Komedia · 7 min czytania
Pociąg do spraw ważnych.
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
30 Maja 2005r. Siedząc w pociągu relacji Katowice-Poznań, człowiek naprawdę nie wie czego ma się spodziewać. Przeważnie, jadąc standardową drugą klasą i czując się przez to jak adept sztuki abstrakcyjnej (przez ogrom tolerancji, jaki należy w sobie mieć, żeby zaakceptować to, co nas otacza), myślimy sobie zapewne, że dosiądzie się do nas jakiś, nazwijmy to – przeciętny przedstawiciel polskiej klasy średniej, jadący w tę pięciogodzinną podróż z takich czy innych powodów. Oczywiście tu już wytropić można pewne przekłamanie, gdyż szansa, że dosiądzie się do nas tylko jedna osoba, równa się średniej ilości opadów w Chile (deja vu?). Zatem spodziewamy się kilku osób. Wciąż jednak są to przedstawiciele klasy średniej (nie ubliżając klasie pod-średniej). Otóż wszyscy ci, którzy pomyślą sobie w ten osobliwy sposób, staną się ofiarą misternie uknutego spisku, będącego dziełem naszych Kolei Państwowych. Ja napotkałem na swej drodze do pyrlandii tylko ludzi głęboko przewyższających swoim poziomem jakąkolwiek klasyfikację. Zaliczyć by ich można wręcz do śmietanki rządzącej. Jakież oni mieli pomysły na rozbudowę naszej infrastruktury! I jak bardzo znali się na sprawach ekonomiczno-gospodarczych! Ale po kolei. Pierwszy jegomość (wcale nie sarkastycznie!) dosiadł się mniej więcej po godzinie drogi. Nawet mi to odpowiadało, bo wszystko to, czego słuchałem do tej pory w przenośnym grajku, znałem i tak na pamięć. Przyjaźnie wyglądający pan, wzrostu raczej skromnego i o dość bujnie przerzedzonych włosach, z uśmiechem na twarzy zaczął mi opowiadać swoją historię. „E nie, nie jadę do roboty. Ano mam kilka spraw do załatwienia i już, nie? A słyszałeś pan (poczułem się wyróżniony), że gdzieś we Wrocławiu wichura rozwaliła trakcję? Ano właśnie. Oby tylko naprawili jak tam dotrzemy. No tak, panie, ale to jest wina złego zarządzania. Oni powinni to wszystko sprywatyzować (mówiąc o pociągach, po tym jak odpadł kosz na śmieci, kiedy jegomość próbował pozbyć się pustej puszki po piwie). Prywaciarz to by dał doprowadzić do takiej ruiny? A gdzie tam!” Przytaknąłem posłusznie. Straszny demagog ten jegomość, prawie udało mu się zaciągnąć mnie do swojej kampanii propagandowej. Sielankę o nastawianiu kapitalistycznym przerwało szuranie otwieranych drzwi do przedziału. Dwóm parom przerażonych oczu ukazał się potężny, króciutko obcięty mężczyzna, który zarówno swoim zwyczajnym ubiorem, jak i postawą, przypominał robotnika z surowymi rysami twarzy z plakatów o „Sile Pracy” z czasów stalinizmu u sowietów. Po szybkiej autoasymilacji naszego nowego towarzysza, do rozmowy wkradło się zupełnie nowe spojrzenie na sprawę. „Mówisz pan, że trzeba sprywatyzować? A ile wtedy bilety wyniosą? Co, myślisz pan, że każdego stać będzie na bilet na pociąg? Już teraz te ceny są ogromne!” Na co jegomość znalazł szybki argument „ale przynajmniej byś pan wiedział, za co pan płacisz! A teraz? Pan wiesz jak daleko odpadł przed chwilą kosz na śmieci, kiedy próbowałem wyrzucić doń puszkę? O, tam prawie, pod drzwi” Wskazał skinieniem, po czym przeniósł wzrok na mnie „a pan tu może potwierdzić. No tak było?” -„Tak, dokładnie tak.” Odparłem bez namysłu. Pragnąłem zachować dalekoidącą…