Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Muzyka · 9 min czytania

Pod moim oknem

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Pod moim oknem

Opamiętanie spadło na mnie jak grom z jasnego nieba, przynosząc tym samym nieco speszenia, a to głównie, że w pierwszej chwili nie wiedziałem, skąd się wzięło i przed jaką niedorzecznością mnie chroniło. Potem uprzytomniłem sobie, że przecież bujam się w fotelu, skulony, przykurczony, w przód i tył, na wzór autystycznego dziecka. Nie zdążyłbym nawet wyrecytować „albo jak Hamlet z czaszką w palcach tak małą że z dala dojrzysz kształt kartofli”, kiedy kolejne opamiętanie gruchnęło mnie jeszcze boleśniej, przypominając, że nie ma sensu się hamować przed czymkolwiek, będąc całkiem samemu w mieszkaniu. Chciałem powrócić do słodyczy bezrozumnej monotonii owej fluktuacji, ale spojrzałem na biurko, a tam stosik czterech monet – kolejno od dołu: 5 zł, 1 zł, 1 zł, 2 zł. Nieco przekrzywiony w prawo, stał jak daremnie nabrzmiała wieża w Pizie, uciekając jednak uporczywie metalicznym połyskiem od tego typu skojarzeń. I już miałem tylko uzmysłowić sobie jego bezsens, aby nareszcie ponownie zacząć się bujać, kiedy po fali, w którą układały się połyskliwe łuki krawędzi monet, prześliznęła się i wzbiła hen wysoko w górę melodia skrzypiec. Zły to człowiek, co nie lubi muzyki i śpiewów, a zakładam, że tylko dobrego człowieka może interesować moja historia, więc i nie muszę dobremu człowiekowi objaśniać, tłumaczyć, ni klarować, jak brzmią skrzypce, które rozlegają się wśród cisz i hałasów zmęczonego, ubiczowanego miasta u schyłku obmierzłego dnia (obmierzłością nie własną, ale i atawistyczną – tysiąca wcześniejszych dni). Wszystko to na dokładkę zimową porą, przy powszechnym górowaniu szachownic z czarnych dachów i białego śniegu, na których jednolite szare pionki – gołębie, już dawno poniechały gry, wzorowanej na militarnych potyczkach. Melodia wkrótce rozstała się z monetami, niby nie ujmując im blasku, a jednak pozostawiając jeszcze bezsensowniejszymi i odrobinę bardziej maluczkimi, niż je zastała. Chyba też przez to mogłem nimi posłużyć się jako chwilowym klinem do skołowanej percepcji i wlepić w nie wzrok, póki nie byłem gotów podejść do okna, by wyjrzeć na skrzypka, tego czarodzieja bram cuchnących moczem i przeciekających rynien, kuglarza, którego chyba przez pomyłkę, przez jakiś fortunny błąd na górze, pod moje okno przysłano, który nie gdzie indziej mógł mieszkać, jak tylko na Ulicy Szarlatanów. A to była kobieta. W kurtce granatowej, czapce z polaru, opatulona szalem, co pewnie miał ze dwa metry. Futerał leżał u jej stóp, a czerwień obicia z nieznacznie rumianym zawstydzeniem przyjmowała skromnie grosiki, rzucane co pewien czas przez przechodniów. Chciałem dokładniej przyjrzeć się skrzypaczce, zanim zszedłem na dół, więc ująłem okulary, kładąc rękę na otwartej książce, na której leżały. A stronicę wybrały sobie do leżenia dobrą, bo bez słów; widniało na niej jedynie to słynne zdjęcie starego Einsteina, patrzącego gdzieś przed siebie, z łzą spływającą po policzku. Raz – dwa – trzy, raz – dwa – trzy – zbiegałem po schodach. Jeden stopień z innego drewna, drugi stopień zgnity. Raz – dwa – trzy, raz – dwa – trzy – dźwięczały triole. Wyszedłem na chłód, zawiał wiatr, a ja powolnym krokiem zbliżałem się do skrzypaczki. Stała odwrócona do mnie tyłem, a dodatkowo była jak odgrodzona od świata (nade wszystko ode mnie!) szklaną kurtyną i – żeby przydać temu wszystkiemu tragizmu – odniosłem wrażenie, że to już po przedstawieniu, że ona wcale nie ma być podniesiona. Zacząłem okrążać kobietę bardzo szerokim łukiem, nieco burząc monotonię własnego toru i maskując w miarę możliwości istnienie osi, jaką była skrzypaczka, by zatuszować moje zainteresowanie jej osobą, przeradzające się zwolna w fascynację. Och, fraszka, aleście sobie bzdurkę wybzdurzyli! (Bo ja wiem, coście sobie pomyśleli.) Że niby ja? Że w tym mieście? Ależ wam schematy wypełzły każdą porą w skórze. (Bo ja wiem, coście sobie pomyśleli.) Ha, ha – co gadam? Już wy wiecie co. (No bo ja wiem, coście sobie pomyśleli.) Koniec, koniec – nie czepiam się. (Udam, że nie wiem.) Oto już udało mi się ją (niepostrzeżenie?) okrążyć i znów znalazłem się cokolwiek za jej plecami, tylko tym razem bardziej po prawej ręce. Melodie coraz to nowe płynęły, a na przemian wspinały się po kondygnacjach kamienic, to znów opadały z rzewnym płaczem, niemal uderzając o bruk. W tym czasie zdążyło się już całkiem ściemnić – latarnie broczyły pomarańczem, a zimno, choć wiedziałem, że wyjątkowo wytężyło swoje siły,

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Pod moim oknem — czytnik · opowiadania