami, skierował się w stronę plebanii. W ogródku, tuż przy plebanii, jakiś facet odziany jedynie w krótkie majtki, tkwiąc w pozycji na czworaka, uwijał się raźno wśród grządek kapusty. Tomasz pomachał w jego stronę. – Dzień dobry! Dzień dobry! Jak rzodkiewki,…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Pocałunek Boga (fragment) — czytnik · opowiadania