przygoda · 28 min czytania
Podróż bez słońca - Rozdział 4
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Rozdział 4 Wrota Podmroku
Gdy nadszedł ranek, nasi znajomi właśnie wyruszali w dalszą drogę, chociaż szło im to dosyć opornie, zważywszy na całonocną balangę przy kufelku krasnoludzkiego piwa. Żeńska część towarzystwa, bardziej wyspana i chętna do kontynuowania podróży, niecierpliwie poganiała resztę przy akompaniamencie głośnego kruczego krakania i miauczenia Arewa, który rad byłby jak najszybciej opuścić domostwo Drizzta. Pomimo kocich przyzwyczajeń, grasujące po domostwie drowa myszy dały się nieźle kotu we znaki, kpiąc z niego bezlitośnie i przyczyniwszy się do powstania kilku guzów na futrzastym łebku Arewa a także poplątania kocich wąsików w piękne kokardki. Zdegustowany tym kot z tolerancyjnego wobec gryzoni futerkowca stał się zaciekłym rasistą myszastej populacji, a ponieważ tym razem myszy okazały się sprytniejsze od niego, Arew postanowił, że po zakończeniu przygody z Melusą, bezapelacyjnie zacznie uprawiać jogging. Póki co naszych znajomych czekała długa droga szlakami Smoczych Urwisk, gdyż to właśnie tam, w królestwie tych niezbyt miłych i przerośniętych jaszczurek, znajdowały się Wrota Podmroku, jedyne znane do tej pory wejście do podziemnego świata. Na domiar złego pilnowały go smoki, a te zawsze miały w zanadrzu kilka sztuczek dla zbyt ciekawskich podróżnych, którzy ośmieliliby się zapuścić w te strony. Bowiem nie wszystkie smoki były tak miłe i słodziutkie jak Ifrenthynai. Przeważnie można było tutaj spotkać czarno i czerwonołuskich przedstawicieli jaszczurczego gatunku, a te należały do najbardziej nerwowych i agresywnych bestii tej części Krain i nader często korzystały z niepisanego prawa dżungli. Pominę jednakże irytujące czytelnika opisy przyrody i pamiętnikarskie notatki o wędrówce na szlaku, zaznaczając jedynie, iż podróż przebiegała dosyć spokojnie, i rozpocznę tę część opowiadania od informacji o przybyciu naszych znajomych w pobliże głównej siedziby smoków zwanej Smoczymi Urwiskami. Siedmioro podróżnych (pomijając kota, kruka, wierzchowce i resztę bagażu :D) odkąd przybyło na miejsce, siedziało za skałami nieopodal wejścia do twierdzy i wypatrywało okazji do wtargnięcia do smoczej siedziby. W końcu, po dłuższym oczekiwaniu, zniechęcony bezczynnością Anaron stwierdził, iż to nie ma sensu i zaproponował mały wypad na przeszpiegi. -Nie sądzę, by to był dobry pomysł - mruknął Drizzt, przypatrując się twierdzy przez dziwną, długaśną tubę zakończoną szkiełkiem, którą nazywał "lornetką". - Chyba, ze masz w rodzinie jakiegoś smoka, który, ewentualnie, upomniałby się o ciebie, gdyby reszta zechciała zrobić z ciebie przekąskę. Anaron skrzywił się. -A masz jakiś lepszy pomysł? - sarknął. - Od samego gapienia się dostanę wytrzeszczu oczu! -Oni pewnie nic innego nie jedzą oprócz wołowinki i koninki - zamiauczał Arew, podejrzliwie zerkając na Briego, przeżuwającego trawę. -A czy ja na coś takiego wyglądam? - zaperzył się Anaron. -No jak się wściekasz... - Xiitane mruknęła i zaczęła chichotać - to wyglądasz jak wół! Anaron natychmiastowo poczerwieniał na twarzy i miał wielką ochotę rąbnąć kogoś w nos, ale w tym momencie Drizzt pociągnął go za płaszcz i szepnął. -Mógłbyś mniej rzucać się w oczy? -Jasne - stęknął Ani, podnosząc się z ziemi i strzepując z płaszcza grudki ziemi. - Ale według mnie powinni przejść na wegetarianizm. Mięsożerność jest zbyt niebezpieczna. -Masz na myśli siebie? - zdziwił się Beld a reszta ryknęła śmiechem. -Hej, właśnie przyszedł mi do głowy pewien pomysł - zawołała Carys i z konspiracyjnym uśmieszkiem na twarzy szepnęła coś na ucho Xiitane, a ta równie szpiegowskim tonem przekazała to panu Do'Urden. -Niezły - przyznał po głębszym namyśle drow. - Tylko kto będzie robił za dostawcę?- zapytał, lecz po chwili jego spojrzenie utkwiło w zdziwionym Anaronie. - Aa... już chyba wiem, kto się wyrywał do tej roboty - dodał ze śmiechem. -Zaraz, zaraz! - Ani zaprotestował. - O co chodzi? Wtajemniczcie mnie! -Będziesz dostawcą ketchupu - zachichotała wesoło Xiitane. -Że jak? -A my będziemy robić za towar - przytaknęła jej Carys. -Czy wyście na głowę poupadali? - krzyknął Anaron i jeszcze żwawiej zaczął się wzbraniać przed rolą dostawcy. - Skąd weźmiecie ten ketchup?! -Nie bój żaby! Liczymy na to, ze wciśniesz smokom ten kit - odparł Drizzt i poklepał Anarona po plecach. -W końcu jesteś bardzo przekonywującym zwędzijaszkiem - poparła go Xiitane. - To jak? -Niech wam będzie - chcąc nie chcąc, Anaron w końcu się zgodził. - Ale reklamacji ani zwrotu do nadawcy nie przyjmuję! - zastrzegł. Pół godziny później, u wejścia do smoczej twierdzy zatrzymał się wóz wyładowany po brzegi skrzyniami, a na koźle siedział nasz ostrouchy przyjaciel, uzbrojony w plik dokumentów i nieco krzywo przyklejone sztuczne wąsy. Smok - strażnik krzywo łypnął na intruza. -Czego? - warknął, ukazując szereg ostrych zębów. Anaron nerwowo przełknął ślinę i odchrząknął. -Ketchup dla szefa - wymamrotał. -Jaki keczap? -Tu jest fakturka, proszę pokwitować - elf szybko wyciągnął plik dokumentów i podsunął pod nos jaszczura. - Ja tu tylko sprzątam. Smok groźnym wzrokiem zmierzył elfa od stóp do głowy, wyciągnął z kieszeni strażniczego uniformu grubaśne okularki i zaczął wertować kartki. -Pan Jaszczurek raczy złożyć swój autograf i po krzyku - poinformował obojętnie ostrouchy, widząc, że smok ma pewne problemy z odczytaniem dokumentów. -Gdzie? -Tu - wskazał Anaron. - Tu, tu, i jeszcze tam i siam - rzekł, odzyskując pewność siebie. - Najlepiej wszystko po kolei - podsumował. Smok wściekle ryknął i cisnął kartkami w elfa. -Żarty pan sobie ze mnie stroi?! -Ależ skądże znowu - Anaron zadzwonił zębami i poprawił przekrzywione wąsy. - Jakżebym śmiał! Ale pan się pospieszy, bo ja pracują na akord - wyjaśnił. - Ketchup pierwsza klasa - dodał konspiracyjnie i poklepał skrzynie. Smok łypnął swym przekrwionym wzrokiem na ładunek zgromadzony na wozie i po głębszym namyśle otworzył jedną ze skrzynek. W środku stały poukładane rządkami słoiczki z pomarańczowo - czerwonawą galaretowatą substancją i smok nie omieszkał jej wypróbować. Zniecierpliwiony Anaron odchrząknął i podetknął smokowi pod nos fakturę. -Panie Jaszczurku, ja się spieszę - poinformował. -A macie z niespodzianką? - zagadnął smoczy strażnik. Anaronowi opadły ręce. -W zamówieniu nie było - mruknął ponuro. -Nie ma niespodzianki, więc nie ma przejścia - odparł na to smok i wyrzucił trzymany słoiczek. - I nie pokwituję! - dodał, odwracając się plecami do "dostawcy". Anaron po chwili namysłu postukał w wieczko stojącej najbliżej niego skrzyni i zawołał: -Ketchup z niespodzianką raz, poproszę! Po chwili ze skrzyni wychynęła czyjaś biała rączka trzymająca słoiczek z wyżej wymienionym produktem. Smok pooglądał słoiczek i z niesmakiem go rozdeptał. -To ma być jabłkowy z niespodzianką - powiedział. -Aha, Pan Jaszczur jest wegetarianinem? - Anaron skrzywił się i ponownie zastukał w skrzynkę. - Xii, poproszę jabłkowy z niespodzianką! Po chwili ze skrzyni po raz wtóry wychynęła dłoń ze słoiczkiem. Smok skosztował zawartość opakowania i z niemiłosiernym grymasem na twarzy rozdepnął następny słoik. -Ma być z pieprzem - zażądał. -I co jeszcze?! - wkurzył się Anaron. -Bez pestek. Mam po nich wzdęcia - odparł smok, wyliczając cos na palcach. - No i bez konserwantów... -Xii... - stęknął Ani. Niestety po zrealizowaniu kolejnego "zamówienia" smokowi nadal coś nie pasowało. A Anaron zaczął się zastanawiać, jak długo przyjdzie mu jeszcze stać pod bramą pod obstrzałem ciekawych spojrzeń reszty mieszkańców twierdzy, którzy w końcu zaczną coś podejrzewać. W końcu możliwości twórcze panny Vogel wyczerpały się i wkurzona elfka wyskoczyła ze skrzyni. -O! Macie ze sobą cały zestaw! - zauważył strażnik, nieco zdziwiony nagłym pojawieniem się srebrnowłosej panienki niemiłosiernie wybrudzonej ketchupowatą mieszanką. - To mogę zamówić...? Xiitane nie wytrzymała i pochwyciwszy najbliższą skrzynkę, rozwaliła ją na głowie niezdecydowanej jaszczurki. Coś z głośnym hukiem wybuchło i smok zobaczył gwiazdy. -Bombowa niespodzianka! - zdążył wyseplenić i z głupiutkim uśmieszkiem padł na ziemię. Jedno zaklęcie później i brama smoczej twierdzy, na wpół rozwalona a na wpół spopielona, przestała być jakąkolwiek przeszkodą dla "najazdu" na jaszczurzy dom. -Ani, jedź! - zakomenderowała elfka zdezorientowanemu towarzyszowi. -Tak jest, pani czarodziejko! - zasalutował elf i trzasnął bacikiem. Wyładowany skrzyniami wóz wjechał do smoczej twierdzy i stanął przed drugimi, opancerzonymi wewnętrznymi wrotami. -Ho, ho, widzę, że te jaszczurki nie przepadają za włamywaczami! - Anaron zagwizdał z podziwu na widok trudnej do sforsowania przeszkody. - Xii, czy mogę prosić o bis? Srebrnowłosa już zamierzała po raz kolejny wyrecytować odpowiednie zaklęcia, gdy wtem potężne wrota otworzyły się same. Xiitane i Anaron popatrzyli po sobie. -Przeczuwam w tym jakiś grubszy podstęp - wyszeptał elf. -I tak musimy tam wejść, więc w końcu przestań się trząść jak ta galaretka, którą wieziemy - skwitowała Xiitane i jej towarzysz skierował wóz do środka twierdzy. Wielkie, opancerzone wrota zamknęły się za nimi ze złowieszczym skrzypieniem. Otoczył ich półmrok i chłód wiekowego kamienia. -Hej, Ani! Mogę już się puścić? - spod wozu dobiegł głos Requela. -Jasne, stary - odparł Anaron i zapukał w skrzynie. - Droga wolna. Reszta towarzystwa wygramoliła się z drewnianych skrzynek, a Requel, dla którego nie starczyło juz miejsca na wozie, z westchnięciem ulgi odczepił się od podwozia i opadł na zakurzoną posadzkę. -To co teraz robimy? - zapytał Beld, ścierając z twarzy resztki ketchupu, bowiem po wybuchu Xiitane nie wszystkie słoiczki zachowały pierwotny kształt. Requel, widząc swych wybrudzonych przyjaciół po prostu nie mógł pohamować śmiechu. Zdziwiona reszta popatrzyła po sobie, z irytacją witając wesołość Requela. Milo, który właśnie zdołał się wygrzebać spod pakunku, spojrzał na kota wysmarowanego pikantnymi specjałami. -Rozumiem, że ty jakoś się wypierzesz - zauważył Arew - ale co będzie z moim biednym futerkiem? Milo kraknął złośliwie i pociągnął kota za wąsy. -A myślisz, że ja jestem bardziej nieprzemakalny? - odparł i wygrzebawszy z pakunku swej pani jakąś szmatkę, zaczął nią czyścić piórka. Drizzt i jego towarzysze rozejrzeli się po ponurym wnętrzu. - O ile się nie mylę - zaczął drow - to brama do Podmroku jest gdzieś tam - wskazał jedno z ciemniejszych przejść. -Wujku, przyznaj się, jak długo już tu nie zaglądałeś? - Carys podejrzliwie zerknęła na Drizzta. -Ja? - drow odchrząknął i zrobił niewinną minkę. - No cóż... Może troszeczkę minęło, a smoki mogły za ten czas zrobić niewielki remoncik, ale co to ma do rzeczy? Carys już miała dodać swój komentarz, "co to wszystko ma do rzeczy", lecz w tej chwili z górnych partii smoczego holu coś zawołało (a raczej sapnęło) na intruzów. -Hej, wy tam czego? Akcję "drzwi otwarte" skończyliśmy miesiąc temu! -Dostawa dla szefa! - odkrzyknął Anaron. -Jaka dostawa? -Ketchup z niespodzianką! - Anaron powoli zaczynał mieć dość swojej nowej roli. Złodziej dostawcą! Jak jego koledzy po fachu się o tym dowiedzą, to będzie niezły obciach. Ciekawski smok zeskoczył z gzymsu i opadł na posadzkę tuż przed naszymi znajomymi. -Rozumiem więc, że to wy jesteście tą niespodzianką - łypnął na towarzystwo z bardzo zatrważającym wyrazem pyska. -Ja jestem bardzo żylasty - zastrzegł Arew. -Mnie nawet nie ruszaj! Jestem bombą cholesterolową z opóźnionym zapłonem - przykraknął mu Milo, a reszta wyszczerzyła zęby. -A my jesteśmy tragarzami - dodała Xiitane. - Wliczone w cenę. Może pokazać fakturkę? Niestety kolega przy wejściu nie był zainteresowany... -Nie umiem czytać - przerwał jej smok. -To może okularki? - Arew zamiauczał słodziutko. -Już powiedziałem, że nie umiem czytać! - warknął lekko poirytowany smok. -Aaa! No tak, ależ ze mnie sklerotyk - kot pacnął się łapką w łebek. - Ale ten keczap jest naprawdę dobry! Zjesz jeden słoiczek... -Z opakowaniem - dokrakał Milo. -I jak kopnął kalendarz, film się urywa. Stojąca z boku reszta ze zdziwieniem popatrzyła na zwierzęta. Bri zarżał z niesmakiem. -Ten futrzak zaczyna mnie wkurzać! - zauważył smok, potupując pazurzastą łapą. -Powaga, stary? Ty to masz problemy... - westchnął Arew i kontynuował żałośniejszym tonem - Byś ty wiedział, jaką ja muszę u niej znosić katorgę... - tu wskazał na srebrnowłosą pannę Vogel. -Arew!! - krzyknęła oburzona Xiitane. -Powaga? - zapytał Milo. -A ten mi brzęczy na nerwy - syknął kot i groźnym spojrzeniem omiótł kruka. -Zaraz, zaraz futrzaki. Co wy mnie tu tak zagadujecie? - smok podejrzliwie zmrużył ślepia. Kot popatrzył za siebie na swych dwunożnych przyjaciół. -Jeszcze nie daliście dyla? No to macie słaby refleks - skwitował. -Milo, co on kombinuje? - Carys zapytała swego pupilka. -Chyba czas na plan „B” - kruk spojrzał na kota a potem na pannę Velmondo. - Bawimy się w tragarzy, no nie? No to bierzcie te skrzynki i idziemy - kraknął i podreptał ku wozowi. Zdezorientowany smok podrapał się po głowie a reszcie opadły kopary. -No Xii, tylko mi nie mów, że to wszystko już zjedliście! Na poczekaniu! - dodał kot. -A to ci dopiero niespodzianka - zauważył smok. - A ty ostrouchy to mi nawet znajomo wyglądasz - dodał, szczególnie uważnie lustrując Drizzta. -No i wpadka - miauknął kot, teatralnym gestem łapiąc się za głowę. -To w końcu idziecie z tym keczapem czy nie? - ponaglił jaszczur nieco tracąc cierpliwość. -Mogę iść, tylko nie wiem, kto się wytłumaczy z tych pustych skrzynek - odparł Requel i wraz z braciszkiem podniósł pierwszą lepszą z brzegu skrzynię. -Ty to akurat nie musisz się martwić. W końcu jesteś mistrzem w kombinowaniu - zauważył Drizzt. -Ja już wiem, kto ty jesteś! - smoka nagle olśniło. - Drizzt Do'Urden! -Nic dodać, nic ująć…