Akcja · 15 min czytania
Podróż po Carskiej Rosji
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Biegła zbyt wolno. Dopadli ją zaraz za bramą Petersburgu. Szarpała się długo, złote loki wysunęły się spod czapki z białego futra, błękitne oczy, osadzone w delikatnej, bladej twarzy, wojowniczo ciskały piorunami od jednego do drugiego z oprychów. Trzeciego nie widziała, stanął za nią. Byli zbyt silni, nawet gdyby dosięgnęła schowanego z kozaku sztyletu, poharatałaby może jednego. Opadła bezsilnie w ich rękach. - Krasiwa dziewaćka... No no... - Rosjanin, stanąwszy naprzeciw uniósł jej twarz gwałtownie w stronę padającego z okna weneckiej willi światła. On sam nie przedstawiał zbyt ciekawego widoku. Połowę twarzy zasłaniały mu olbrzymie wąsy na których nadal było widać resztki jedzenia i sople, powstałe prawdopodobnie z resztek alkoholów, które przed chwilą pił, wskazywał na to nieświeży oddech. Miał małe, ciemne oczy, niemal ze wszystkich stron chronione przed zimnem grubymi zwałami tłuszczu. – Licko jak marzenie, oczy jak dwa błękitne talerze, nada się. Gdyby mogła, krzyczałaby o pomoc. Przerażenie wypełniło jej oczy, co z nią zrobią? Złapali ją na środku głównego traktu,prowadzącego do bramy Petersburgu, muszą być ponad prawem. Wiedziała, że jest zima i wielu ludzi przeniosło się do stolicy, ale w niektórych siedzibach świeciło się światło, rozbrzmiewała radosna muzyka i śpiewy. Gdyby tylko mogła krzyknąć... Ktoś wyjrzał przez okno, dziewczyna szarpnęła się gwałtownie, udało jej się oswobodzić jedną rękę. Błagalnie wyciągnęła ją w kierunku mężczyzny, ten jednak natychmiast ruszył w głąb pomieszczenia, jakby zmieszany tym, że cokolwiek zobaczył. Kim byli ludzie, którzy ją pojmali? Ponowne uchwycenie ręki nie było jednak tak proste, kobieta nie na darmo ćwiczyła gimnastykę od piętnastu lat. Błyskawicznie sięgnęła po sztylet. Jak umierać, to z honorem. Wykonała lekki piruet, aby odwrócić się przodem do oprycha, który nadal trzymał jej dłoń, wykonała krótkie cięcie przez środek twarzy, krew trysnęła na jej białe futro. Przeklęła w duchu. Wielki Rosjanin puścił ją i zakrył twarz rękami. Pozostałych dwóch cofnęło się, najwyraźniej nie byli przygotowani na taki obrót sytuacji. - Co ty, nie chcesz być oblubienicą cara? - zapytał wielkolud z wąsem, który najwyraźniej był przełożonym dwójki, która ją trzymała – Pomyśl... Jak ci tam... - spojrzał w jakiś dokument, który trzymał – Weroniko. Dziewczyna drgnęła. Skąd wiedzieli, jak miała na imię? Nie zamierzała niepotrzebnie ich zabijać, ani czekać, aż oni zrobią z niej siekaną dziczyznę. Pokręciła przecząco głową i zaczęła się wycofywać. Spojrzała w ciemną uliczkę między paryską kamienicą a wenecką willą, w której trwało przyjęcie. Cofała się tak długo, jak mogła, przenosząc wzrok z jednego napastnika na drugiego. Odwróciła się i pobiegła, po chwili padła na ziemię, nieprzytomna. *** Minęło kilka tygodni od czasu, gdy Weronikę przydzielono do dwórek carycy. Wszyscy wiedzieli, że piękna złotowłosa jest niema, podobnie, jak wszyscy słyszeli o jej niesamowitym talencie do rysowania. Caryca lubowała się w jej szkicach, car lubował się w niej samej. Strojona w jedwabie, często traktowana jak porcelanowa laleczka była chlubą Petersburgu. Jej garderoba była równie pełna, co samej władczyni. Zapraszano ją na podwieczorki do najznamienitszych mieszkańców stolicy, chana Achmeta, mounsier Żoko, Piacere Gioco, pastora Dienera. Mimo, ze sama była dwórką, miała swoje własne dziewczęta od ubierania, malowania, układania włosów. Swoje zażenowanie wyrażała często w karykaturalnych rysunkach, na których caryca pod wpływem zabiegów o których nie miała pojęcia, przemieniała się z żaby w damę. Ale wszystko uchodziło jej płazem. Była powszechnie kochana, nie tylko przez wysoko postawionych mieszkańców stolicy, ale także mniejszą szlachtę i handlarzy. - Oh, Weroniko! Jutro idziemy na lodowisko, bratać się z ludem! Czyż to nie wspaniale? - jej dwórka, Helena, uchwyciła ją za obie dłonie i zatoczyły szybkie kółko. Weronika jednak nie była zachwycona kolejnym wyjściem. Czuła, że znów nie zaśnie w nocy. Miasto było zlepkiem jej dziecięcych marzeń, a mimo tego było przerażające. Londyn, Wiedeń, Ateny, Daleki Wschód, Egipt... Zawsze pragnęła odwiedzić te miejsca, a zamknięto ją w sennym koszmarze, zwanym Petersburgiem. Manifest władzy cara, który był miejscem rzezi na jej pobratymcach. Na każdym kroku czuła śmierć, zionącą spod wylanych i wyłożonych kocimi łbami dróg. Kładąc się w swym olbrzymim łożu, widziała Litwinów, Polaków i rosyjskich chłopów, wycinających lasy, wkładających grube, dębowe bele w grząskie trzęsawisko. Ich spracowane dłonie, poprzecinane bruzdami, nie miały dość sił aby samodzielnie utrzymać siekierę, a co dopiero przenieść olbrzymi dąb. Obudziła się z krzykiem, zlana potem, odrzucała puchową kołdrę i ułożyła się na podłodze. Nigdy nie potrafiła sobie wybaczyć, że ludzie umierali przez tego człowieka. A ona? Służyła mu. Sypiała tuż obok sypialni cara, czasami nawet w niej, żyła w luksusach, o jakich wielu nawet nie śniło. I nie potrafiła nic z tym zrobić. Jak mogła zagrzać ludność do walki, jeśli nie mogła z siebie wykrztusić słowa? Spojrzała w stronę dużego lustra, wiszącego koło drzwi. Na sekretarzyku pod nim zauważyła stos kartek, wstała z podłogi. Długie, smukłe dłonie podniosły rysunek, przedstawiający nienaturalnie wykrzywioną orgazmem twarz cara, drugi musztrę, którą przeprowadził parę dni temu. Była tam, widziała wszystko. Cara przedstawiła jako małego chłopca, który bawiąc się w piaskownicy, katuje na śmierć chomiki. Zasypuje piaskiem, szczuje na siebie, zamyka w klatkach z piasku i ustawia w ciasnych rzędach. Biedne zwierzaki, pogodzone z losem, biernie poddawały się wszelkim zabiegom rozwydrzonego dziecka o twarzy upiora. Nienaturalnie duże, zakrwawione oczy uważnie przyglądały się małym, pulchnym paluszkom, usta wygięły się w karykaturalnym uśmiechu, ukazując nierówne, ostro zakończone zęby z długimi kłami. Gorączkowo przerzuciła kolejne, cienkie prawie jak pergamin, kartki. Caryca, dwórki, całe państwo! Te rysunki zawierały obraz państwa widzianego oczyma kogoś więzionego, pragnącego wolności. Zwinęła je ostrożnie, aby nie rozmazać węgla i schowała w szafce. Pomysł, który przyszedł jej do głowy, był szalony i prawdopodobnie skazywała się w ten sposób na szafot. Ale wiedziała już, że bez względu na konsekwencje podejmie się tego czynu. *** Długie, czarne futro skutecznie ukryło antycarskie rysunki. Złote loki upięła wysoko i skryła pod czapką. Przyłożyła ucho do ściany, za którą spał monarcha. Usłyszała miarowe chrapanie carycy i nierówny, płytki oddech cara. Westchnęła cicho, teraz albo nigdy. Otworzyła drzwi swojej komnaty i na palcach ruszyła w kierunku kuchni. Ukłoniła się delikatnie pracującym tam kobietom i wyszła na zewnątrz. Przeszywający, zimny wiatr ogarnął jej drobne ciało. Otuliła się szczelniej płaszczem. W nocy śnieg okrył całą ziemię grubszą niż zwykle warstwą, więc Weronika z trudem przedarła się przez nieodśnieżoną alejkę, prowadzącą do stajni. Osiodłała swoją białą klacz. Śnieg wyciszył odgłos kopyt, który zwykle niósł