Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Melodramat · 18 min czytania

Pod skrzydłami nienawiści Część 1.

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

1. To nienawiść łączyła i rozdzielała moich rodziców, zawsze gotowa do skoku, zawsze o stu twarzach. Dopiero później pojawiła się miłość, przeciwieństwo przedziwne, bo gotowe istnieć z nią w zgodzie i pojawiać się w sytuacjach straconych dla obojga. Odbudowywała wszystko to, co zniszczyła nienawiść, wymiatała popiół ze spalonego wnętrza. Moja matka urodziła się w hrabstwie Essex, to jest we Wschodniej Anglii. Mieszkała ze swoją babką w niewielkim majątku, który wszyscy nazywali Rosenfield z powodu dużego różanego ogrodu i szklarni znajdujących się tuż koło domu. Ten mały skrawek ziemi przylegał bezpośrednio do ogromnej posiadłości Seaside, która przez ostatnie lata stała osamotniona. Jakoś nikt nie chciał zamieszkać koło wiecznie wzburzonego i nieprzyjaznego morza. Tak więc mieszkańcy Rosenfield żyli w cieniu wielkiego domostwa z dala innych sąsiadów. Helen Clays i jej babce wcale to nie przeszkadzało. Nie chciały udzielać się towarzysko od kiedy ich rodzina straciła na znaczeniu. Duża w tym była zasługa brata Helen, który żył hulaszczo i beztrosko, a majątek ich rodziców wydał na wszelkie zabawy i uciechy londyńskich ulic. I właśnie w Londynie zginął w tajemniczym pojedynku prawie pięć lat temu. Helen straciła swojego opiekuna, a nędzne resztki rodzicielskiej spuścizny odziedziczył brat jej matki. Majątek, w którym żyła, należał do jej babki, ale i on po jej śmierci miał przejść na własność wuja. Ciężka przyszłość czekała Helen. Bez posagu i opiekuna nie miała wielkich szans na dobre zamążpójście, a właśnie małżeństwo ubezpieczało przyszłe życie każdej angielskiej panny. Skończyły się co prawda czasy związków kojarzonych przez rodziców w celu uzyskania lepszych koneksji rodzinnych czy majątkowych. Kobieta samodzielnie mogła wybierać sobie męża. Ale żeby wybierać, musiała bywać, a na to nie było stać Helen. Poza tym w tak małej miejscowości jak Pilltown nie działo się nic ciekawego, a jedyna wielka posiadłość, która mogła skusić jakiegoś bogatego dziedzica, wciąż stała pusta. Mimo to Helen patrzyła z optymizmem w przyszłość. Pocieszał ją fakt, że wuj doczekał się sześciorga dzieci, a więc zawsze mogła znaleźć zajęcie u niego. I wciąż miała swój ogród, w którym hodowała najpiękniejsze róże w całym Essex. Kończyła właśnie codzienną prace w ogrodzie, gdy ku jej zdziwieniu w bramie pojawiła się babka – Caroline Walley. Starsza już kobieta, od śmierci wnuka, a potem córki, nosiła wyłącznie czarne stroje i prawie wcale nie wychodziła z domu. Przysiadła na niewielkiej kamiennej ławie i wyciągnęła dłoń ku dziewczynie. Helen pochyliła się i przytuliła twarz do jej ręki. Pani Walley podniosła ją z klęczek i posadziła koło siebie. - To musi być wyjątkowo ważna sprawa, skoro przyszłaś do ogrodu. - Trochę świeżego powietrza dobrze mi zrobi, ale istotnie przyszłam ze sprawą nie tyle ważną co dziwną – uśmiechnęła się lekko pani Walley – Pewnie pomyślisz, że ogromnie wścibska ze mnie osoba, lecz wydaję mi się, że z kominów Seaside unosi się dym. Jak wiesz, dawno tam nikogo nie było, więc sprawa wydaje się dosyć ciekawa. - To chyba nic złego, że interesujemy się naszymi jedynymi sąsiedztwem – podkreśliła Helen. – Niedobrze by o nas świadczyło, gdybyśmy się nie interesowały. To kwintesencja kobiecości. Najświeższe plotki! - Nie zaprzeczysz jednak, że ktoś wprowadza się do Seaside. Tych pieców nie ruszano od wyjazdu państwa Beneth, czyli od jakiś dziesięciu lat. To na pewno nie wiosenne porządki. Helen wzruszyła ramionami i wstała z ławki. - Wiosenne raczej nie... Mamy już czerwiec – zauważyła. - Och, przestań – zaśmiała się pani Walley. - Czy to nie Alicie idzie do nas? – powiedziała Helen, otwierając furtkę. Istotnie, była to Alicie Masenfer i ku uciesze pani Walley, przyniosła najnowsze wiadomości od swojego ojca, który był burmistrzem Pilltown i doskonale się orientował, kto zamierzał kupić Seaside. - Więc to jakieś znaczniejsze towarzystwo ma się pojawić w naszym skromnym mieście. – zauważyła pani Walley i upiła łyk gorącej herbaty. - Tak mówił ojciec. Ma przyjechać sporo osób, ale dokładnie nie wie ile. Nawet nie wiadomo, czy w ogóle się tu na dłużej zatrzymają. Pragną jedynie obejrzeć dom i bliżej poznać okolicę. - Cóż może im zaoferować tak małe miasto? – zapytała Helen. – Chyba jedynie odpoczynek od wszelkich rozrywek. - Tutaj też można miło spędzić czas. Panowie będą polować i jeździć konno, a panie spacerować brzegiem morza – obruszyła się jej babka. - Jeżeli lubią morze. - Ojciec zapewnił mnie, że gdy tylko towarzystwo pojawi się w mieście, urządzimy mały bal w ratuszu – opowiadała Alicie, niezrażona uwagami przyjaciółki. – Zapewniam cię Helen, że nie będą narzekać, więc i ty nie powinnaś. Ojciec zaprasza wszystkich mieszkańców i liczy, że wy też się pojawicie. Pani Willow klasnęła w dłonie. Helen spojrzała na nią z ukosa. Nie potrafiła cieszyć się z planowanego przyjęcia. Od kiedy musiała zarabiać sprzedażą róż, nie czuła się pewnie w towarzystwie. Czasem zdawało się jej, że zapraszano je tylko ze względu na babcię i jej dawną świetność, a gdy ona umrze, sąsiedzka uprzejmość umrze razem z nią. Jeszcze długo po wyjściu Alicie myślała nad tym. Bała się spotkań z ludźmi. Strach ten pogłębił się na myśl o dostojnych gościach z Londynu, którzy przyjadą i będą oceniać każdą rzecz i każdą osobę, którą spotkają w Pilltown.

2. Nowi mieszkańcy Seaside pojawili się pod koniec tygodnia, a z nimi przyjechało tyle kufrów i pakunków, że najstarsi mieszkańcy miasta tak wielu nie widziało. Panowie, a było ich trzech, umilali sobie czas konnymi przejażdżkami i polowaniem na ptactwo wodne. Kilka razy Helen widziała ich na wybrzeżu i na molo. Panie nie pojawiały się prawie wcale. Raz tylko jedna wyszła w kierunku morza i stała tam przez dłuższy czas. Miała piękną sylwetkę i bardzo ciemne włosy. Jedynie tyle zdołała dojrzeć Helen, obserwując ją z daleka. Gości odwiedzili najważniejszy i najmożniejszy panowie Pilltown, a wszystkie matki i ich córki z utęsknieniem oczekiwały obiecanego balu. Wreszcie nadszedł ten wieczór. Helen przyglądała się swojemu odbiciu. Miała na sobie lekką, kaszmirową suknie w kolorze ciemnego złota. Dawno już zrezygnowała z bieli czy subtelnych błękitów. Jej skóra, tak często wystawiana na słońce, straciła swoją jasność i delikatność, a w białych kolorach wyglądała po prostu źle. Tak bardzo pragnęła dobrze wypaść i nie denerwować się tego wieczora. - Jesteś gotowa? – zapytała pani Walley, zaglądając do sypialni. Podeszła do wnuczki i poprawiła coś przy jej włosach. – Ślicznie wyglądasz. - Dziękuję. - Obyś nie skradła serc naszych londyńskich gości. - Ironia jest tu zupełnie niepotrzebna – stwierdziła z nikłym uśmiechem Helen. Zajechały pod ratusz swoją skromną dwukołówką wraz z resztą gości, choć większość osób już się pojawiła. Helen starła się zachować spokój, ale weszła mocno stremowana i spięta. Uspokoiła się dopiero, gdy podszedł do nich pan Masenfer i serdecznie je przywitał. - Doskonale, że przyjęły panie zaproszenie. Im więcej uczestników, tym goście będą się swobodniej czuć. Prawie jak w Londynie, nieprawdaż? Pani Walley skinęła łaskawie głową. Jednak Helen nie mogła powstrzymać drobnej uwagi. - Istotnie, choć Londyn różni się czymś więcej niż tylko ilością gości na przyjęciach. Babka rzuciła jej ostre spojrzenie. - To jednak bardzo miłe, że robi pan wszystko, aby goście poczuli się u nas jak we własnym domu – poprawiła się Helen nie bez uśmiechu. Pan Masenfer aż pokraśniał z radości, słysząc te słowa, które miło go połaskotały jako burmistrza Pilltown. - Są panie wrodzoną uprzejmością – skłonił się nisko. - Czy goście z Seaside już się pojawili? – zapytała pani Walley. - Tak. Wszystkie panie siedzą z panią Masenfer, a panowie stoją przy kominku – objaśnił dokładnie burmistrz. - Zapewne czują się trochę onieśmieleni? - O nie. To bardzo mili i towarzyscy ludzie – zaprzeczył gorąco pan Masenfer. Helen dyskretnie spojrzała na siedzące nieopodal panie. Tylko jedna z nich wyglądała na miłą i towarzyską. Ta, którą widziała nad morzem. Miała prawie czarne włosy i dumnie unosiła podbródek, ale mimo to z uśmiechem słuchała objaśnień pani Masenfer, czego nie można było powiedzieć o pozostałych dwóch. Siedziały ze znudzonymi minami i wymieniały między sobą uwagi na temat każdej nowej osoby, która pojawiła się w sali. W tym momencie pewnie rozmawiały o Helen i jej babce. Panowie z Seaside gdzieś zniknęli. Helen stała niezdecydowana, co dalej robić. Pani Walley przysiadła koło innych starszych pań i dała znać wnuczce, żeby poszła się bawić. Helen dostrzegła idącą w jej kierunku Alicie. Posłała jej wdzięczny uśmiech i przywitała się z nią z wielką radością. - Dobrze cię widzieć – powiedziała Alicie. – Obawiałam się, że zostawisz mnie samą w towarzystwie. Nawet nie wiesz, jaka jestem stremowana. - Ty? Jesteś tu przecież najważniejszą osoba zaraz po rodzicach. - Ojciec sam chodzi na palcach i modli się, żeby…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%