Podróże · 24 min czytania
Podlasie nadburzańskie - kraina magiczna
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Podlasie Nadburzańskie – magiczna kraina
Poranne mgły otuliły szeroką wstęgę Bugu, zarośla wierzbowe, łąki rozległe po horyzont a nawet kępy srebrzystych topoli spoglądające na rzekę z wysokiej skarpy brzegu. Zza ciemnej linii lasu wynurzył się rąbek tarczy słonecznej. Na ten znak tuman mgły rozpoczął wędrówkę ku niebu, by wkrótce rozpłynąć się w powietrzu jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Nad łąkami rozpoczynają koncert ptaki. Kjuwitanie czajek miesza się z perlistą pieśnią skowronka i monotonnym beczeniem bekasów, które jako jedyne z naszych ptaków wyśpiewują swą pieśń miłosną na .. ogonie. Te niepozorne brązowe ptaszki opadają pionowo ku ziemi wprawiając sterówki ogona w wibracje. Dźwięk wibrującego ogona, będący ich pieśnią godową do złudzenia przypomina beczenie jagnięcia i jest ma się rozumieć najmilszą pieśnią dla samiczek bekasów. Szeroka na kilka kilometrów dolina Bugu jest osią krainy magicznej. Rzeka dziwo i to na skalę kontynentu. Duża, dzika i szczęśliwie zapomniana przez meliorantów , toczy swe wody łagodnie meandrującą doliną jak dawniej, jak przed wiekami. Przyroda Nadburzańskiego Podlasia wabi urokami łąk rozległych po horyzont, śródpolnymi kępami drzew, rogalami starorzeczy zarośniętymi obficie trzciną i tatarakiem, fragmentami dawnych puszcz, chatami drewnianymi, cerkiewkami jak z XIX wiecznych malowideł. Nie mało tu także wspaniałych zabytków będących znakami dawnej wielkości wyrosłych w początkach zeszłego tysiąclecia Drohiczyna, Mielnika, Niemirowa, Janowa Podlaskiego. O uroku i turystycznej atrakcyjności tej sielskiej krainy decyduje chyba jednak najbardziej specyficzny krajobraz kulturowy będący dowodem na to, iż ludzka gospodarka może rzeźbić w naturze rzeczy miłe dla oka i pozostające w harmonii z pierwotną przyrodą. Łagodnie sfalowane równiny niewielkie poletka gęsto obrysowane miedzami, kępy brzóz, zagajniki sosnowe, podmokłe łąki i leniwie wijące się drogi tworzą tu krajobraz niemalże żywcem przeniesiony, w nasze czasy, z epoki Franciszka Józefa. Nie jest to jednak, i chyba długo nie będzie, kraina ze szczytu listy turystycznych hitów. Podlasie to kąsek łakomy. Jest to jednak danie dla koneserów wrażliwych na detale i nie znających, w trakcie wędrówki, co to pośpiech i program wycieczki. Sterta polnych kamieni, grusza na miedzy o przedziwnie kulistej koronie, wcale liczne młyny wodne i wiatraki, kapliczka przydrożna zwieńczona kutym krzyżem, zarastające zakole rzeki w kształcie rogala oto urocze acz niezbyt imponujące widoki, którymi można się tu raczyć do woli. I powietrze. Czyste ma się rozumieć - nie ma tu wszak miast ani przemysłu, ale coś jeszcze jest w tym powietrzu. Spokój, duchy przeszłości, jakiś magiczny hamulec co czas spowalnia. Rzeka od wieków stanowiła granicę i to nie tylko państwową ale i etniczną. W początkach tysiąclecia, bezludna niemalże kraina, porośnięta puszczami oddzielała Mazowsze od Rusi. Osadnicy mazowieccy pojawili się tu w X wieku. Posuwając się od zachodu dotarli aż do poleskich błot gdzie założyli warowny gród Brześć. W połowie następnego stulecia książęta ruscy wyparli z Brześcia Mazowszan i wędrując na południe dotarli aż do przełomu Bugu zakładając grody w Mielniku i Drohiczynie. Przez następne stulecia ziemie nadburzańskie przechodziły kolejno pod zarząd Korony i Rusi by ostatecznie wyznaczyć granicę pomiędzy Polską, Ukrainą i Białorusią. Była to jednak nie tylko granica państwowa ale i religijna pomiędzy katolicyzmem i prawosławiem. O odrębności etnicznej Podlasia świadczy sama nazwa tej krainy. Nie jest to bowiem nazwa pochodzenia polskiego pochodząca od lasów, lecz określenie nadane tej ziemi przez osadników ruskich. Pierwotnie nazywali oni ziemie nadburzańską Pod-Lasze co oznaczało tereny zamieszkiwane przez Lachów czyli Polaków. Bug stanowił jednak nie tylko granicę ale i ważny szlak żeglowny, którym spławiano drewno i zboże z Wołynia do Warszawy a dalej do Gdańska. Flisactwo jeszcze do nie dawna stanowiło istotne źródło utrzymania dla miejscowej ludności. Do dziś we wsi Burzyska mieszkają potomkowie dawnych flisaków a w Drohiczynie, Niemirowie, Mielniku przewoźnicy wywodzący się z rodzin, w których zawód ten od pokoleń przechodzi z ojca na syna. Wciąż można tu spotkać na rzece rybaków używających przy połowie archaicznych łodzi wyciosanych z jednego pnia drzewa zwanych duszyhubkami. Dla miłośników przyrody Nadburzańskie Podlasie to prawdziwy rarytas. W czasie wędrówki bez trudu odnajdziemy pomnikowe okazy sosen i dębów. Łąki nadrzeczne, wyspy i piaszczyste łachy obfitują w różne gatunki długonogich brodźców, popielato- białych sieweczek zwinnych rybitw. W wysokich, piaszczystych skarpach zakładają gniazda szmaragdowe zimorodki i gnieżdzące się kolonijnie jaskółki brzegówki. Skrajem podmokłych olsów wędrują żurawie i bociany czarne. W pobliżu ujścia Krzny znalazły jedną z nielicznych w kraju ostoi żółwie błotne, odnajdując obfitość żab w płytkich, nasłonecznionych starorzeczach i doskonałe warunki do składania jaj pośród piaszczystych pagórków . W rzece żyją aż 43 gatunki ryb i 3 gatunki minogów w tym unikalny w Polsce minóg ukraiński. Sensacją dla ichtiologów było odkrycie kilka lat temu w nurtach Bugu rybki o nieco zabawnej nazwie babka łysa. Specyficzny mikroklimat Nadburzańskiego Podlasia sprawia, że osiedliło się tu wiele południowych gatunków motyli, chrząszczy i jaszczurek. Nadburzańskie Podlasie to prawdziwa mozaika najprzeróżniejszych typów roślinności. W suchych miejscach, na południowych stokach pagórków odnajdziemy niemalże pół - pustynne murawy kserotermiczne wybuchające latem bogatą paletą barw. . Lasy choć nie zbyt rozległe odznaczają się na Nadburzańskim Podlasiu wielkim bogactwem gatunków i sporą jeszcze liczbą okazów drzew pomnikowych. W okolicach Nurca tuż przy granicy z Białorusią na szczególną uwagę zasługują dwa rezerwaty leśne - Sokóle i Grąd Radziwiłłowski chroniące pozostałości Puszczy Mielnickiej. Wędrówkę po Nadburzańskim Podlasiu rozpocząłem od zamku w Korczewie....
Korczew
Początek maja nad Bugiem powitał mnie łąkami w kolorze jajecznicy ze szczypiorkiem, harmidrem ptasich śpiewów i świeżą zielenią młodych listków wierzb, brzóz i olch gęsto porastających szeroką dolinę rzeki. Ciepły wschodni wiatr i błękitne niebo, po którym leniwie wędrowały pierzaste obłoki wypełniało serce błogością i koiło nerwy skołatane bezowocnymi poszukiwaniami tajemniczej dziewczyny. Droga do pałacu od strony Skrzeszewa jest równie malownicza co wyboista. Mijam senne wioski, chaty kryte strzechą, stare drewniane krzyże na rozstajach. Czas zatrzymał się tutaj dawno temu. Po lewej stronie szeroka wstęga Bugu z wyspami, starorzeczami i łąkami rozległymi jak ocean. Bajkowa kraina, brakuje tylko rycerza w zbroi zmierzającego na turniej do zamku. Wjazd do Korczewa brutalnie wciska mnie w minioną szczęśliwie epokę realnego socjalizmu. Świat podparty kołkiem to pierwsze skojarzenie jaki nasuwa się po wjeździe do tego wsio - miasteczka. Szukam pałacu kierując się mapą. Droga skręca w lewo ukazując wspomnienie po murowanym ogrodzeniu zabytkowego parku. W bramie miejscowi piwosze zmagają się z grawitacją. Jeden najwyraźniej uznał wyższość fizyki nad wolą ludzką i śpi wyczerpany pod wiekowa lipą. Jest wczesne popołudnie. Kilkadziesiąt metrów dalej następna brama prowadząca na pałacowy dziedziniec. Przy wjeździe tabliczka informująca, że turyści są mile widziani. Za bramą otwiera się szeroka perspektywa na murowany pałac w stylu klasycystycznym. Budynek jest piętrowy długości około 40 metrów, podbudowany od południa frontem. Środek pałacu wsparty jest na dwóch kolumnach i zwieńczony trójkątną fasadą z herbem Rawicz, który przedstawia młodą dziewczynę siedzącą z podniesionymi ramionami na grzbiecie niedźwiedzia. Historia herbu jest dość romantyczna. Pewien władca miał córkę, która odmówiła małżeństwa z wybrańcem ojca. Król skazał ją na śmierć w pieczarze dzikich zwierząt. Kiedy jednak ją tam wrzucono, żadne zwierzę jej nie tknęło, a wielki niedźwiedź podszedł do niej i położył się u jej stóp. Gdy wsiadła na grzbiet zwierza niedźwiedź wywiózł ją całą i zdrową z pieczary. W pobliżu pałacu kręci się kilka osób, niektórzy pracują. A jest przy czym. Majątek do niedawna pozostawał w zarządzie gminy, która doprowadziła budynki do kompletnej ruiny. Ostatni właściciele Korczewa, hrabiowie Ostrowscy, odzyskali pałac kilka lat temu. Jeszcze rok, dwa, i wszystko złożyłoby się jak domek z kart. Otoczenie pałacu to duży stary park w stylu angielskim. Trzydziestohektarowy starodrzew liściasty kryje jeszcze jedną budowlę. "Syberia "była dawniej pawilonem dla gości. Obecnie mieszkają tam tylko nietoperze. Szczęśliwie budynek udało się przykryć prowizorycznym dachem, więc może kiedyś będzie znów służył ludziom. Legenda głosi, że pod budowlą jest wejście do lochów, które łączą Korczew z Drohiczynem. Niektórzy utrzymują, że te właśnie podziemia kryją w sobie przynajmniej część bogactw zgromadzonych przez kilka stuleci w zrujnowanym pałacu. Wejścia do lochów strzegą chyba jakieś potężne moce bowiem nikomu, jak dotąd. nie udało się dobrać do zagrzebanych w ziemi skarbów. Park robi wrażenie. Jest duży i stary. Największą jego część stanowi rezerwat Dębniak, wydzielony z założenia ogrodowego w 1978 roku. Tu przyroda rządzi się swoimi prawami. Konary dębów niemal splatają się ze sobą przywołując skojarzenia "Mickiewiczowskiej Puszczy". Bardziej to bowiem puszcza niż park nad czym boleją obecni właściciele majątku. Ja cieszę się jednak, że tyle starych drzew udało się uratować. Większość zabytkowych parków w Polsce została bowiem w pień wycięta albo tak przerzedzona, że już tylko z nazwy pozostają parkami. Kolejną atrakcją turystyczną Korczewa jest spory, pionowo sterczący z ziemi kamień wysokości około dwóch metrów. Według legendy dotknięcie kamienia zapewnia szczęście i dostatek na długie lata. Kolejna korczewska legenda wiąże się z jednym z parkowych stawów. Dawno temu gdy ludzie byli bardziej pobożni miejscowe diabły popadły w wielka niełaskę u samego Lucypera. Władca ciemności sztorcował polskie diabły za lenistwo i zaniedbania w dostarczaniu do piekielnych czeluści słowiańskich duszyczek. Biesy zebrały się na Łysej Górze i po burzliwych obradach za radą samego Boruty uradziły by zbudować kościół. Po zachodzie słońca zabrało się na terenie ówczesnego korczewskiego parku mnóstwo biesów. Przybyły czorty z najodleglejszych zakątków Rzeczpospolitej by wspólnym wysiłkiem postawić kościół na tyle okazały by wieże budynku widać było z najodleglejszych zakątków powiatu. Zanim zapiał trzeci kur dzieło było skończone. Fałszywym plebanem diabelskiego kościoła został sam Rokita odznaczający się przyjemną powierzchownością, darem wymowy oraz dobra znajomością chrześcijańskiego obrządku. Przez pewien czas wszystko toczyło się zgodnie z diabelskim planem. Dzwony wytopione w kotłach ze smoła wydawały wielce przyjemne brzmienie ściągając do nowej parafii wiernych z najodleglejszych zakątków korczewskich włości. Organy w trakcie nabożeństw grały tak pięknie i słodko, że ludzie niezbyt uważnie wsłuchiwali się w kazania i nie dostrzegali przeróżnych odstępstw od chrześcijańskiego obrządku. Najwięksi grzesznicy dostawali tu rozgrzeszenie, nawet bez konieczności odbycia jakiejkolwiek pokuty czy zadośćuczynienia. Diabły triumfowały a kolejne chrześcijańskie duszyczki trafiały do kotłów bulgoczących gotującą się smołą. Rzecz trwała by nie wiadomo jak długo gdyby nie pojawił się w okolicy uczony w Piśmie scholastyk. Profesor teologii od razu zorientował się, że w parafii dzieje się coś nie dobrego. Po kilku dniach śledztwa uczony nabrał pewności, ze parafie opanowały biesy. Uzbrojony w…