fantastyka · 14 min czytania
Podróż bez słońca - Rozdział 9
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Rozdział 9 CIEMNA PRZYSTAŃ
Uciekinierzy w pośpiechu opuścili pole bitwy i zabarykadowali się w pobliskim, odrapanym pomieszczeniu. Jak na ich gust, było ono trochę kiepską kryjówką w razie zmasowanego ataku, który niewątpliwie przypuści na nich Morton Vicius, ale nic innego w pobliżu się nie znajdowało, nie mieli więc wielkiego wyboru. Gdy nieco ochłonęli od ostatnich zdarzeń, zaczęli dokładniej lustrować miejsce obrane na tymczasowy "postój". Znajdowali się w jakimś starym, pustym magazynie, który zapewne od dawna nie był już do niczego wykorzystywany. Ze ścian, które kiedyś pomalowane były na jakiś ciemny, zapewne brunatny, kolor, odpadał tynk. Z sufitu, niczym wielkie zasłony, zwisały ogromne pajęczyny, przyprawiające o mdłości zwłaszcza Xiitane i złodziejaszków. Pachniało pleśnią, na domiar złego w miejscu, w którym siedzieli podłogę, a raczej to co z niej zostało, zalewała nie wiadomo skąd kapiąca woda. Brak oświetlenia nie pozwalał stwierdzić, co znajduje się w kątach. Nie było jednak wątpliwości, że ta wiedza okaże się zbędna. W wąskiej smudze światła, która przedostawała się przez małe i częściowo zabite deskami, okratowane okienka, uciekinierzy ledwo się widzieli w wszechobecnym mroku pomieszczenia. -Ohyda - syknęła Xiitane, marszcząc nos na niezbyt miłą woń pleśni i zgnilizny. - Co oni tu trzymali? Zgniłe ziemniaki?! Drizzt uśmiechnął się. -Co jak co, ale drowy tego nie znoszą. Ziemniaki są zbyt twarde na nasze zęby - wyjaśnił. Xii opadła szczęka na samą myśl o zjedzeniu surowych ziemniaków. Wątpliwa przyjemność. -A szkoda. Mielibyśmy fajną broń miotaną - westchnął Arew, wspinając się na wpół przegniłą skrzynię. Xiitane szybko zdjęła stamtąd urwisa w obawie, że może sobie zrobić krzywdę. -To co teraz robimy? - zagadnął Anaron, rozglądając się po towarzyszach. -Po pierwsze, musimy pozbyć się jego - Carys syknęła z odrobiną wściekłości w głosie, wskazując na Raphaela, który uczepiwszy się jej ramienia, ani myślał ją puścić. Drowka, na jej nieszczęście, znalazła się w największej kałuży niezbyt mile pachnącej wody i teraz, przemoczona do suchej nitki, rozpaczliwie szukała rozwiązania z tej idiotycznej sytuacji. Drowie uniformy były szyte ze strasznie cienkich materiałów, które bardzo szybko przemakały. Towarzystwo zrobiło szybką inwentaryzację swojego "dobytku", by stwierdzić, z czego w najbliższej przyszłości mogą skorzystać. -Zostało mi jeszcze trochę tego dynamitu - Dani poinformowała ze stoickim spokojem, wyjmując z torby niewinnie wyglądające laski łatwopalnej substancji. Raphael natychmiast puścił ramię Carys, obawiając, że rudowłosa może przetestować na nim skuteczność dynamitu, i przysunął się do Belda. Panna Velmondo odetchnęła z ulgą i schowała się za braciszkiem, by zejść z widoku natrętnemu drowowi. -Nie o to mi chodziło - zachichotała panna Paradise, widząc reakcję zakładnika. -A masz zapałki, lub cokolwiek innego, czym można by to odpalić? - zapytał rzeczowo Drizzt, wyglądając przez okratowane okienko. Było to jedyne okno, z którego mógł zorientować się w sytuacji panującej na zewnątrz, chociaż i przez nie nie mógł zobaczyć wszystkiego. Reszta otworów albo była zabita do reszty deskami, albo mieściła się w przeciwnej ścianie pomieszczenia i nie było z nich większego pożytku, gdyż jak Drizzt zdążył się już zorientować, po drugiej stronie budynku wznosiła się ściana przez którą raczej nie zdołaliby się przebić. Była tylko jedna droga ucieczki, którą właśnie zastawili ich przeciwnicy. Dani dokładnie przeszukała kieszenie. -Niestety nie - mruknęła z rezygnacją. -Więc pal licho ten dynamit! -Jeżeli państwo potrzebują... - wtrącił się Raphael, pobrzękując pudełkiem zapałek - to ja mam. Ale żądam zwrotu! - zastrzegł natychmiast, chowając swoją własność przed łapskami Aniego. -Kolego, dostaniesz od nas cały magazyn zapałek - zapewnił go Beld, i wyciągnąwszy pudełko z kieszeni drowa zanim ten to spostrzegł, rzucił je rudowłosej. - W naszych rękach nic nie zginie! - poklepał drowa po ramieniu. Raphael z lekkim niedowierzaniem spojrzał na złodziejaszka. -To kto ma jakiś plan? - zapytała Carys, mocno zaciskając dłonie na rękojeści Lilarcora. Milo przysiadł na wpółzgniłej skrzyni i zakrakał złowieszczo. Arew tylko wymiauczał coś pod nosem, próbując uwolnić się z objęć swej pani. Gdy bitwa wrzała, to miejsce było wyjątkowo niebezpieczne dla kota, który ani myślał obrywać w cztery litery. -Czekajcie, może zrobimy tak... - rzekł Anaron i zaczął reszcie wyjaśniać, co takiego wymyślił...
Tymczasem stojący na zewnątrz Morton Vicius wraz ze swą kompanią nie mógł wyjść z podziwu nad odwagą zdesperowanych przeciwników, którzy już od przeszło dwóch godzin barykadowali się w starym magazynie. Budynek był bliski zawalenia się, a w takim przypadku uciekinierzy nie mieliby żadnych szans. Drowy natomiast miałyby o wiele więcej zbędnej roboty, ale Morton miał nadzieję, że aż tak źle nie będzie. Poza tym jego przełożony - Algernon Schwarzentype chciał dostać wrogów żywcem. A zwłaszcza Drizzta Do'Urdena, wobec którego miał już pewnie plan. Morton jeszcze tak do końca nie porzucił myśli o awansie, a zaistniała sytuacja mogła mu pomóc odzyskać twarz w oczach szefa. Mogła, jeżeli ich złapie. Nareszcie dołączyły do nich posiłki, przysłane z garnizonu, i Morton, wziąwszy od jednego z nowo przybyłych tubę, po którą kazał posłać, wyszedł zza skał i odchrząknął. Jego ludzi było tyle, że uciekinierzy nie mieli żadnych szans ucieczki. Przez armię otaczającą magazyn nawet mysz by się nie prześliznęła. Morton zawołał przez tubę. -Daję wam dziesięć minut na opuszczenie magazynu i poddanie się. Jeżeli tego nie zrobicie, moi towarzysze rozwalą magazyn! Cisza. Żadnego odzewu. Morton ze zniecierpliwieniem spojrzał na swoich ludzi, którzy tylko czekali na jego sygnał, by roznieść magazyn na kawałki, i znowu zawołał przez tubę. -Macie jeszcze dwie minuty. Zwłaszcza ty, Drizzt - dodał bardziej bezwzględnym tonem - powinieneś przemyśleć sytuację i podjąć właściwą decyzję! Nie myśl, że znowu umkniesz odpowiedzialności! Nie tym razem! Algernon jest bardzo zawiedziony twoim zachowaniem, odmieńcu! Morton, podbudowany swoimi własnymi słowami i ufnością w siłę swych podwładnych, spojrzał władczo w kierunku starego magazynu. Drizzt był sprytnym lisem, ale tym razem sam wpakował się we własną pułapkę. Cień złowrogiego uśmiechu przebiegł po twarzy szefa garnizonu. Po chwili ze starego magazynu, z niepewnością w oczach wyszła jakaś postać z białą płachtą zaczepioną na krzywym kijku. Morton, już miał skoczyć z radości, gdy rozpoznał głos... swojego nieprzewidywalnego podwładnego. -Poddajemy się - wyjąkała postać, która okazała się być zakładnikiem Raphaelem. Drow niepewnie zbliżył się ku swojemu szefowi i wbił wzrok w czubki swoich przemoczonych butów. Wyglądał naprawdę żałośnie. -Ty idioto! Miałeś ich w garści i nic nie zrobiłeś?! Degraduję cię do zwykłego szeregowca! I to natychmiast! - ryknął Morton, mając zamiar zdzielić tubą…