biografia · 8 min czytania
Pod bratnimi skrzydłami
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
To trzeba mieć pecha, żeby, uciekając przed Ruskimi, wylądować o kilometr od nich. To przydarzyło się mojej repatriowanej zza Bugu rodzinie, której przyszło zamieszkać na Ziemiach Odzyskanych „pod bratnimi skrzydłami” jednego z radzieckich pułków lotniczych. Pułk ten został utworzony do walk na dalekim wschodzie, a po upadku Japonii przeniesiono go do Polski. Tu miał bronić naszego nieba przed zakusami zachodnich imperialistów. Nie wiem, jak z tą obroną było, ale moja mama twierdziła, że przelatujące nad naszym domem samoloty straszyły kury, które się gorzej niosły. Pas startowy lotniska był dobrze widoczny z okienka w dachu naszego domu, a linia słupów ze światłami podejścia przebiegała tuż za naszą stodołą. Światła te były sprawdzane przez żołnierzy z lotniska, którzy przy okazji przychodzili do nas pohandlować, czyli zrobić „machniom”. Nie byłem wtajemniczony w szczegóły tych transakcji, ale wiem, że mój pierwszokomunijny zegarek pochodził z machniom. Był piękny. Na tarczy miał namalowaną kulę ziemską, którą obiegał umieszczony na sekundniku satelita. Do tego jeszcze cyfry, wskazówki i rzeczony satelita świeciły w ciemności. Mój pierwszy pasek do spodni też pochodził z machniom. Zarówno zegarek, jak i pasek służyły mi przez wiele lat. Machniom było powszechnym procederem w okolicy i w wielu domach były zegary, narzędzia lub kanistry ruskiego pochodzenia. Ruscy byli wszędzie, bo liczebność załogi lotniska była porównywalna z liczbą mieszkańców naszego miasteczka. Ulicami jeździły zielone samochody z czerwoną gwiazdą na drzwiach, sołdaci pili wódkę w parkowych zaułkach, a w sklepach spotykało się żony oficerów. Kobiety te były ubrane według aktualnej radzieckiej mody i dziwnie jednakowo - zwłaszcza zimą. Wtedy nosiły ciemne, sukienne płaszcze, mocno uwydatniające kobiece krągłości. Stroju dopełniały futrzane kołnierze i czapki, a wszystko to było obficie oblane odikołonem, czyli perfumami w radzieckim wydaniu. Zapach tych perfum długo jeszcze zostawał w pomieszczeniach, które odwiedzały. Prości żołnierze też byli strojni, ale w różne bojowe, sportowe lub komsomolskie odznaki. Odznaki te oraz gwiazdki z czapek i pagonów były dla nas małolatów przedmiotami pożądania. Wypraszaliśmy je od nich, a potem wymienialiśmy się nimi między sobą. Najcenniejsze były gwiazdy z oficerskich czapek galowych: czerwone, na złotym tle, otoczone czymś na kształt skrzydeł czy kłosów. Za jedną taką trzeba było dać z dziesięć sołdackich lub tyleż różnych odznak komsomolskich, czyli kolorowych główek Lenina. Nigdy takiej gwiazdy nie zdobyłem, chociaż towaru na wymianę miałem w bród. Okoliczni mieszkańcy nie bali się Ruskich, choć jedna stara panna z sąsiedztwa nie wychodziła z domu po zmroku w obawie przed zgwałceniem. Byłem wtedy chłopcem i bardziej interesowały mnie samoloty niż seks, ale nigdy nie słyszałem o gwałtach. Często natomiast słyszałem negatywne komentarze na temat dziewczyn, które „zadawały się z Ruskimi”. Tutejsze dziewczyny miały szeroki wybór kandydatów do zadawania się, bo poza sołdatami z lotniska, byli też nasi żołnierze z miejscowej jednostki. Czy to o dziewczyny, czy też ze zwykłej polsko-radzieckiej „przyjaźni” pobiło się kiedyś na dworcu kolejowym kilkunastu żołnierzy obu bratnich armii. Okładali się pasami o metalowych klamrach, demolując przy tym bufet i poczekalnię. Nie trwało to długo, bo zaraz przyjechali polscy żandarmi i wyłapali... swoich. Ruscy przyjechali później i nie złapali już nikogo, bo ich „bojcy” zdążyli uciec. Lotnisko było pilnie strzeżone, ale nie niedostępne. Sporo Polaków na nim pracowało, a nawet ja byłem tam dwa razy. Pierwszy raz byłem niejako służbowo, by jako członek szkolnego chóru uświetnić pierwszomajową akademię w tamtejszym domu kultury. Zawieziono nas na lotnisko wojskową ciężarówką z budą i po chwili oczekiwania, bocznymi schodami wprowadzono na scenę odgrodzoną od…