Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 23 min czytania

"Pod skrzydłem kruka"

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Witam. Oto pierwsze opowiadanie jakie publikuję w tym serwisie. Jest to pierwsze opowiadanie jakie udało mi się mniej więcej dokończyć. Jest to tylko wstępna wersja, która nie posiada jeszcze zamierzonej puenty i może się wydawać również pozbawiona sensu. Liczę na szczere komentarze i dużo konstruktywnej krytyki. (szczególnie od tych, którym uda się dobrnąć do końca).

Polana tonęła w mroku nocy, rozświetlanym przez ledwo tlące się płomienie dogasającego ogniska. Wokół kołyszące się na wietrze liście szumiały monotonnie. Jeden z krzaków poruszył się gwałtownie, po czym wybiegł z niego jakiś ciemny kształt, który po chwili zniknął między drzewami. Na środku polany, skulona przy ognisku ludzka postać rzucała się we śnie pod okrywającymi ją kocami. Całą scenę spokojnie obserwował samotny wilk – prawie tak czarny jak trwająca właśnie noc – niespokojnie poruszając prawym uchem. Potrafił on jednak dostrzec nie tylko polanę i śpiącego na niej człowieka, lecz także jego sny. Sny, które dla większości ludzi byłyby co najmniej przerażające. Czarna postać idąca brukowaną miejską drogą. Paląca czerwień języków ognia pochłaniających wszystko w zasięgu wzroku. Szkarłat krwi wylewającej się dookoła z porozcinanych, rozrzuconych groteskowo ludzkich ciał. Makabryczne, nieludzkie odgłosy wydawane przez przerażonych ludzi. Miecz splamiony krwią, drażniący pisk, gdy jego ostrze przecina powietrze, by po chwili zagłębić się w kolejnym ludzkim kształcie próbującym uciec od swego losu. Kruki lecące we wszystkich możliwych kierunkach, rozpływające się w smużki czarnego dymu zasnuwającego niebo o kolorze szkarłatu. Nagły ból w kręgosłupie… Czarne ostrze ciągnące za sobą czerwoną smużkę krwi… Uderzenie o ziemię… Widok własnego ciała bezwładnie walącego się na ziemię… Ciemność… Krzyk wybudzającego się z koszmaru człowieka przerwał ciszę panującą na leśnej polanie pogrążonej w mroku. Z kilku drzew zerwały się do lotu gromady niewielkich ptaków. Wilk przestał wpatrywać się w sny, które odeszły bezpowrotnie i zagubiły się w otchłani niepamięci. Wstał z trawy rosnącej na skraju polany i zniknął pomiędzy drzewami.

Eyrk zbudził się z krzykiem. Obrazy, które niedawno widział, uleciały z jego pamięci, lecz jak zwykle coś po sobie pozostawiły. Ten strach, ta bezsilność i przeczucie, że coś się zbliża były śladem po niedawnym koszmarze. I pomimo że wszystko odbyło się tak jak zwykle, Eyrk czuł, że jest jakaś różnica. Jakiś szczegół, który nie pasuje do reszty. Jednak jak zwykle zmęczenie szybko dało o sobie znać. I chociaż Eyrk starał się temu przeciwstawić, po chwili znów zapadł w sen. Ale tym razem nie śnił…

Eyrk powoli szedł w kierunku Otanis. Jego myśli zaprzątało słońce świecące mu prosto w oczy. Zastanawiał się, kiedy w końcu dotrze do miasta i schowa się w cieniu budynków. W oddali widać już było mury obronne, ale do przejścia pozostało mu jeszcze kilka kilometrów. Szedł wąską ścieżką prowadzącą z lasu przez wielką łąkę do pól otaczających miasto, a stamtąd do głównej drogi prowadzącej do północnej bramy. Eyrk wyglądał raczej przeciętnie, niezbyt ostre rysy twarzy tworzyły z niego człowieka, którego trudno zapamiętać, i takiemu wizerunkowi sprzyjał także jego strój. Miał na sobie luźną kurtkę, niedbale zszytą z kilku kawałków skóry, i takie same spodnie. Przez ramię miał przewieszony łuk i torbę, w której trzymał zwykle zapas grotów i na wszelki wypadek trochę jedzenia. Pod pachą niósł zawiniątko, w którym było kilka skór na sprzedaż. Innymi słowy wyglądał jak zwykły myśliwy, jakich ostatnio wielu w tych stronach. Do Otanis kierował się tylko w celu uzupełnienia zapasów. Kilka ostatnich tygodni spędził we wschodnich lasach Księstwa Taeun. I mimo iż nigdy nie lubił towarzystwa innych ludzi, musiał w końcu odwiedzić jakieś miasto, chociażby po to, aby uzupełnić dawno już wyczerpany zapas sucharów. Miał nadzieję, że pieniądze, które dostanie za tych kilka lisich skór wystarczą mu na co najmniej trzy tygodnie. Ścieżka, którą szedł, gwałtownie skręciła w lewo tuż przed polem pszenicy. Widać już było północną bramę, choć była jeszcze dość daleko. Dzięki zmianie kierunku marszu słońce przestało mu świecić w oczy i mógł końcu swobodnie myśleć. Starał się przypomnieć sobie rozkład ulic w Otanis, ostatnio był tu jakieś dwa lata temu i już niewiele pamiętał tej wizyty. Wiedział na pewno, że od północnej bramy do rynku prowadzi prosta brukowana ulica. Jedyny problem jaki przewidywał, związany był z trwającymi od jakiegoś czasu zamieszkami na zachodniej granicy. Miasto znajdowało się o dzień drogi od niej, więc straż prawdopodobnie otrzymała bardzo rygorystyczne rozkazy dotyczące osób, które chciały dostać się do miasta. Eyrk dotarł wreszcie do drogi prowadzącej bezpośrednio do północnej bramy, która była już dobrze widoczna. Niestety widoczna była również kolejka wozów ustawionych na drodze. Prawdopodobnie oznaczało to, że przypuszczenia Eyrka się sprawdziły i możliwie, że będzie mieć problem z dostaniem się do miasta. Gdy minął pierwszy wóz, zaczęły do jego uszu docierać głosy kłócących się ludzi. Jednak dopiero gdy przeszedł obok trzeciego wozu i zobaczył kilka osób stojących przy posterunku straży, był w stanie zrozumieć co dokładnie mówią. - Macie mnie natychmiast wpuścić! – Wrzeszczał jakiś grubas wymachując rękami. – Jestem Luino Garos z tych Garosów! - Mam rozkaz nie wpuszczać do miasta nikogo przed dokładnym przeszukaniem. – Eyrk nie widział kto wypowiedział te słowa, ale domyślił się, że był to strażnik, którego zasłaniali stojący dookoła niego ludzie. – Nawet jeśli… - Nawet jeśli co? – Przerwał mu ten grubas. – Przeszukaj mnie, jeśli musisz tylko się pospiesz. - Niech się pan uspokoi. – Powiedział spokojnym głosem strażnik. – Z tego co widzę, pański wóz jest trzeci w kolejce, więc najpierw muszę przeszukać dwa wcześniejsze. - To jest nie do pomyślenia! Żeby mnie, Luino Garosa, traktować w taki sposób! To skandal! Jak tylko dostane się do miasta złożę na ciebie skargę do twoich przełożonych! Kłótnia ciągle trwała i raczej nic nie zapowiadało jej końca, więc Eyrk postanowił skorzystać z zamieszania i wejść do miasta, unikając kontroli. Niestety, gdy minął tłumek zebrany pod posterunkiem straży z pierwszego wozu wyskoczył jakiś niewielki pies z białą sierścią poskręcaną w loczki i podbiegł do Eyrka, po czym zaczął jazgotliwie ujadać. Dodatkowo z tego samego wozu „wybiegła” z histerycznym wrzaskiem: „Aleksandrze wracaj! Ratujcie mojego biednego pieska!” kobieta, wyglądająca jak „dama” z popularnych ostatnio wśród chłopstwa dowcipów. Spowodowało to, że uwaga wszystkich zebranych przed bramą osób zwróciła się na Eyrka. Ale gdyby tego było mało, „dama” złapała szybko swojego pieska, po czym zaczęła krzyczeć coś o jego rodowodzie i uczuleniu na kurz. Eyrk, zdezorientowany zaistniałą sytuacją nawet nie zauważył, kiedy z tego samego wozu co Aleksander i „dama”, wysiadł potężnie zbudowany mężczyzna i uderzył go pięścią prosto w twarz. Poczuł ból towarzyszący zadanemu ciosowi a potem spowodowany upadkiem na ziemie i uderzeniem głową w leżący na niej kamień.

Eyrk powoli odzyskiwał świadomość: Pojedynczo wracały mu zmysły i był już w stanie jasno myśleć. Pierwszy wrócił mu węch. Najpierw poczuł woń zbliżoną do zapachu, jaki wydziela rozkładające się ciało. Gdy woń się nasilała, zaczynał czuć również inne, równie nieprzyjemne zapachy jak ten pierwszy, z których najmocniejszy był zapachem odchodów. Następnie wrócił mu zmysł dotyku i natychmiast poczuł pulsujący ból głowy, szczególnie nad lewym uchem i na twarzy w okolicy nosa. Myślał, że przeraźliwy smród w połączeniu z tym bólem ponownie pozbawią go przytomności. Na szczęście – a może na nieszczęście – powrócił mu słuch, dzięki czemu mógł mniej więcej zorientować się w swojej aktualnej sytuacji. Usłyszał bowiem przynajmniej część prowadzonej gdzieś niedaleko – jak mu się wydawało – rozmowy. - …masz pojecie? – Słowa te zostały wypowiedziane basowym głosem, dodatkowo wzmocnionym przez echo. Gdy go słuchał, Eyrkowi wydawało się że, dostał w głowę drewnianą pałką. - Pierwszy raz słyszę o czymś takim. – Odpowiedział ktoś z wyraźnym zaciekawieniem. I mimo, że głos tego kogoś był zdecydowanie wyższy, to przez echo panujące w tym miejscu i dopiero przyzwyczajający się do ponownego działania słuch Eyrka, wywołał taką samą reakcję jak poprzedni. - No właśnie! A oni każą nam go tu trzymać do wyjaśnienia. Wariactwo! – Eyrkowi wydawało się, że zaraz umrze tylko przez słuchanie tego głosu. - Zgadzam się. To rzeczywiście wariactwo. I to wszystko z powodu psa… - W tym momencie Eyrk poczuł, że znowu traci przytomność. Jednak zanim to się stało, zdążył jeszcze otworzyć na chwilę oczy i zobaczyć sufit miejsca, w którym się znajdował. Ów sufit wykonany był z kamiennych płyt i wyglądał jakby niedawno miał kontakt z szybko płynącą wodą.

Eyrk leżał na swojej pryczy i starał się nie myśleć o okropnym zapachu panującym w jego „celi”. I chociaż „cela” nie było do końca właściwym określeniem miejsca, w którym aktualnie się znajdował, to pasowało do jego sytuacji. Był w więzieniu. Z tego, co przez te trzy dni odkąd tu trafił udało mu się dowidzieć od strażników, wynikało, że zaraz po wydarzeniach przy bramie został wtrącony do więzienia, a powodem tego miałaby być „Brutalna napaść na psa i narażenie go z premedytacją na szkodliwe dla niego działanie kurzu”. Smród był nie do zniesienia. Eyrk zastanawiał się, w jaki sposób wytrzymuje to już od trzech dni. Dowiedział się również dlaczego musi przebywać w takich warunkach. Na jego nieszczęście kilka tygodni temu „coś”, żaden ze strażników nie umiał tego inaczej opisać, zniszczyło a właściwie rozwaliło więzienie. Ponieważ jednak, jak powiedział jeden z nich: „więźniów trzeba gdzieś było upchnąć”, do czasu odbudowania zniszczonego więzienia „upchnięto” ich w kanałach. System, który miał chronić je przed zalęgnięciem się jakichś niepożądanych stworzeń, a także zapobiec ewentualnej próbie przedostania się nimi kogoś do miasta, polegający na umieszczaniu w tunelach, w siedmiometrowych odstępach żelaznych krat zaopatrzonych w drzwi z trudnym do otworzenia zamkiem, idealnie nadawał się do zamienienia w tymczasowe więzienie. Eyrk usłyszał odgłos kroków na metalowej drabinie, po której schodziło się do kanałów, a po chwili z otworu w suficie wyszedł strażnik i zaczął iść w kierunku jego „celi”. Wstał więc ze swojej pryczy i podszedł do kraty oddzielającej go od strażnika. Teraz dopiero dokładnie mu się przyjrzał. Od razu rzucała się w oczy blizna, przebiegająca od prawego kącika ust do kości policzkowej, tworząc raczej nieprzyjemne pierwsze wrażenie. Taki obraz dopełniały podkrążone oczy, wąskie usta i zapadnięte policzki. - Eyrk, prawda? – Gdy się odezwał echo, tak wzmocniło jego głos, że kilka drobnych kamyczków posypało się z sufitu. Eyrk pamiętał ten głos. Był pierwszym, który usłyszał, gdy pierwszy raz odzyskał przytomność. - Tak. O co tym razem chodzi? Mam znowu wyjaśniać, jak doszło do tej sytuacji i tłumaczyć wam, że to kompletna bzdura? - Nie. Ta sprawa jest już załatwiona. – Eyrk nie spodziewał się takiej odpowiedzi. przez co jego twarz…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%