Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Melodramat · 24 min czytania

Pod skrzydłami nienawiści Cz. 4

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

7. Helen długo nie mogła się zdecydować, czy powinna ponownie odwiedzić Seaside. Każdego ranka budziła się z mocnym postanowieniem, że pójdzie, ponieważ nie chciała zawieść oczekiwań pani Trevor. I za każdym razem strach przed spotkaniem jej brata, nie pozwalał jej tak po prostu iść. Nienawidziła tych sytuacji, gdy miotały nią tak sprzeczne uczucia. Czuła, jakby z chwilą poznania pana Hadley, straciła swój spokój ducha, rozsądek i poczucie pewności, które tak mozolnie budowała po śmierci brata. Tego dnia zdecydowała, że najwyższa pora pojechać do Seaside. Od jej ostatniej wizyty minął już prawie tydzień. Ubrała się staranniej niż zwykle, wyżej podpięła włosy, twarz i ręce umyła w różanej wodzie. Do teczki zapakowała ołówki i papier szkicowy, a dla pani Trevor zerwała bukiet róż. Głęboko westchnęła. Wcale nie musiała spotkać pana Hadley. Jakby na potwierdzenie jej słów nie widziała go przez prawie cały swój pobyt. Najpierw spędziła dwie miłe godziny z panią Trevor, zakłócane jedynie przez towarzystwo panny Darwen, która wraz z nimi przechadzała się po posiadłości Seaside i przez cały niemal czas rozpływała się w zachwytach nad jego pięknem i dogodnym położeniem. Jednak najbardziej wytrwały piechur nie wytrzymałby tempa Helen, więc panie pożegnały ją i zostawiły, aby w spokoju mogła pomyśleć nad ogrodem. Usiadła więc na niewielkiej kamiennej ławeczce, wyciągnęła szkicownik i zaczęła kreślić prosty obraz. Nie zauważyła, gdy w alei pojawił pan Hadley i przyglądał się jej z daleka. Wyglądało na to, że chce nawet zawrócić, ale zacisnął pięści i ruszył w jej kierunku. Dostrzegła go dopiero wtedy, gdy stanął nieopodal i rzekł: - Siostra powiedziała mi, że pracuje pani w naszym ogrodzie. Obawiałem się, że zabrała się pani sama za uporządkowanie tego... nieokreślonego w swoim wyglądzie miejsca. Spojrzała na niego zdumiona i krew nagle odpłynęła z jej twarzy, by powrócić ze zdwojoną falą. Schyliła głowę, a potem wstała i ukłonili się sobie. - Moja praca nie polega jedynie na porządkowaniu, jak to pan ładnie ujął. Moja babka nazywa to raczej grzebaniem w ziemi. - Zastanawiam się, jakie talenty jeszcze pani ukrywa – zerknął na kartę, pokrytą pięknym szkicem ogrodu z naniesionymi już niewielkimi zmianami. Machnęła lekceważąco ręką. - To nic wielkiego. Nigdy nie bawię się w jakieś porządne rysunki. Jedynie tyle, żeby pomogły mi w późniejszej pracy – powiedziała z uśmiechem, choć serce biło jej tak mocno, jakby chciało wyskoczyć z piersi. Przyszedł do ogrodu, bo pani Trevor mu powiedziała. Z trudem zdusiła w sobie krzyk radości. - Czy nie będzie pani przeszkadzać moje towarzystwo? – zapytał cicho. - Oczywiście, że nie. Wskazał, żeby wybrała drogę, a potem szli obok siebie tak blisko, że ich ramiona ocierały się o siebie, a chwilami stykali się dłońmi. Milczeli i żadne z nich nie umiało, a może nie chciało nic powiedzieć. Wreszcie Helen odezwała się nieśmiało: - Panie Hadley. Chciałabym podziękować panu za pomoc. Nie spodziewałam się jej otrzymać zwłaszcza, że znamy się tak krótko. Nie odpowiedział od razu. Przystanął, popatrzył na nią w zamyśleniu, a potem znów zaczęli iść aleją. - Nie powinna się pani dziwić. Cenię u ludzi pracowitość i przedsiębiorczość, a te cechy posiada pani w odróżnieniu od innych kobiet. Nawet moja siostra nie poradziłaby sobie w podobnej sytuacji, chociaż jest bardzo mądrą i zaradną osobą. - Myli się pan. Kobiety są silniejsze niż się panu zdaje. Owszem są bardziej lub mniej podatne na przeciwności losu, ale to, czy dadzą sobie radę, w dużej mierze zależy od tego, czy ktoś będzie je wspierał. Prawdę mówiąc nie chodzi tu tylko o kobiety, ale o wszystkich ludzi – rzekła Helen, nie patrząc na niego. - Najgorzej jest jednak wtedy, gdy ten ktoś, kto powinien nas wpierać, ba, liczymy na to, opuszcza nas, a my zostajemy sami. Kiwnęła głową w zadumie. - Istotnie. Mój brat, w którym pokładała nadzieje cała moja rodzina, nie tylko nas opuścił, ale wręcz zniszczył – powiedziała z goryczą w głosie, uświadamiając sobie wreszcie, kim był dla nich Thomas. Spojrzał na nią zdziwiony. Nie spodziewał się usłyszeć od niej takich słów. Sądził, że będzie bronić brata do końca, nie bacząc na argumenty innych. - Widziałem, że miała pani gościa parę dni temu? – zapytał ostrożnie. - Tak. Pan Obersby przyjechał z Londynu. Nie wiedziałam, że panowie się znają. - W sumie łącza nas jedynie interesy – powiedział krótko pan Hadley. - Przyjaźnił się z moim bratem – ciągnęła niezrażona jego dziwnie ponurą miną, choć czuła, że weszła na bardzo nieprzyjemny dla niego temat. – Poznał pan go może? - Thomasa Clays? – zapytał głucho. – Spotkaliśmy się raz czy dwa razy. Zacisnął mocno usta. Ostatecznie wcale nie skłamał. Widzieli się dokładnie dwa razy. Po raz pierwszy, gdy wyciągnął go z burdelu i wyzwał go na pojedynek. Drugi raz, kiedy walczyli na śmierć i życie. Potrząsnął głową, jakby chciał zrzucić z siebie ciężar wspomnień. - Dlaczego pani o to pyta? - Od jakiegoś czasu szukam kogoś, kto zna okoliczności śmierci Thomasa. Jak zapewne pan słyszał, zginął w niewyjaśnionym pojedynku i moja rodzina nigdy się nie dowiedziała, jak do tego doszło i z kim walczył. - A co powiedziałaby pani tej osobie, gdyby ją spotkała? – zapytał cicho. - Że nie powinna była tego uczynić, cokolwiek by zrobił mój brat. Odwrócił twarz, żeby nie zobaczyła, jak wielkie wrażenie zrobiły na nim jej słowa. Po raz pierwszy od śmierci tego łotra, poczuł wstyd. Tak, moi rodzice, od kiedy się poznali, doświadczyli wielu nowych, nieznanych im do tej pory, uczuć. Moja matka uświadomiła sobie, że jej brat był nie tyle ofiarą mordercy, ile krzywd, które sam wyrządził innym. A ojciec zrozumiał, że pod piękną nazwą „pojedynek” kryje się zwykłe zabójstwo drugiego człowieka i wcale nie jest to powód do dumy.

Dziś mijało dokładnie pięć lat od śmierci Thomasa i Helen ścięła, piękniejsze niż zwykle, róże na bukiet. Ułożyła je starannie i zawinęła w delikatny biały papier. Pani Walley czuła się niezbyt dobrze i wyglądało na to, że Helen sama pójdzie na cmentarz. Położyła więc babkę wygodnie w jej łóżku, poprawiła jej czepek, a obok na stoliku postawiła filiżankę gorącej herbaty. - Pomódl się również w moim imieniu o duszę naszego chłopca – przypomniała jej pani Walley, nie otwierając nawet oczu. - Oczywiście babciu – odpowiedziała raźno i pocałowała ją w policzek, choć na widok jej coraz bardziej zmęczonej twarzy, odczuwała przejmujący strach w sercu. Dzień był pochmurny i przygnębiający. Zapowiadało się na deszcz, więc postanowiła jechać konno. Zarzuciła swój podróżny, ciemnobrązowy płaszcz, a kwiaty zawiązała w chustę. Padał drobny deszcz, gdy dotarła pod cmentarną bramę. Zobaczyła uwiązanego nieopodal czarnego wierzchowca pana Hadley. Zmarszczyła czoło. Ruszyła w kierunku ich rodzinnego grobowca. Tak jak przypuszczała, Hadley stał tam nieruchomo i patrzył na grób Thomasa. Zatrzymała się niezdecydowanie, co dalej robić. Już zamierzała się wycofać i poczekać, aż on odejdzie, ale nagle się odwrócił i ich spojrzenia skrzyżowały się ze sobą. Zdawało się jej, że w jego oczach zobaczyła niemal dziką radość. Odetchnęła głęboko i podeszła do niego. - Witam panie Hadley. Nie spodziewałam się ujrzeć pana tutaj – podeszła do kamiennego flakonu z zamiarem ułożenia bukietu, gdy nagle odwróciła się i spojrzała w jego znów spokojną twarz. – Czy może mi pan coś wyjaśnić? - Służę pomocą. - Nie należę do ciekawskich osób, ale dziwi mnie parę spraw, związanych z pańską osobą. Po pierwsze przypuszczam, że ma pan coś wspólnego ze śmiercią mojego brata. Tego wieczora, kiedy się poznaliśmy, usłyszałam niestety rozmowę, z której jak wnioskuję, była mowa o mnie i moim bracie. Po drugie i przyznaję się, że zrobiłam to specjalnie, podsłuchałam pańską rozmowę z panem Obersby i widziałam, jak go pan potraktował. Zupełnie, jakby się pan bał, że coś mi wyjawił. Mogę pana zapewnić, że nie zdradził pańskiej tajemnicy, ale mam nadzieję, że tu i teraz wszystko pan wyjaśni. Wreszcie po trzecie, czemu interesuje się pan Rosenfiled? Czy to prawda, że zmierza je pan kupić? Mam nadzieję, że to jedynie plotki i zaraz je pan zdementuje – powiedziała to tonem drżącym od skrywanych emocji. - Jak na osobę, która nie należy do ciekawskich, sporo pani usłyszała lub podsłuchała – zakpił. - Pan nawet nie krył swojej niechęci do mojej rodziny i mówił o tym tak jawnie już podczas pierwszego spotkania, że dziwię się, iż tylko ja to usłyszałam. - Nie chciałem, żeby tak wyszło. Nie sadziłem, że jest pani w pobliżu. - Zaprzeczy pan temu, co powiedziałam? – zapytała po chwili. - Nie. Wiem wszystko o śmierci pani brata – powiedział ponuro. - Wie pan, kim jest ten, który pozbawił go życia? Popatrzył na nią swoimi przenikliwymi, zimnymi jak stal oczami. Jeszcze przez moment wahał się, ale w końcu wyznał: - Stoi pani przed nim. Jęknęła cicho, a wypuściła kwiaty z rąk. Nie wierzyła w to, co usłyszała. Do samego końca sądziła, że może był sekundantem, arbitrem lub kimś takim, a stała przed mordercą jej brata. W fałdach płaszcza ukryła drżące ręce. Chciała przerwać tę przeraźliwą ciszę, która miedzy nimi zapanowała, ale nie mogła wydobyć z siebie głosu. Nathan stał milczący i tłumił w sobie straszliwą wściekłość na samego siebie. Oto wyznał tej biednej dziewczynie, kim jest i żałował tego. Chciał, żeby wszystko było tak jak dawniej. Żeby mogli korzystać z tych krótkich, miłych dla obydwojga rozmów i spotkań. A teraz stała i patrzyła na niego smutnym wzrokiem pełnym bólu i niedowierzania. Musiał myśleć o Beatrice. Ona też cierpiała. Z trudem usłyszał jej słowa. - Czemu to zrobiłeś? – zapytała ponownie. - Nie muszę się tłumaczyć – powiedział wbrew sobie. - Ale mógłbyś!– powiedziała głośno i ze złością, co podziałało na niego jak policzek. Spojrzał na jej udręczoną twarz i przypomniał sobie zmarłą Beatrice. Odetchnął głęboko. Czuł, jak nagle spływa na niego spokój. Uniósł dumnie głowę. - Nie muszę i nie chcę się pani tłumaczyć. Jest mi pani równie obojętna, jak Thomas Clays, gdy ginął z mojej ręki. Otworzyła usta w niemym oburzeniu i patrzyła na niego, jakby widziała go po raz pierwszy w życiu. Choć powiedział wiele przykrych słów, czegoś takiego nie spodziewała się usłyszeć. Pochyliła się i nieporadnie zaczęła zbierać kwiaty, a potem włożyła je w nieładzie do wazonu. Wiele się przy tym połamało, ale nie zważało na to. Wyprostowało się wreszcie i spojrzała na niego blada, z trudem powstrzymując łzy. Powiedziała cicho: - Jest pan najpodlejszym człowiekiem, jakiego przyszło mi spotkać, a pańskie słowa są dla mnie najgorszą obelgą, jaką przyszło mi usłyszeć. Gardzę i potępiam pana za to, co pan uczynił mojemu bratu i mojej rodzinie. Tak zachowuję się tylko nikczemnik niewarty zrozumienia. Mocno zacisnął zęby, żeby opanować wzburzenie, aż zadrgały mięśnie na jego twarzy. - W takim razie nie znała pani swojego brata, bo w swojej nikczemności osiągnął mistrzostwo. Nie odpowiedziała. Wyminęła go bez słowa i odeszła w kierunku bramy. Z całej siły uderzył w płytę grobowca. Posypały się kawałki kamienia. Przymknął na chwilę oczy. Nie powinien był tu przychodzić, ale chciał ją spotkać, może coś wyjaśnić. Niestety rozmowa potoczyła się nie w takim kierunku, jaki sobie ustalił. Jedno czuł na pewno. Musiał stąd wyjechać. Nie mógł spojrzeć jej w twarz po tym wszystkim, co sobie powiedzieli. Popatrzył na kwiaty, które Helen nie mogła ułożyć. Przypomniał sobie jej drżące dłonie. Podszedł i wyjął je. Potem powoli i starannie poukładał te, które się nie połamały. Z jego oczu popłynęły łzy. Zacisnął mocno powieki, ale nie mógł się opanować. Przycisnął pięść do ust, żeby stłumić łkanie, które nagle wstrząsnęło jego ciałem. Żal i smutek po stracie Beatrice, a teraz także i Helen sprawiły, że

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Pod skrzydłami nienawiści Cz. 4 — czytnik · opowiadania