Rodzina · 10 min czytania
Pociąg bez nadzoru
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Jadę, jedziemy, powolnym, dalekobieżnym pociągiem. Obok mnie siedzi, milcząc, na ogół gadatliwa, moja druga połowa. Po przeciwnej stronie, zgodnie z kierunkiem jazdy, siedzi dwójka podobno lekko zbuntowanych nastolatków. Żując gumę, pijąc kolę, stroją głupawe miny — to moje, przepraszam, nasze dzieci. Dziewczyna i chłopak, jedno starsze od drugiego zaledwie o siedem minut.
Nie patrzę już na moje nastoletnie pociechy. Wzrok kieruję za okno. Co widzę? Czasem gęsty, młody, zielony jeszcze, brzozowy las. O, przed momentem mignęła leśna, cudna niemal, polanka, na której kilka młodych królików baraszkuje, nie zaprzątając swej uwagi przejeżdżającym pociągiem. Tak naprawdę nie zwracam uwagi na króliki, już tyle ich widziałem. Widok mijanych lasów, mimo że niekiedy piękny, już dawno zdążył mi spowszednieć. Dlatego odwracam głowę od okna. Przechylam głowę, teraz widzę moją żonę. Nie tak młodą, nie tak szczupłą jak niegdyś, lecz ciągle piękną i kochaną, może nawet prawdziwiej niż w czasach burzliwych, nie zawsze zrozumiałych początkach naszej, mam nadzieję, obopólnej fascynacji. Ona drzemie, może udaje tylko, leżąc z zamkniętymi oczami. Pewnie podobnie, jak dla mnie, widok zza szyby jest dla niej tak powszedni i niewarty oglądania po raz setny. Obok mojej wybranki siedzi spocony, zaśliniony, gburowaty jegomość. Jego gruba szyja dochodzi aż do brody, jego tłuste, krótko palczaste dłonie wciąż grzebią w kolorowej torbie foliowej z reklamą jakiejś zagranicznej sieci handlowej w poszukiwaniu kanapek. Zjadł już z piętnaście. Nienasycony. Obok moich dzieci, naprzeciw głodomora, siedzi chuda, koścista, wyglądająca jakby wkrótce miała zakończyć ziemski żywot, siwiuteńka starowina.
Kilkanaście minut temu staruszka chciała zakłócić monotonny stukot kół rozmową. Spytała mojego syna, dokąd jedziemy. Odpowiedział, że nie ma pojęcia. Niestrudzona, do czasu, kobiecina pytała coś o szkołę, a on odpowiedział, że strasznie bolą go zęby i nie może mówić. Nie pytała o nic mej córki, ona widząc, co się święci, zaczęła głośno żuć gumę, dmuchać wielkie balony i stroić miny podobne do tych, jakie niedawno widziałem w pewnym durnym, niby satyrycznym programie telewizyjnym. Moje pociechy; patrzę na żonę: nasze, głęboko do serca wzięły sobie słowa, jakie niejeden raz musiały od nas słyszeć, że nie należy rozmawiać z nieznajomymi. Grzeczne dzieci.
Stara kobieta przez kilka minut siedzi cicho. Krótko. Przerywa ciszę, pyta naszego tłustego współpasażera, dokąd podąża. On odpowiada, szczerząc żółto-czarne, niekompletne zęby, że do swego wuja na wieś. Teraz śmieje się, to nawet nie śmiech, tylko rechot kilku żab w porze godowej. Zdaje mu się, że powiedział coś zabawnego. Na szczęście śmiecho podobna kakofonia zostaje przerwana jednym, jakże ważnym pytaniem: „Babuniu, ma babcia jakieś kanapki?”.
Część 22 / 2
Pociąg zatrzymuje się na dość dużej, położonej w leśnej głuszy stacji. Staruszka, na ile to możliwe, pośpiesznie bierze swoje tobołki, żegna się cicho i wychodzi. Ja patrzę przez okno. Widzę oddalające się nikłe, chudziuteńkie, starcze ciało. Po chwili staje się tylko kropką na tle małych niczym zapałki wiekowych sosen. Jedziemy. Grubas drzemie, moja żona także, dzieciaki zaś grają w makao.
Zamykam oczy. Staram się nie myśleć o niczym. Trudna sztuka. Przysypiam. Śni mi się, że gburowaty współpasażer odgryza staruszce rękę. Zlany zimnym potem, budzę się. Żona pyta: „Kochanie, co ci się śniło? Coś złego?”. Patrząc na grubasa, odpowiadam: Moja droga, potem, potem...”. Zaczynam się śmiać. Dzieciaki, zresztą który to już raz, patrzą na mnie jak na idiotę; droga małżonka lekko gładzi moją dłoń. Jest mi tak dobrze. Z chęcią zabrałbym ją do pociągowej ubikacji i... ale co pomyślą nasze bliźniaki? Rozpływam się w erotycznych marzeniach. Po raz wtóry usypiam. Śni mi się żona i, o zgrozo, tłuścioch odgryzający rękę staruszce. Deja vu? Chyba coś więcej. Ponownie mokry, budzę się. Dzieciaki patrzą na mnie jeszcze dziwaczniej. Czuję się głupio. Nagle nadchodzi wybawienie pod postacią konduktora. Moja druga połowa gorączkowo przeszukuje torebkę, ja, jak kretyn, patrzę na kolejarza. Trzydzieści jakże długich sekund, gburowaty szybko podsuwa swój bilet niemal pod nos kontrolera, żona przedstawia nasze. Konduktor sprawdza i wychodzi. Na krótko. Wraca po chwili, prosząc dzieciaki o legitymacje, a one nieśpiesznie, z doskonale udawaną niezdarnością (są słodkie) szukają dokumentów. Minuta, druga, trzecia... Znalazły. Speszony i lekko zaczerwieniony nawet nie patrzy na dokumenty. Przez moment trzyma je w dłoni. Oddaje i wychodzi, zapominając o pożegnaniu i służbowych, banalnych życzeniach w rodzaju „miłej podróży”.
Znowu zasypiam. Śni mi się moja ukochana. Naga i ponętna. Podchodzi do mnie. Jest już tak…