Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

dla-dzieci · 18 min czytania

Podróż bez słońca - Rozdział 1

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Rozdział 1 DECYZJE

Słońce wesołymi promieniami ogrzewało świat i ciekawie zerkało na posiadłość Velmondów, w której ostatnimi czasy działo się chyba coś nadzwyczajnego. Nie dalej jak przed godziną do Is przybyła całkiem spora grupka podróżnych, która teraz właśnie zatrzymała się przed domem hrabiego Caleba. Przybyli ochoczo zsiedli ze swych wierzchowców, a pozostawionymi samopas końmi natychmiast zajęli się koniuszy pana Velmondo. Rudowłosa drowka, pani na tych włościach, weszła na ganek, na który wyległa ciekawska służba z zainteresowaniem patrząc na przybyłych i głośno witając hrabinę. Zwłaszcza wiele emocji budził widok Inovy, która, by uniknąć rozgłosu i lawiny pytań, ukrywała swą postać pod ciemnym płaszczem z dużym kapturem, a osławione skrzydełka firmy Nimbus schowała w tobołkach. Mimo wszystko na widok jej kasztanowego spojrzenia wiele służących po prostu odsuwało się od niej na bezpieczną odległość i traciło głowę na snuciu domysłów co do tożsamości tajemniczej zakapturzonej pani. Deirdre zapraszająco skinęła na resztę podróżnych i weszła do domu. Reszta "oblężona" przez rozgadanych i rozchichotanych domowników, z trudem dotarła do drzwi, w których przed chwilką zniknęła drowia dama. W wielkim holu krzątała się Kolma. Ze ściereczką w jednej ręce i miotełką do kurzu w drugiej starannie wymiatała wszelki brud, jaki jeszcze zdołał się oprzeć jej zabiegom. Widząc drowią damę, skłoniła się nisko. -Witaj, pani Do'Urden - powitała ją z uśmiechem. -Gdzie mój mąż? - Deirdre zapytała rzeczowo. -Zapewne w bibliotece, pani, gdzie studiuje księgi podatkowe - poinformowała Kolma i ze zgrozą spojrzała na gości, którzy raczyli wejść do holu w nieelegancko zabłoconych butach i zbrudzić wypastowaną przez nią z takim mozołem podłogę. - Gdzie oni się pchają z tymi buciorami?! - pisnęła przeraźliwie i zaczęła okładać ściereczką najbliżej stojącego Nathaniela. - Nie nauczono was do czego służą wycieraczki?! -Och ! Ratunku! - krzyknął zaskoczony mężczyzna, osłaniając się przed ciosami służącej. -Póki ja tu sprzątam, nikt nie będzie szorował po pokojach z takim brudem! - krzyknęła Kolma i wskazała drzwi wyjściowe. - Marsz na taras, ale już! Xantipe i Lacandros popatrzyli po sobie a później na Kolmę, która teraz przeniosła swą uwagę na nich i poczęła groźnie tupać nogą. Inova tylko westchnęła i szybciutko wyszła, a za jej przykładem poszła reszta. Służąca znacząco spojrzała na Deirdre i chrząknęła, na co drowia pani szybciutko zdjęła pantofelki. W tym momencie do holu weszła Ifrenthynai w swej ludzkiej postaci i w bardzo ubłoconych trzewiczkach zatrzymała się wprost na eleganckim dywanie. Kolma eksplodowała. -Czy ja mówię po krasnoludzku?! - wrzasnęła. -Nie, ale mogłaby pani po smoczemu - odparła, niczym nie zrażona kobieta, przybierając swą naturalną postać. Służąca o mało nie dostała zawału. -Kolmuś, poznaj nową domowniczkę - Dre uśmiechnęła się zawadiacko. -Smoczyca?! - drowia służąca wytrzeszczyła oczy. -Kolmuś, przygotuj pokoje dla gości w północnym skrzydle - poleciła jej hrabina. -A tę gadzinę gdzie mam upchnąć? - służąca zapytała z rezygnacją. -Podobno zarezerwowano dla mnie salon - Ifrenthynai krzywo łypnęła na Kolmę. - I mam na imię Ifrenthynai. -Salon! - jęknęła służąca. - No dobra - dodała złośliwie - sami tego chcieliście! Ale jak hrabia zobaczy to monstrum wśród jego kryształów...! o Przepraszam, panią Ifrenthynai - natychmiastowo poprawiła się, widząc minę smoczycy. -Kolmuś! Ifrenthynai w wyrazie wdzięczności przysmażyła służącej tyłek i ta szybciutko zabrała się za zleconą jej robotę, znikając gdzieś na drugim końcu holu. Pozostali nasi znajomi tylko ostrożnie wychylili nosy zza drzwi i gdy wojownicza służąca zupełnie zniknęła im z pola widzenia, z westchnieniem ulgi weszli do środka. Oczywiście w czystych do niemożliwości butach. -Co tu się dzieje? - ze szczytu schodów dobiegł ich głos hrabiego. - A niech to licho! Smok w moim domu?! - krzyknął na widok smoczycy i zemdlał. Trzymane przez niego rękopisy potoczyły się po schodach a sam hrabia chwilkę później dołączył do nich z kilkoma nowo nabytymi siniakami. Deirdre z przestrachem podbiegła do męża i wraz z córką zajęła się reanimacją. Półprzytomnego Caleba przetransportowano na sofę. Ifrenthynai, by nie wzbudzać większych emocji, na powrót przybrała człowieczą postać, w której mimo wszystko prezentowała się bardziej okazale. -Calebie, mój drogi, co z tobą?! - Dre wyglądała na bardzo przestraszoną stanem męża, który ani myślał otworzyć oczy. -Mamo, to się tak robi - odparła Carys i chwyciwszy stojący na stoliku wazon, wylała z niego wodę na hrabiego. Pan Velmondo zerwał się na równe nogi, ścierając z twarzy wodne kropelki. -Carys! Chciałaś mnie utopić?! - krzyknął, na co drowka, a za jej przykładem reszta, wesoło się roześmieli.- Co tu się właściwie dzieje?! -Masz gości, Calebie - odparła Deirdre i szepnęła mężowi na ucho: - Tylko nie zrób mi wstydu i zachowuj się jak na gospodarza przystało. -Gości? - Caleb wytrzeszczył oczy. - Moja droga, zdecydowanie za dużo czasu poświęcasz podróżom i zajmujesz się nie tym, co trzeba - dodał stanowczo. - Można wiedzieć, po co sprosiłaś tutaj to... to... - w porę ugryzł się w język na widok wściekłej miny żony. -Później ci to wyjaśnię - odparła z ostrzegawczą nutką w głosie, po czym dodała weselej: - Nasi goście są głodni... Caleb ujął stojący na stoliku dzwoneczek i zadzwonił. W drzwiach pojawiła się znajoma twarz Kolmy. -Goście życzą sobie coś zjeść - poinformował Caleb. Kolma z lekką irytacją spojrzała na przybyłych a nade długo patrzyła na Ifrenthynai, która do tej pory spacerowała po wypastowanej podłodze w brudnych butach, lecz na zwrócenie uwagi smoczycy już się nie odważyła, pamiętając jej poprzednią reakcję. -Co dzisiaj na kolację? - zagadnęła Carys. -Wedle oficjalnego menu - zaczęła służąca, przeglądając plik papierów trzymanych w ręku - potrawka w sosie pomidorowym, tarta marchewka zapiekana z serem i zapiekanka ziemniaczana. Miny podróżnych nieco zrzedły na taką ofertę. Zwłaszcza Arew, dla którego jak zwykle zabrakło w menu czegoś na myszastą modłę. -Po głębszym namyśle uważam, że nie jestem głodny - stwierdził Lacandros a reszta ochoczo mu przytaknęła. - Chętnie się za to czegoś napiję - dodał. -Sok marchewkowy czy napój buraczano - jabłkowy, rocznik 95? -A wina nie macie? - zdziwiła się Dre. -Od imprezki po sianokosach, kiedy to służba dobrała się do naszych wyskokowych trunków, hrabia zakazał podobnego zakupu - wyjaśniła Kolma. -Co?! - Dre z niedowierzaniem spojrzała na męża. -Zdewastowali mi pół domu - wyjaśnił ponuro Caleb. -Służba?! -Sąsiedzi z Is... Deirdre jęknęła. -No to widzę, że straszne się z ciebie wapno zrobiło, mój drogi - dodała, marszcząc brwi. -Nie potrafisz nawet obronić domu przed najazdem nieproszonych gości! -No, tak też bywa - przytaknął jej Caleb, ostrożnie zerkając na kamienną twarz żony i próbując z niej wyczytać, czy mu się za chwilę oberwie. -I zacząłeś nawet gromadzić zapasy na zimę - Deirdre szturchnęła go pod żebro. - Widzę, że ledwo cię spuścić z oczu, a już zaczynasz sobie folgować. -Chyba mam do tego prawo - Caleb próbował znaleźć jakiś usprawiedliwiający argument. -Prawo? Oj, już ja się za ciebie wezmę, mój ty staruszku, nie martw się! - odparła Dre. - Kilka wizyt w salonie kosmetycznym mojej siostry Vierny i będziesz jak nowo narodzony! Caleb skrzywił się i gwałtownie wstał ze swego miejsca. -Wolałbym raczej zestarzeć się z godnością -Tylko mi nie mów, że już do reszty zdziadziałeś!- odparowała Dre, krzyżując ręce na piersiach. -Eee... - Caleb zrobił zdziwioną minę. Reszta, przysłuchująca się tej wymianie zdań, z trudem tłumiła śmiech widząc bezradność hrabiego, któremu najwyraźniej kończyły się argumenty na swoją obronę. -Słuchaj moja droga, czy moglibyśmy... -O nie, mój ty staruszku, nie wykręcaj się sianem!- drowka groźnie zmarszczyła brwi A co z twoim orężem? Jesteś rycerzem, a pozwalasz by sąsiedzi dewastowali ci dom?! -Broń stoi w gablotce w salonie - spokojnie poinformował hrabia, a Dre opadły ręce. -Calebie, czy ty chcesz doprowadzić mnie do zawału?! -To raczej ty o mało do tego nie doprowadziłaś sprowadzając ich tutaj - wskazał na gości. -Zrozum kotku, ale.. -Pan wybaczy, że przerwę - wtrąciła Kolma, której już najwyraźniej znudziło się przysłuchiwanie tej pseudokłótni. - To co z kolacją? -Przygotuj, tylko żadnych wegetarianizmów! - zastrzegła Deirdre. - Musimy to i owo obgadać... Acha, co do winka, poślij kogoś do Is do Dermiena po kilka beczułek - dodała do Kolmy, która skwapliwie coś notowała na trzymanych kartkach. - Oni stanowczo nie tolerują soku marchewkowego a już tym bardziej buraczanej imitacji. Służąca posłusznie skinęła głową i skierowała się ku drzwiom. Jej mina nie sugerowała niczego dobrego, a już zwłaszcza dla niewegetariańskich gości. -Mam nadzieję, że ta pani nie przyszła z reklamacją - odparł Caleb, zerkając na Xiitane, którą dopiero teraz dostrzegł w tłumie przybyłych. -Ależ nie, zakup był trafny w stu procentach - elfka uśmiechnęła się. -Moi…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%