Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 36 min czytania

Początki. Upadki. Interakcje abstrakcyjne. (frag)

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

[notka od autora: zanim zaczniesz, czytelniku, lekturę, należy Ci się parę drobnych wyjaśnień. Nie mogłem ich zawrzeć w krótkim opisie, więc robię to tu, na początku tekstu. Otóż jest to tylko fragment. Fragment czegoś, co będzie dużo duuuużo dłuższe. Tu się ledwo zaczyna. Szkopuł w tym, że po po przeczytaniu zapewne spytasz "O co tu, do jasnej ciasnej Anielki, chodzi?" Problem polega na tym, że tak właśnie ma być ;) To znaczy, nie robię tego z czystej złośliwości. Ot, po prostu napoczynam parę zakręconych wątków - ale wszystko w swoim czasie się wyjaśni. Z tym, że za jakieś kilkadziesiąt, a jak się rozpędzę - to kilkaset - stron, które nie wiem kiedy napiszę... Druga ważna rzecz, to to, iż toczą się tu równolegle dwie różne historie - rozdziały parzyste to jedna, nieparzysta to druga. Jeśli to Cię przeraziło, to pewnie już nie czytasz tych słów, a jeśli nie - to zapraszam do lektury]

I.

Bezwładne ciało ciężko uderzyło o spokojną, falującą sennie taflę oceanu. Spadło z czarnego, nocnego nieba i grzmotnęło w zimną toń, wyrzucając w powietrze biały słup spienionej, słonej wody. Idąc na dno, porwało ze sobą drobiny powietrza, które i tak wróciły na powierzchnię. W końcu zniknęło w czarnych odmętach szybko, prawie niezauważalnie, względnie cicho i bez świadków - jeśli nie liczyć księżyca i gwiazd, które co noc doglądały świata z bezpiecznej odległości, śledząc wszystko i w niczym nie uczestnicząc. Mimowolny nurek opadał bezwolnie w kierunku dna, niewzruszony przenikliwym chłodem oceanu. Podobnie, ziąb pod gwiazdami a nad ciemną taflą nie wywołał u niego gęsiej skórki. Nie reagował w żaden sposób na żaden bodziec. Nie ratował się - nie usiłował frunąć, gdy spadał; nie machnął ręką, gdy tonął. Nie chwytał rozpaczliwie powietrza. Uderzając klatką piersiową o powierzchnię wody, jedynie otworzył mechanicznie usta. Nie wyrwał się mu jednak niemy, niesłyszalny okrzyk ratunku, ani choćby parę bąbelków powietrza. Kiedy ciśnienie rosło, napierając na czaszkę im głębiej, tym mocniej, on jakby spał. Nie był jednak martwy. Nie zmarł ze starości. Na całkiem młodym, choć dojrzałym już męskim ciele nie było także żadnych złowrogich śladów. Ani szram, ani dziur, ani ran. Żadnych sińców, guzów czy pręg. Nikt go nie zastrzelił, nie udusił, nie zadźgał ani nie zatłukł na śmierć. Nie został też otruty ani pokonany przez chorobę. Prawda, nie dawał znaku życia - ale nie umarł. Po prostu jeszcze się nie narodził. Opadał, powoli i systematycznie. Słona woda wyhamowała początkowy rozpęd, jakiego nabrał w powietrzu, spadając z wysokości znacznej, choć na tyle małej, że nie potrzaskał się zupełnie przy uderzeniu. Sunął miarowo w dół z rękami wyciągniętymi na boki, nogami w lekkim rozkroku, twarzą i brzuchem ku dołowi. Oczy miał zamknięte, usta tylko lekko rozwarte. Wyglądał niezwykle spokojnie, nawet trochę pogodnie. Brwi lekko uniesione; subtelny wyraz radosnego wyczekiwania, co się też stanie. Czarne, lśniące włosy, długie do łopatek, nie opadały mu na barki; ciągnęły się za nim, porozdzielane na małe kosmyki, falując, odsłaniając gładkie, białe czoło. Za wcześnie jeszcze było na zmarszczki, choć twarz jego miała już zaostrzone rysy. Ramiona i nogi pokrywało wyraźne, dość gęste, czarne owłosienie. Mocny szkielet oplatały dobrze rozwinięte i widocznie zarysowane pod skórą mięśnie. Mężczyznę można by uznać za przystojnego. Pięknisia coś smyrnęło w łydkę. Mały żółty błysk zderzył się z twardym muskułem, odbił się i na chwilę zastygł, zesztywniał, robiąc jeszcze większe oczy i jeszcze szerzej otwierając pyszczek; po chwili zaś żywo pomknął dalej, wzdłuż uda, między palcami dłoni, do łokcia. Po plecach, wzdłuż kręgosłupa, przez kark mała rybka dotarła do czarnej, gęstej grzywy mężczyzny, gdzie schowała się na chwilę, by zaraz stamtąd wystrzelić i zniknąć w ciemnościach. Tropem drobiny przemknął duży, podłużny, obleśny kształt. Wrednym ślepiem przyglądał się cudacznemu stworzeniu, jakim wydał mu się mężczyzna. Opadał razem z nim. Rozwierał i zamykał pełną zębów, wykrzywioną paszczę. Po krótkiej chwili mrocznej zadumy oddalił się. Cała ławica czerwonych trójkątów okrążyła bezwładne ciało już bez cienia lęku, a w ślad za nimi, nie okazując topielcowi najmniejszego zainteresowania, sunął mroczny zębacz o szorstkiej skórze. Co i rusz przeróżne oślizgłe pływacze ocierały się o bladą istotę to płetwą, to łuską. Pacnęły macką. Oplotły wypustką. Przeczesały czarne włosy kolczastym grzebieniem. Ale wszystko to mimochodem, szukając drogi wśród kotłowaniny. Nie skubnęły, nie dźgnęły, nie wplątały się w owłosienie. Nie parzyły, nie zasysały się. Mknęły nad, obok i pod tajemniczym ktosiem, jakby go tam zupełnie nie było, lub był czymś normalnym - ani groźnym, ani smacznym. Nieistotnym tłem; w najlepszym razie irytującą przeszkodą. Przewijały się wokół niego w zawrotnym tempie długie na mile łańcuchy pokarmowe - i szczęśliwie w żaden się nie zaplątał ani go nie naruszył. Nietknięty, opadł na dno. Osiadł miękko na gładkim, piaszczystym gruncie. Spłoszył jakieś dziwadło - ale i tak trzy metry dalej żyło ono tak, jak dawniej; robiło to, co zawsze. On zaś tak jak się rozłożył, tak leżał - na brzuchu, ręce na boki, zgięte w łokciach, i nogi w rozkroku. Czekał. W sposób bierny, nieświadomy oczekiwał sprzyjających okoliczności - dogodnych warunków do tego, by się narodzić.

***

Dzień, który wstał nad bezkresnym oceanem, był potwornie gorący. Słońce kipiało, szalało, wrzało i ciskało ultrafioletem na wszystkie strony. Nocą hulał wiatr - porywisty i lodowaty. Księżyć patrzył z uśmiechem na falującą niespokojnie taflę oceanu. Z kolejnym świtem wszystko uspokoiło się. Aż do zmierzchu było ciepło, lekko i przyjemnie. Powiewał słaby wiaterek. Po zmroku przyszedł wyczuwalny, ale znośny chłodek. Wszystko było w normie; jak przedtem. Tyle że na niebie pojawiły się gęste, białe chmury, a gdzieś na skraju świata wyrosły, jedna przy drugiej, setki gór lodowych. W oceanie zaś zrobiło się ciaśniej. Dużo ciaśniej. Ryb było tyle samo. To słonej wody ubyło. Warunki kształtowały się nadzwyczaj korzystnie...

II.

W pustce wśród gwiazd błysnęło, zaiskrzyło, ale nie rozległ się żaden dźwięk. Nieco niżej, pod chmurami - tylko jeden plusk. Potem zaległa grobowa cisza.

***

Tępym wzrokiem patrzyła na koniec świata. Siedząc na kamiennym brzegu, tyłem do wody, wielkimi czarnymi oczyma wodziła powoli po bezkresnym, szarym pustkowiu. Dopiero dochodziła do siebie. Dyszała i trzęsła się z zimna, a wraz z nią drżały krople wody na jej białej skórze. Od dawien dawna nikt tu sobie nie pozwolił na odpoczynek. Nie przystanął, nawet nie zwolnił. Ba! Z każdym krokiem przyspieszali. Każdy biegł ile sił w nogach - byle dalej, byle przed siebie. Pół biedy, gdyby jakoś zgodnie podążali w jednym kierunku. Co jeden - to w inną stronę świata pędził. Uciekali od siebie jak najdalej. Jak się zdarzyło, że dwóch miało jeden cel, to przeszkadzali sobie nawzajem, podkładali nogi. I dotąd się szarpali, dokąd oboje się nie przewrócili, koziołkując, łamiąc ręce, nogi i nosy, wybijając zęby. A po nich obu - obolałych, poranionych, znieruchomiałych - przebiegł trzeci i pognał tam, gdzie oni zdążali. Zaś prawie u celu wpadł na kogoś, kto zmierzał szybko jak wiatr w dokładnie przeciwnym kierunku. I nic konstruktywnego z tego zderzenia nie wynikło. Tylko guzy, siniaki, zadrapania i rany. Sama bieganina żadnego sensu też nie miała. Zaczęła się nie wiadomo po co, do niczego nie zmierzała i nie miała końca. Jak już ruszyli, to nie zatrzymali się ani na chwilę. Wszystko zaczął jeden anonimowy szaleniec. Za nim pobiegli inni, zapytać, gdzie i po co tak gna. Jak już go dogonili i im odparł, że po nic i donikąd, to minęli go i jeszcze szybciej pomknęli w tym samym celu i kierunku. W ślad za nimi następni rzucili narzędzia, zajęcia i rodziny, by wziąć udział w przedziwnym, entuzjastycznym maratonie. I tak biegli bez ustanku aż do śmierci. Martwi, przebiegali jeszcze parę kroków siłą rozpędu, po czym padali. Tłum nie zatrzymał się, nie zapłakał. Motłoch gnał do przodu - choćby i po trupach. Jeśli ktoś nie dotrzymał kroku - to nikt nie pomógł. Jeżeli potknął się i wyciągnął jak długi na ziemi - to już nie wstał. Jak nie wdeptano go w ziemię od razu - to jeszcze inny się o niego przewrócił. Upadły przedsięwzięcia i instytucje. Upadły rządy, systemy. Nikt już nie stał nad nikim, nikt przed nikim nie klęczał. Popsuły się obyczaje. Rozluźniły się i pękły więzi. Ludzie oddalili się a w końcu uciekli od siebie. Porzucili marzenia, plany i na wpół zjedzone posiłki. Niedokończone śniadania pokryły się pleśnią. Nieużywane sprzęty pordzewiały. Korony pośniedziały a banknoty wytarły się. Chodniki popękały. Zawaliły się konstrukcje. Po gruzach cywilizacji hołota przebiegła w te i we wte raz, drugi, trzeci, zadeptując, krusząc na pył. Pędząc po równinie popiołów i zgliszcz, człowiek wyzbył się pragnień i potrzeb. Co uwierało, to zrzucił z siebie, a czego nie miał, tego nie pragnął. Zdarł z siebie łachy, bo spowalniały. Nagość nie krępowała ani nie przeszkadzała. Nocą zbędne stało się schronienie a sen - zbyteczny. Przestały dusić przypływy gorących uczuć. Żądze tylko krępowały ruchy - więc i z nich zrezygnowano. Głód i pragnienie dały się ignorować. Myślenie pożerało zbyt wiele energii. Ewolucja wyszła naprzeciw zmianom i dostosowała powolne zwykle tempo do biegaczy. Dosłownie co krok istota ludzka stawała się czymś nowszym, coraz lepiej przystosowanym do ponaddźwiękowego życia. Czymś... uproszczonym, pierwotniejszym. Zanik owłosienia poprawił aerodynamikę. Z łysiną wiatr nie miał tyle zabawy co z kłakami. Mięśnie twarzy zwiotczały a brwi wypadły - co nadawało biegaczowi spokojny, obojętny wyraz. Oczy cofnęły się pod ciśnieniem wgłąb czaszki. Skóra utraciła pigment, stwardniała i zasklepiła pory - w ten sposób otoczenie nie wydzierało ciału wody. Żołądek podjadał przede wszystkim sam siebie, aż nie zostało z niego nic. Muskuły skurczyły się do niezbędnego minimum. Dłonie zrosły się w pięści. I właśnie kiedy postępował zanik mózgu, przyszła wielka fala i zmyła i potopiła wszystkich co do jednego. Świat się skończył. Czas stanął. Zatrzymał się pod wieczór i tak został. Ciemne chmury zastygły nad popielatym kontynentem.

***

Stan otępienia, w jakim trwała przez jakiś czas po wyjściu z wody, powoli mijał. Drgęła gwałtownie - reakcja typowa dla włączanych urządzeń. Obejrzała się w lewo i w prawo. Absolutnie spokojna. Na zastaną sytuację reagowała bez lęku, a nawet dość pogodnie. Zdobyła się na lekki uśmiech. Bo co prawda, było szaro, groźnie, nieciekawie i obco, ale póki co, żyła i miała się całkiem dobrze. Oddychała coraz spokojniej i schła dość szybko w całkiem ciepłym, choć stojącym, ciężkim powietrzu. Podniosła wzrok. Odwróciła się i z zaciekawieniem obserwowała szalejącą białą kropkę w oddali.

III.

Ożył. Na maleńkiej, piaszczystej wysepce, mężczyzna w końcu narodził się. Drgnął i zaczął funkcjonować. Wciągnął powietrze przez nozdrza z cichym szumem, zatrzymał je na dłuższą chwilę w płucach, po czym głośno wypuścił, także nosem. Klatka piersiowa pulsowała rytmicznie, choć prawie niezauważalnie - ruszyło serce. Regularny skurcz i rozkurcz czerwonego mięśnia rozbudził krążenie. Przez szare zwoje popłynął prąd. Pod sklepieniem czaszki powstawały myśli. Spał. Choć umysł pracował już na pełnych obrotach, on - nazwijmy go sobie dla wygody Ktosiem - za zaciśniętymi powiekami trwał w błogim stanie odłączenia od rzeczywistości. Nie chrapał. Leżąc na lewym boku, z polikiem opartym na ramieniu, mamrotał coś od czasu do czasu półgębkiem. Choć oczy trzymał zamknięte, widać było gwałtowne ruchy wypukłych soczewek. Obracał nimi, patrzał w górę, dół, lewo, prawo, znowu w lewo, w górę i w lewo. Śnił. Myśli podsuwały mu senne obrazy, a on pożerał je łapczywie, z pasją chłonąc detale. Jakby próbował jak najwięcej zapamiętać. Warknął. Szarpnął się nieznacznie. Głowa osunęła mu się z ramienia i spoczęła na piasku, zmuszając szyję do niewygodnej pozycji. Po chwili odwinął się cały, usunął ramię spod boku i opadł na piach plecami. W tej chwili się obudził. Gwałtownie otworzył oczy, przerywając sen. - Aaa! Wrzeszczał, dopóki mu powietrza w płucach starczyło. Poderwał się na równe nogi i złapał za promienujący bólem nagi pośladek. - Aaa! - powtórzył. Coś małego i czarnego spadło na ziemię z głuchym odgłosem i podjęło ucieczkę, trzymając szczypce bojowo przed sobą. Ktosiek dostrzegł gagatka kątem oka i pochwycił w dłoń. Cisnął kraba daleko do oceanu. Ze skwaszoną miną, drugą ręką masował obolały zadek. Dopiero, gdy przestał cicho złorzeczyć, kiedy ból nie był już taki uciążliwy, mężczyzna rozejrzał się dokładnie. Uniósł czarne brwi. Szeroko otwartymi brązowymi oczami oglądał okolicę ciekawie i nie bez lęku. Nie znał jej. Obudził się w miejscu całkiem obcym i niezbyt przyjaznym. Zewsząd otaczał go mroczny, podejrzanie spokojny ocean. Nad nim wisiały ciężkie kłęby chmur. Gdzieś w oddali zabrzmiał cichy grzmot. Ktosiek był uwięziony w samym środku nieznanego, wrogiego świata na maleńkiej, piaszczystej wysepce - niewielkim, wypukłym kawałku lądu, szerokim i długim na ledwię parę kroków. Nie mniejszą niespodziankę stanowił dla siebie on sam. Przyjrzał się dłoni odjętej od pośladka. Wyciągnął ją przed siebie i trzymając na wysokości mostka, grzbietem do góry, wbijał w nią analityczne spojrzenie. Napinał i rozluźniał. Zginał palce - wszystkie naraz, potem sam kciuk, wskazujący, serdeczny, a z nim ten najmniejszy. Zwinął dłoń w pięść. I obrócił w nadgarstku. Otworzył ją i ujrzał wnętrze dłoni, poprzecinane dziwnymi liniami. Przysunął rękę do oczu. I dotknął czubka nosa. Przeciągnął wzdłuż prominentnego garba w dół; przesunął paznokciem od jednego kącika ust do drugiego. Macał żuchwę, od ucha do ucha. Miętolił w palcach małżowinę. Kręcił warkoczyk z kosmyka czarnych włosów. Podrapał się po policzku. Przeczesał paznokciami brwi. - Au! Dziabnął się palcem w otwarte oko. Wyprostował obydwa ramiona i porównywał je, spoglądając wzdłuż jednego, to znów drugiego. Wykonywał koliste, zwierciadlane ruchy obydwoma kciukami. Pogładził owłosione przedramię - z włosem i pod włos. Wbijał palec w miękką tkankę o cal pod nadgarstkiem. Ścisnął kawałek skóry między kciukiem a wskazującym i ciągnął, dopóki nie zabolało. Uszczypnął się jeszcze raz - trochę wyżej, bliżej łokcia. Z głupawą, zafascynowaną miną uniósł wysoko jedną nogę, zgiętą w kolanie, i opuścił. Potem drugą. Gdy usiłował podnieść obie - zamiast tego kucnął. Spróbował mocniej - wówczas podskoczył. Bawił się znakomicie, oglądając się z góry i z dołu, wyginając się i wykręcając, jak tylko mógł. Pasjonował sam siebie. W tym wszystkim jednak podobało mu się nie to, jak umięśnione ma łydki, jak długie palce. Kończyny i wszelkie wypustki jako takie wydały mu się niezmiernie interesujące, zaskakujące i cudowne. Wypróbowywał je wszystkie; sprawdzał ograniczenia. Po dłuższej szamotaninie z samym sobą zrezygnował z próby podrapania się po nosie łokciem. Uparł się natomiast, że zobaczy własne plecy. Wykręcił głowę jak najmocniej się tylko dało w lewą stronę i, nie widząc nic prócz umięśnionego barku, zaczął się kręcić wokół własnej osi. Zasapał się niepotrzebnie a środek ciężkości rozszalał się po całym ciele. W końcu lewa stopa zahaczyła o prawą łydkę; stracił równowagę i bokiem wpadł do morza. Znalazł się cały pod wodą, choć woda przy brzegu głęboka nie była - mniej więcej po kolana. Przerażony, pod powierzchnią otworzył szeroko oczy i usta. Znalazłszy w błotnistym dnie oparcie dla nadgarstków i pięt, podniósł się i szybko wynurzył. Kaszlał i przecierał oczy. Uciekł z brzegu na czworakach. Dyszał ciężko. Dzikim, przerażonym wzrokiem oglądał się za siebie, na ocean. Pospiesznie strzepywał z siebie krople wody - drobiny groźnego żywiołu. Opadł ciężko na piasek. Stęknął, uderzając piersią o twardy grunt. Czuł się znużony. Bolały go naciągnięte stawy i napięte mięśnie. Kręciło mu się w głowie. Serce łomotało a oddech nie mógł się uspokoić. Zamknął oczy. Pragnął powrócić do przerwanego snu.

***

Gdy się obudził, zaczynał się nowy dzień. Wyspał się solidnie. Może nawet za długo. Nie czuł się ani wyspany, ani rześki; był ociężały i lekko zamroczony. Kręciło mu się w głowie. Przeciągnął się, przetarł oczy, ziewnął sobie przeciągle. Wstał i jął wytrzepywać piach z długiej, ciągnącej się do samej ziemi czarnej brody.

IV.

Odległe krzyki nie przestraszyły kobiety. Odwróciła się powoli, podnosząc się do kucków a potem siadając z powrotem, zwrócona w stronę wody. Z łatwością wyłowiła z szarego otoczenia wyraźnie odznaczające się źródło dźwięków i na nim skoncentrowała wzrok. Ruszało się. Szalejąca, biała kropka rosła, zbliżała się, czemu ona przyglądała się ze stoickim spokojem - z rzadka jedynie, choć regularnie, mrugając powiekami. Rozjuszony osobnik, mocnej budowy i być może w innych sytuacjach dostojny, brnął do brzegu niezdarnie, powoli i z wielkim trudem. Stojąc po pas w wodzie, usiłował biec. Istniały, a i owszem, sposoby szybkiego poruszania się w wodzie, tych jednak zapewne nikt delikwenta nie nauczył. Mozolił się więc, wybijał się, podskakiwał, posuwając się wolniej niż wówczas, gdyby się po prostu na wodzie położył i pozwolił falom wyrzucić się na ląd. Ocean już raz położył kres bieganinie, i widocznie nie chciał dopuścić do tego, by się powtórzyła. Tym niemniej, mężczyzna systematycznie zbliżał się do brzegu. Dno, choć o małym nachyleniu w stosunku do poziomu, podnosiło się jednak, skutkiem czego furiat wynurzał się i było mu coraz łatwiej. Znajdował się już całkiem niedaleko od obserwującej go z coraz większym rozbawieniem kobiety. Coraz lepiej widoczny i wyraźniejszy z jej punktu widzenia, stawał się z każdym pokonanym metrem mniej zrozumiały. Z daleka miotał ledwo dla niej słyszalne skomplikowane inwektywy i przekleństwa; oddalony o parę metrów, ostatkiem sił bełkotał zwięzłe groźby pomiędzy jednym a drugim sapnięciem. - Zabiję... - wycharczał, osuwając się na kolana. Czołgając się w jej kierunku na czworaka, ciągnął dalej. - Uduszę... - Wdech. Wydech. Wdech. - Zatłukę... Rozerwę...…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Początki. Upadki. Interakcje abstrakcyjne. (frag) — czytnik · opowiadania