Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

fantastyka · 26 min czytania

Podróż bez słońca - Rozdział 7

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Rozdział 7 „I KOGÓŻ MY TU MAMY?”

Drizzt, Anaron i Carys z beznadzieją w oczach wpatrywali się w potężne drowie miasto, tętniące życiem. Ponure, czarne mury oplatały kamienne budowle, oświetlone mdłym światłem ulicznych lamp. Wieże strażnicze zdobione były fantazyjnymi rzeźbami i ornamentami, przypominającymi rośliny. Wejścia strzegły, u każdej bramy, dwa potężne kobiece posągi, jak wyjaśnił Drizzt, przedstawiały one Lloth, Pajęczą Panią Podmroku. Wszędzie mnóstwo było uzbrojonych, ciemnoskórych postaci, zaglądających podejrzliwie w każdy kąt. Do jednej z bram właśnie podjechał wóz i drowi strażnik poprosił powożącego o dokumenty. Długo przyglądał się to im, to, zapewne nowo przybyłemu do miasta, drowowi. Miejsce nie do przejścia, zwłaszcza dla nieproszonych gości. Anaron popatrzył niepewnie na Carys, a później na Drizzta dumającego nad czymś. -Mam pomysł - zawołał nagle pan Do'Urden, a na jego twarzy pojawił się ten szczególny wyraz, na którego widok, wrogowie drowa zaczynali trząść portkami. -Tak, wujku? - Carys spojrzała na Drizzta. -Musimy się przebrać - wypalił drow. Na twarzy Anarona odmalował się wyraz niedowierzania. -A za kogo chce się pan przebrać? - zagadnął z nutką ironii w głosie. -O ile pamiętam, ostatnio znokautowaliśmy dwóch... - zaczął drow. -Ale nas jest trzech - zauważył Anaron. Drizzt przyjrzał się uważnie elfowi, wyliczając coś na palcach, i dodał z uśmiechem, wskazując na Aniego: -Ty będziesz robił za więźnia. -Co?! - ryknął złodziejaszek, aż podskakując na samą myśl odegrania roli. - Mowy nie ma! Drizzt wzruszył ramionami i rzucił niedbale: -Chyba, że wolisz kąpiel w... -Nie mam zamiaru nigdzie się kąpać! - obruszył się Ani i odwrócił plecami do towarzyszy na znak protestu. Drizzt poklepał go po ramieniu. -A myślisz, że wśród drowów znajdziesz jakiegoś wyblakłego, blondwłosego i na dodatek bezczelnego osobnika? - zapytał. -Bezczelnego?! - wrzasnął elf. -Wybacz, to nie tak... - Drizzt zachichotał nerwowo, odskakując na bezpieczną odległość, widząc, że towarzysz zamierza zaprezentować na jego skórze kilka ciosów karate. -Może i z karnacją nie przypominam drowa, ale z tym to już przesadziłeś! Przecież każdy elf wie, że drowy to najbardziej wścibscy i najbezczelniejsi pedanci w Krainach. Drizzt odchrząknął i zmierzył Anarona groźnym spojrzeniem. -Więc jak? Udajesz drowa czy robisz za więźnia? - zapytał. Anaron pomyślał chwilkę, rozważając każde "za" i "przeciw" obydwu wariantów, lecz musiał przyznać Drizztowi rację. Niestety, za bardzo rzucał się w oczy. -No dobra. Będę więźniem - zgodził się w końcu. - Tylko bez żadnych numerów - zastrzegł szybko. Milo tylko kraknął i przysiadł na pobliskim kamieniu, gdyż jego pani właśnie wyrzuciła go z kaptura. -Carys, a ty też lepiej zdejmij tę zbroję - dodał Drizzt, zatrzymując wzrok na fioletowawym uniformie siostrzenicy. -Ależ wujciu!... - jęknęła panna Velmondo. -Zapewniam cię, że moi pobratymcy nie lubią krzykliwych kolorów - odparł poważnie drow. -Mam paradować w męskich ciuchach?! - Carys omal oczy nie wyszły z orbit na myśl o takim rozwiązaniu. -Czasem trzeba się poświęcić - dorzucił Anaron i zagwizdał niewinnie, gdy Carys skierowała na niego ostre jak sztylety spojrzenie. -Tylko bez kłótni - przerwał im Drizzt, zawracając w głąb ciemnego przejścia, którym niedawno wędrowali. - Musimy wyciągnąć stamtąd kilku przyjaciół, więc lepiej, żebyśmy bardzo przekonywująco odegrali swoje role. -A co konkretnie mam robić? - zapytał Anaron, idąc za drowami podmrocznym korytarzem. Drizzt i Carys popatrzyli po sobie, a potem, udając zastanowienie, zerknęli na elfa. -Ty akurat masz całkiem fajną rolę - stwierdził pan Do'Urden. - Tylko chcę widzieć przerażenie w twoich oczach - dodał. - Bo na razie jesteś tylko lekko załamany. -A co, mam się cieszyć? Po tym wszystkim, co mnie dzisiaj spotkało? - Anaron wybuchnął. Drizzt pogroził elfowi palcem. -Jak się nie będziesz sprawował, to cię obedrzemy ze skóry! Nagle coś wrzasnęło za nimi w ciemności korytarza. Anaron wskoczył na Drizzta, cały trzęsąc się ze strachu i kurczowo uczepił się czupryny drowa. -No proszę - Carys pokiwała głową. - Jak trzeba, to potrafisz się bać. -Mógłbyś mnie puścić, zanim oskubiesz mnie z wszystkich włosów? - jęknął Drizzt, który ledwo oddychał przy uścisku Anarona. Lecz elf ani myślał puścić czupryny drowa. Po krótkiej szamotaninie, Anaron zaliczył glebę, a pan Do'Urden, groźnie marszcząc brwi, poprawił ubranie. W końcu odnaleźli unieszkodliwionych wcześniej drowów, którzy, związani jak balerony, lezeli w jednym ze skalnych załomów, i rechocząc ze śmiechu, opowiadali sobie drowie dowcipy. Drizzt chwycił pierwszego z brzegu jeńca i rozwiązawszy pętle na jego rękach i nogach, rozkazał władczo: -Rozbierać się! Drowy od razu przestały rechotać, a na ich twarzy pojawił się wyraz zdziwienia. -No, szybciej! Nam się spieszy! - Drizzt ponaglił ziomków celnym kopniakiem. Drowy zamrugały oczyma. -Robimy wymianę - dodała Carys, z niezbyt szczęśliwą miną, wyobrażając sobie, jak będzie wyglądać w zdobycznym na drowach uniformie. -Co? - wyjąkał ten, którego rozwiązał Anaron. - Przy niej?! - wskazał na Carys. -Odbiło wam? - sarknął drugi drow. - Może jeszcze ona założy moje ubranie? -A żebyś wiedział! - Carys westchnęła i wymownie spojrzała na ciemnoskórego. - Ale wątpię, czy ty zmieścisz się w moje ciuchy! -Ja?! - drow wytrzeszczył oczy. W końcu Drizzt nie wytrzymał i chwyciwszy pierwszego lepszego z więźniów, delikatnie mówiąc, zdjął z niego odzienie, a Carys z Anaronem dobrali się do drugiego delikwenta. Chwilkę później pan Do'Urden i jego siostrzenica prezentowali się nader odmiennie w drowich ubraniach. Zwłaszcza Carys, na której wprost pękała zbyt ciasna koszula, a spodnie okazały się zbyt krótkie. -Dobrze, że przynajmniej buty na rozmiar - stęknęła, krytycznie przyglądając się odrapanemu i nieco znoszonemu obuwiu. - Wyglądam jak szmaciarz! Anaron ryknął ze śmiechu i zatoczył się po ziemi na widok towarzyszki, która właśnie próbowała zmieścić swą gęstą czuprynę pod nieco za mały hełm. -Pan życzy sobie kawałek sznurka na uspokojenie? - zapytał Drizzt, który właśnie na powrót związywał jeńców i na plecach przenosił w bardziej ustronne miejsce. I zanim Anaron się spostrzegł, już leżał związany. -Ej, chyba jeszcze nie udajemy, co? - wykrzyknął, szamocząc się. -Ale musimy poćwiczyć - Drizzt uśmiechnął się i schwyciwszy Anarona wpół, przerzucił go sobie przez ramię niczym worek kartofli. -Ostrożniej! Jestem leśnym elfem! A elfy to bardzo delikatny towar! - syknął złodziejaszek. Podczas gdy Drizzt i Anaron ćwiczyli swoje role, co nader kiepsko wychodziło temu ostatniemu, Carys rozejrzała się za odpowiednim schowkiem na ich podróżne ubrania, o którym mówił jej wujek. -Schowałaś? - zapytał pan Do'Urden siostrzenicę, gdy ta w końcu pokazała się w korytarzu. -Zgodnie z instrukcją - Carys pokiwała głową. -No to idziemy - zakomenderował Drizzt. - Auf Wiedersehen, bratkowie - dodał i zasalutował jeńcom, których ostatecznie pozostawiono w samej bieliźnie. Pół godzinki później stanęli u wrót Menzoberranzan. Stojący w bramie strażnik dosyć długo lustrował przepustki, zwłaszcza dokumenty Zathela Darynorisa, który trochę za bardzo dziś wyglądał na kobietę. W końcu jednak dał za wygraną i puścił "wywiadowców" i "jeńca", który jak na gust strażnika okazywał nadzwyczajny spokój i był jedynie trochę zielonkawy na twarzy. Drizzt odetchnął z ulga, gdy w końcu minęli bramy i zagłębili się w bezbarwny tłum Menzoberrańczyków, którzy, co dosyć zdziwiło naszych znajomych, ustępowali im z drogi, spoglądając za nimi z zaciekawieniem. Niektórzy lekko skinęli głowami na znak powitania. Największym zainteresowaniem cieszył się jednak Anaron, biadolący i narzekający na swój niewdzięczny los i czekające go kłopoty, jeżeli reszta rodzinki i braci złodziejskiej się o tym dowie. Drizzt szedł dziarsko szeroką ulicą, rozglądając się na boki. Jako jedyny znał Menzoberranzan na tyle dobrze, by nie podpaść przypadkowym przechodniom, nie mówiąc o spotkaniu z drowią gwardią, której pełno wszędzie było. Prawdopodobnie ktoś ważny przybył do miasta, stąd to całe zamieszanie. "Po prostu idealnie" Drizzt pomyślał z wisielczym humorem. Doszli w końcu do garnizonu. Budowla była jedną z wyższych w Menzoberranzan. Przylegał do niej kompleks więzienny i budynki w których rezydowała władza miasta. Weszli po krętych stopniach. Carys z niepokojem spojrzała na posągi strzegące wejścia. Na widok paskudnej buzi Lloth, Pajęczej Pani, ciarki przebiegały jej po plecach. Weszli do środka. Ich kroki zadźwięczały na wypolerowanej, kafelkowej posadzce. -Który z was to Zathel Darynoris? - zapytał stojący w progu drow i podejrzliwie łypnął na Carys. Panna Velmondo odchrząknęła i skinęła głową. -Ja. O co chodzi? - zapytała swym najlepszym basem, czując, jak oblewa ją zimny pot. -Masz zgłosić się u Mortona Viciusa. -Jasne - Carys uśmiechnęła się, lecz widząc minę drowa i czując kopnięcie wujka, od razu zasalutowała. - Tak jest! Natychmiast! Drow pokiwał głową z aprobatą i wrócił na swoje miejsce za biurkiem, które stało naprzeciw wejścia, a nasi znajomi udali się ku najbliższym drzwiom. -Arshalm, z tym bladym tędy - zauważył drow, uważnie obserwując poczynania przybyłych i wskazał na wejście znajdujące się po przeciwległej stronie pomieszczenia, przy którym, z rękami skrzyżowanymi na piersiach, stał uzbrojony po zęby strażnik. -A, jasne - odparł Drizzt z uśmiechem. -Spryciarzu, nieźle nabijasz licznik. Mnie to zawsze wysyłają w bezludne rejony Podmroku - dodał strażnik, poklepując pana Do'Urden po ramieniu i zerkając na całkiem już zielonego na twarzy Anarona. - A tego torturowaliście, czy co, że taki słaby? -Chyba nie przykładał się na zajęciach z ucieczkologii, więc go szybko złapaliśmy - mruknął Drizzt. -Aha, Dar, i nie zapomnij wspomnieć... "Bdęk". Jeden z guzików koszuli Carys właśnie się urwał i uderzył o zęby drowa. -Zawsze dają mi za mały numer - Carys wyszczerzyła zęby w głupiutkim uśmieszku. "Bdęk" i kolejny guzik odpadł od uniformu Carys. -Pan pozwoli, ale już znikamy - rzekła panna Velmondo. - Z kolegą pogada pan później - dodała na odchodnym i popchnęła Drizzta ku wyjściu. - Muszę koniecznie znaleźć nową koszulę! - syknęła, zatrzaskując za sobą drzwi. Znaleźli się w kolejnym, słabo oświetlonym korytarzu pokrytego czarnymi płytkami. -Z tego, co pamiętam, tam jest chyba szatnia - Drizzt wskazał na najbliższe drzwi. Carys czym prędzej ruszyła we wskazanym kierunku. -Ale to jest męska szatnia! - zawołał za nią Drizzt. -Wszystko mi jedno! I tak udaję faceta - odparła Carys i zniknęła za drzwiami szatni. Po dłuższej chwili oczekiwania wróciła w nowym, bardziej dopasowanym do jej sylwetki, komplecie. -No, przekopałam wszystko, ale warto było - rzekła dumnie, prezentując swój nowy uniform. - Mam nadzieję, że lubią sprzątać. Drizzt bez słowa, podążył korytarzem a za nim siostrzenica. -chyba powinniśmy się teraz gdzieś zameldować, no nie? - zauważyła Carys, zapinając trzy ostatnie guziki koszuli. -Morton ma biuro w sąsiednim budynku - poinformował pan Do'Urden. - Chcesz ryzykować? co jak co, ale on miał zawsze dobra pamięć. -Ma chyba do mnie jakąś sprawę, no nie? -Jak chcesz - westchnął Drizzt i otworzył drzwi na końcu korytarza. Przeszli przez szeroki, owalny plac, na którym właśnie odbywały się ćwiczenia. Drowia drużyna w takt wydawany przez dowódcę, uderzała mieczem o miecz przeciwnika i wykonywała setkę różnych pozycji obronnych. Nasi znajomi weszli do budynku przylegającego do więzienia, jak poinformował Drizzt. Posiadłość Mortona, gdyż tak chyba powinno się określić dom Viciusa, była nieco niższa od głównego budynku, posiadała za to więcej różnych, małych, okrągłych okienek, zdobionych wymyślnymi ramami. Sam ganek przyozdobiony był siatką metalowych prętów, poskręcanych i tworzących dziwne układy, na których zawieszono dwie lampki, mające oświetlać wejście. Stojący przy drzwiach strażnik wylegitymował przybyłych, z groźnym wyrazem twarzy spoglądając na Carys. W końcu weszli do środka, a odźwierny skierował ich do pokoju Mortona. -Już jestem - Carys zasalutowała. Morton podniósł głowę znad papierów, którymi się właśnie zajmował i rzucił niedbale: -Włóż koszulę do spodni, bo wyglądasz jak ostatni flej! Carys czym prędzej poprawiła strój i ponownie stanęła na baczność. -A ty masz zamiar długo pokazywać mi tyłek tego śmiecia?! - wrzasnął na Drizzta, który natychmiastowo zdjął z ramienia Anarona i postawił na ziemi. Vicius najwyraźniej nie był dziś w nastroju. -Znowu ty?! - Morton wytrzeszczył oczy, na widok złodziejaszka. - Pięć minut temu podobno wsadzili cię za kratki! -To był mój brat... - zaczął Anaron, lecz Drizzt szybko kopnął go w nogę. -On mówi, że dwie minuty to jego życiowy rekord. -W czym? - Morton…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Podróż bez słońca - Rozdział 7 — czytnik · opowiadania