Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

fantastyka · 13 min czytania

Podróż bez słońca - Rozdział 8

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Rozdział 8 POTYCZKA

Schwytanych więźniów zaprowadzono przed oblicze szefa garnizonu Menzoberranzan, Mortona Viciusa, który po bliższym zapoznaniu się z "przestępstwem" zadecydował, iż sprawa wymaga obecności samego Algernona Schwarzentypa. Zwłaszcza, gdy w jednym ze złapanych rozpoznał Drizzta Do'Urdena, który nawet w Podmroku cieszył się niezłą sławą. Naszych znajomych odeskortowano więc do Algernona, który tego dnia był w wyjątkowo nieciekawym nastroju. Przed przyjazdem Melusy, zaufanego sprzymierzeńca drowów, miał jeszcze mnóstwo rzeczy do zrobienia w mieście, a tu jak na złość tyle spraw spadło na jego głowę. Właśnie przerzucał sterty faktur i innych papierzysk, gdy drowi wartownik oznajmił mu, że Morton Vicius ma do niego ważną sprawę, niecierpiącą zwłoki. -Niech wejdzie - mruknął zza teczek Algernon i chwilę później do jego biura wmaszerowała grupa zbrojnych, na czele z Mortonem Viciusem i Dani Paradise, eskortująca powierzchniowców i dwóch rozbrojonych mrocznych elfów. Siedzący za biurkiem drow zdziwił się na widok zakładników. Dokładnie zlustrował stojących z przodu Belda i Anarona, zwłaszcza długo przyglądał się temu drugiemu, który kurczowo uczepił się ramienia jednego z drowów. Bracia byli tak bardzo podobni do siebie, że ktoś nie znający ich bliżej nie dałby rady odróżnić jednego od drugiego. Algernon nie miał zielonego pojęcia, po co Morton przyprowadził ich do jego biura, zwłaszcza srebrnowłosą pannę, co do której wydał już pewne zalecenia. Xiitane, tak chyba miała na imię, z tego, co pamiętał, trzymała w ramionach małego kotka o czarnej sierści, który żałośnie pomiaukiwał coś w swoim kocim dialekcie. Z kaptura jej elfiego towarzysza wychynął łebek kruk. Morton skłonił się i rzekł: -Ten oto tutaj, Ward Do'Khness przyłapał zdrajców na gorącym uczynku - wskazał na podkomendnego i skinął nań, by opowiedział, jakiego to przestępstwa dopuścili się drowi zdrajcy. Wzrok Algernona spoczął na dwóch rozbrojonych drowach z bardzo groźnym wyrazem twarzy. Jeszcze tego tylko brakowało! Na dzień przed przybyciem Melusy do Menzoberranzan. Konspiratorów i dywersantów! Czyżby szykowali jakiś zamach stanu? Nie wszystkim bowiem drowom odpowiadała "przyjaźń" z powierzniową panią. Nawet Algernon nieco obojętnie traktował tę współpracę. -Panie, ci zdrajcy, podający się za więziennych strażników, kradli nasz dynamit i współpracowali z więźniami przeciwko Menzoberranzan. - zaczął Ward, wypychając przed siebie Carys. -Gdyby nie ja, nawet nie wiedzielibyście o tych szkodnikach! - obruszyła się Dani i groźnie spojrzała na drowa, który w jej mniemaniu, zamierzał przywłaszczyć sobie jej "zasługi". -Taki współpracownik, jak ty, to prawdziwy skarb - Algernon uśmiechnął się uprzejmie i zapytał Mortona: -Czy to właśnie ta sprawa, niecierpiąca zwłoki, o której koniecznie chciałeś mi zakomunikować? Jeżeli tak - dodał, powracając do papierzysk - to możecie zabrać więźniów do... -Myślę, panie, że będziesz bardziej zainteresowany informacją o przybyciu Drizzta Do'Urdena do Menzoberranzan - oznajmił Morton z nieco tajemniczą miną. Algernon popatrzył na niego ze zdziwieniem. -Żartujesz sobie ze mnie? - syknął. -Ależ skądże. Drizzt jest tu z nami - rzekł wesoło Morton i wypchnął przed siebie pana Do'Urden. Po jego głowie nieśmiało tłukła się myśl o rychłym awansie za schwytanie drowiego odstępcy. Wzrok Algernona spoczął na panu Do'Urden, któremu do tej pory jakoś udało się ukryć przed bacznym spojrzeniem drowiego szefa. - Drizzt, to ty?! - zerwał się z miejsca i omal nie zaczął skakać z radości. Szybko schwycił podbródek Drizzta w swe chude palce i odwracając, pooglądał dokładnie jego twarz z różnych profilów, podejrzewając swego podwładnego o jakiś niesmaczny dowcip. Musiał się upewnić, że stoi przed nim prawdziwy pan Do'Urden. Powszechnie było wiadomo, że Algernon za doznane w przeszłości od Drizzta krzywdy, wytrwale deptał drowowi po piętach, by w końcu odpłacić mu pięknym za nadobne. Zemsta na jego najbliższych niewiele mu dawała, gdyż zdrajca nadal pozostawał poza jego zasięgiem. I oto nadarzała się prawdziwa okazja. -Bardzo mi miło - Drizzt mruknął z kwaśną miną. -W końcu wróciłeś - rzekł Algernon z uśmiechem. - Ciągnie cię do Podmroku, co? Na powierzchni zaczynało się robić za gorąco? - dodał ironicznie. -A czy wyglądam jak pszczoła? - prychnął Drizzt, odwracając twarz od Algernona. -Nie masz pojęcia, jak ja się cieszę, że wróciłeś - westchnął Algernon, poklepując pana Do'Urden po ramieniu. - Nawet Zathela wciągnąłeś w swoje plany, no, no, spryciarzu. Stajesz się coraz bardziej niebezpieczny! Algernon pobłażliwie pokiwał głową. -Zathela? - Dani zdziwiła się. - Przecież to Carys! Niestety panna Velmondo zbyt późno zorientowała się, że trzeba uciszyć kumpelkę, i ostatecznie kopnęła w kostkę stojącego obok niej Mortona. -Carys?! - zdziwił się szef garnizonu. - Nie mam takiego w wykazie. Co to za jeden? -Ja jestem Carys - odparła drowka, zdejmując z głowy hełm. Długie, czarne włosy rozsypały się po plecach panny Velmondo, a męska część drowiego grona wytrzeszczyła na nią oczy. -Kobieta?! - wrzasnął Morton. - W moim garnizonie?! -To po kiego grzyba masz męskie imię? - zapytał Raphael, który stał tuż obok panny Velmondo, lecz jego kolega natychmiast go uciszył. -To niedopuszczalne! - szef garnizonu spoliczkował Carys. - Dla takich jak ty są przeznaczone koszary dla kobiet! Algernon nie bardzo wiedział, co ma odpowiedzieć na takie zaniedbanie. -Damski bokser! - syknęła Carys, nieźle wkurzona na drowa i wykręciwszy mu rękę, porządnie przyłożyła w elfi nos. Morton zatoczył się i wściekle spojrzał na Carys. Dostać od kobiety na oczach innych, co za wstyd! Jego podwładni, czując, że za chwilę może być gorąco, rozstąpili się na boki. Morton podwinął rękawy i dobył swego miecza. Carys chwyciła za Lilarcora, którego nieopatrznie trzymał Raphael i zamierzyła się na Mortona. Rozległ się szczęk metalu o metal. -Spokój! - krzyknął Algernon, chwytając Mortona za ramię. -Więc wytłumacz, jeśli łaska, twojemu podwładnemu, że kobiet się nie bije! - krzyknęła Carys, dziobiąc ostrzem Lilarcora szyję szefa garnizonu. - Do niego najwyraźniej to nie trafia! -Mortonie! - Algernon spojrzał na podwładnego, który natychmiast schował broń, i skinął na strażników. - Zaprowadźcie ich do

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%