Podróże · 24 min czytania
Podróż rozdział 8
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Kolejny dzień zapowiadał się ciekawie- bieganiem po różnych instytucjach i załatwianie naszego ślubu. Wspólnie z Johnem pojechaliśmy do urzędu stanu cywilnego załatwić formalności, później załatwiliśmy formalności kościelne. Pozostała kwestia miejsca, gdzie odbędzie się ceremonia ślubna i wesele. John miał różne pomysły, jednak mi spodobał się jeden, w wyjątkowym miejscu. Chciałam wesele w hotelu z widokiem na rzekę Hudson. Ogromne okna, przez które widać było całą panoramę. Piękna sala, która mogła pomieścić setki gości. Do góry pokoje, w których mogliśmy wszystkich zaproszonych zakwaterować, czego więcej chcieć. John zgodził się ze mną. Zajęłam się przygotowaniami, organizacją. John wynajął firmę specjalizującą się w organizacji ślubów. Ja nie za bardzo wiedziałam, gdzie co mogę załatwić, więc było to ogromne ułatwienie. Miałam do pomocy dwóch doradców, kobietę i mężczyznę, urocze osoby, bardzo profesjonalne i znające się na rzeczy. Wybieraliśmy wspólnie wszystko, nie do końca się we wszystkim zgadzaliśmy, ale zawsze mogliśmy dojść do porozumienia. Oni podpowiadali mi co jest w tej chwili w modzie, co jest na topie, a ja albo się na to zgadzałam albo nie. Nie byłam wybredna, rozkapryszona, nie należę do takich ludzi, nawet pieniądze Johna mnie nie zmieniły, co bardzo zaskoczyło moich pomocników. Stwierdzili, że tak dobrze im się jeszcze nie pracowało. Jeszcze nigdy nie mieli do czynienia z tak spokojną panną młodą, która wie czego chce, wie jak co ma wyglądać, nie wyzywa ich i nie kłóci się do upadłego. Byłam w szoku, z jakimi ludźmi przyszło im pracować. Przecież to jest normalne, że jest się miłym dla innych, że ma się ochotę dogadać i dochodzić wspólnie do kompromisów, a nie nadzierać, tylko dlatego, że ma się większą ilość pieniędzy. A może to normalne tylko dla mnie. Ja jako osoba z twardym charakterem, ale z wyrobionymi zasadami, zachowywałam się tak, jak zawsze, nic nie było w stanie zmienić mojego zachowania. Wybierałam kwiaty, chciałam wszędzie kremowe i delikatne różowe różyczki, przeplatane białymi liliami, miały być wszędzie gdzie to możliwe, chciałam, żeby ich piękny zapach unosił się w całej sali. Muzykę chciałam na żywo, miała być kapela, z saksofonem, gitarą, perkusją, grającą niebyt głośno, jak to zwykle można oglądać w amerykańskich filmach. Menu też wybierałam, trochę potraw znanych mi i mojej rodzinie, tradycyjnych, sprowadziłam produkty z Polski i dwóch kucharzy, którzy mieli przygotować polską kuchnię, resztę bardziej egzotyczną przygotowywali kucharze zatrudnieni w tym hotelu. Miały być owoce morza, różne owoce, te z Hawajów oczywiście też. Chciałam, żeby każdy gość na weselu był zadowolony. Zaproszenia na ślub chciałam autorskie, dlatego uczestniczyłam w całym procesie tworzenia, od wyboru papieru, po wydruk, czcionkę, pakowanie do kopert. Wybór środka transportu zostawiłam Johnowi, bo stwierdził, że chciałby mi zrobić niespodziankę. Sala miała być przystrojona na biało, gdzieniegdzie przeplatane kolorem kremowym. Biały jest odpowiednim kolorem na ślub, nie pasowały mi melanże wprowadzane do sukien ślubnych, kolorowe buty. Chciałam, żeby było tradycyjnie. Obrączki mieliśmy wybrać razem z Johnem. No i najważniejsze- sukienka. Chciałam skromną, nie białą, bo w końcu nie byłam panienką, ale kremową z koronką i kamieniami svarowskiego. Moi wspaniali pomocnicy zawieźli mnie do salonu sukien ślubnych znanej projektantki i tam zostawili. Miałam cały dzień na to, żeby obejrzeć, przymierzyć, zastanowić się co mi się podoba, w czym chciałabym wystąpić, w czym miało mi być wygodnie- oczywiście krawcowa miała doradzić i uszyć suknię specjalnie dla mnie. Musieliśmy też zająć się wyglądem mojego przyszłego męża- Johna, który cierpliwie znosił to, że musiał kilkanaście razy się przebierać, powiedział tylko, że chce, żeby mi się podobało- On na wszystko się zgodzi. Umówili mnie też spotkanie z całym sztabem najlepszych stylistów, makijażystów, fryzjerów. Byłam całkowicie pochłonięta przedślubnym szaleństwem, pamiętałam jednak o tym, że muszę lecieć do Polski i załatwić swoje sprawy. John obserwował mnie z boku i tylko się uśmiechał, powtarzał mi, że jest bardzo szczęśliwy, i widzi, że to był dobry wybór. Dziękował przeznaczeniu, że znalazłam się na tamtej imprezie. Muszę przyznać, że ja też dziękowałam losowi za to spotkanie. Wtedy wydawało mi się, że poznałam bufona a później nie byłam w stanie bez Niego żyć. ASIU…. KOCHANA…. PAMIĘTAJ, ŻE JESTEM…. Kiedy już dopięliśmy najważniejsze rzeczy na ostatni guzik, odebraliśmy zaproszenia, sukienka była już prawie gotowa, Johna smoking również, spakowaliśmy się i polecieliśmy do Polski. Zadzwoniłam do mamy, że będziemy niebawem u nich, bardzo się ucieszyła. Byli trochę zdenerwowani tym, że John przyjedzie ich poznać. Ciekawa byłam jak odbierze moją rodzinę. W końcu nasze życie w Polsce wyglądało inaczej niż Jego. Kiedy przyjechaliśmy, na lotnisku czekało na nas auto, które zawiozło nas bezpośrednio do mojego domu. Powiedziałam Johnowi, że pozna teraz mój świat. Świat, który rozpadł się na kawałki, ale próbuję go z Nim odbudować. Kiedy podjechaliśmy stwierdził, że dom jest piękny. Był ciekaw jak go urządziłam. Kiedy weszliśmy do środka westchnął głośno z zachwytem. Powiedział, że od samego wejścia widać, że w tym domu była miłość, wzajemny szacunek i dobroć. Mówił, że ten dom oddaje to jaka jestem ja, ciepło i szczęście. Oprowadziłam Go po domu, opowiedziałam o każdym jego zakątku, o tym jak znalazły się w nim poszczególne rzeczy. Bałam się wchodzić na górę, gdzie były sypialnie dzieci i nasza z Jankiem. Tam kryło się wszystko co najlepsze, ale też to co najbardziej bolesne. Powiedziałam o swoich obawach Johnowi, przytulił mnie i powiedział, że nie musimy tam wchodzić. Po chwili stwierdziłam, że nie ma sensu tego przedłużać. Weszliśmy na górę, oprowadziłam Go, pokazałam jak wyglądało nasze życie. Było mi smutno, obudziły się wspomnienia. Zaproponowałam Johnowi, żebyśmy pojechali na cmentarz. Zgodził się bez problemu. Na cmentarzu pięknie udekorowany pomnik najdroższych mi osób, mama o wszystko zadbała. Ja zapaliłam znicze, przywiozłam też bukiet świeżych róż. John chwilę postał ze mną, ale stwierdził, że chce dać mi trochę czasu, żebym mogła podumać i porozmyślać. Był taki wyrozumiały. Siedziałam na ławeczce i rozmawiałam z kochanymi chłopakami: Cześć Kochani, co u Was? Bardzo mi Was brakuje. Myślę o Was cały czas i Kocham nade wszystko. Wierzę, że patrzycie na mnie z góry i wspieracie mnie we wszystkim co robię. Jeśli będę robić coś nie tak, dajcie mi znak. Jesteście i zawsze będziecie dla mnie ważni. Chłopcy nie przysparzajcie tacie wielu trosk, chociaż wierzę, że jesteście aniołkami. Bardzo Was Kocham i cały czas zadaję sobie pytanie dlaczego tak się stało, dlaczego Was nie ma a ja zostałam. Czy to jest dla mnie kara? Pewnie tak, bo ból po Waszej stracie jest tak ogromny, że nie da się tego opisać. Teraz powoli zaczynam układać sobie życie i mam nadzieję, że Wam to nie przeszkadza. Mam nadzieję, że John jest Waszym zdaniem odpowiednim mężczyzną, z którym mam być. Janek wiem, że zawsze chciałeś mnie tylko dla siebie. Chciałabym, żeby tak było, ale John jest dla mnie dobry i Kocha mnie. Ja też się zakochałam. Planujemy ślub. Kochanie zawsze będziesz mi drogi, zawsze będę Cię kochać ale chyba czas, żebym zaczęła żyć. Czuwajcie nade mną. Wspierajcie mnie. Kocham Was Bardzo. Odwiedzę Was jeszcze przed powrotem do Stanów. Kocham Was Moje Anioły. ASIU… KIEDY SIĘ OBUDZISZ? CZEKAMY NA CIEBIE… Wróciłam do auta, John czekał cierpliwie, otarł mi łzy z policzków i pojechaliśmy do moich rodziców. John kupił dla mojej mamy przepiękny bukiet kwiatów, dla taty przywiózł z Nowego Jorku bardzo drogiego koniaka. Moi rodzice przywitali nas bardzo ciepło. Mama była bardzo ciekawa Johna, tata zresztą też. Zjechała się cała rodzina, żeby Go poznać. Wszyscy byli zachwyceni. Każdy dopytywał jak jest za wielką wodą, jak mi się spodobał Nowy Jork i czy nie żałuję. Opowiadałam im bardzo długo o moich wrażeniach, wszyscy oglądali zdjęcia, które robiłam podczas całego pobytu. Każdy słuchał i oglądał z wypiekami na twarzy. Mama cieszyła się, ale z drugiej była smutna, że chcę tam zamieszkać na stałe. Zawsze wyobrażała sobie, że córka będzie z nimi i na starość będę się nimi opiekować. Zapewniłam ich, że jeśli wyrażą tak chęć to mogą się do mnie przeprowadzić, ale moi rodzice są jak stare drzewa, których już się nie przesadza. Bardzo podziękowałam całej rodzinie za tak liczne przybycie i wręczyłam wszystkim zaproszenia na nasz ślub. Byli zaskoczeni, ale chętni na ten wyjazd. Powiedziałam, że mają się nie martwić o koszty, ponieważ będą mieli zapewniony przelot, pobyt w hotelu, wyżywienie i wszystko, co będą chcieli. Radość była ogromna. Szczególnie moje bratanice bardzo się ucieszyły, że będą mogły zobaczyć Nowy Jork. Wszyscy byli zdziwieni, że nie chcę ślubu w Polsce, ale długo nie musiałam tłumaczyć, wystarczyło, że zobaczyli zdjęcia i przekonali się, że to dobra decyzja. Ten dzień był wyjątkowy. Rodzina bardzo polubiła Johna, a John był zachwycony całą rodziną i atmosferą panującą podczas naszego spotkania i całego dnia. Bardzo mu smakowało jedzenie, które przygotowała moja mama, było typowo polskie. Niektórych potraw nigdy wcześniej nie jadł. Siedział i obserwował nas wszystkich, jak przekrzykujemy się, jak wspominamy, jak śmiejemy się. Wieczór był niesamowity, piliśmy przepyszną herbatę z malinami, jedliśmy kanapki, przygotowane przez mamę, najlepsze na świecie. Wszędzie paliły się świece, kadzidła, było bardzo klimatycznie. Kiedy wracaliśmy do mojego domu na noc John był zamyślony, nie odpowiadał na moje pytania, wiedziałam, że muszę zostawić Go na chwilę i dać czas. Kiedy byliśmy w domu wyszedł na ogród, usiadł w hamaku i rozmyślał. Ja rozpaliłam ogień w kominku, zaparzyłam dzbanek pysznej herbaty, dodałam miodu i cytryny i włączyłam spokojną, muzykę relaksacyjną, ubrałam dres i grube wełniane skarpety zrobione przez moją mamę i usiadłam na grubym kocu. Niegdyś uwielbiałam tak przesiadywać przy kominku. Nie popędzałam Johna, chciałam, żeby miał czas przetrawić to, co zobaczył, to, co czuł, nie wiedziałam czy się odnalazł w tej sytuacji. Po jakiejś godzinie wszedł do domu, przebrał się w dres, nalał sobie herbaty i usiadł przy mnie. Objął mnie mocno i powiedział: - dziękuję! Dziękuję za ten dzień, za tą atmosferę, za Ciebie i Twoją rodzinę. Jestem ogromnym szczęściarzem, że Ciebie poznałem. Chcę przebywać z Nimi jak najczęściej, masz wspaniałą rodzinę. Fajnie było patrzeć, jak siedzicie, jak razem śmiejecie się i rozmawiacie. Nawet kiedy moi rodzice żyli nigdy nie miałem takiej rodziny. Siedzieliśmy przy stole z najnowszej kolekcji, mieliśmy piękną, drogą zastawę, siedzieliśmy prosto, pięknie ubrani, rodzice rozmawiali ze sobą oschle i na tematy służbowe. Nigdy nie było głośnych śmiechów, podpierania się łokciami, mówienia z pełną buzią. Wszystko było sztywne i zaplanowane. To nie było prawdziwe życie. Miałaś szczęście, że wychowałaś się w takiej rodzinie, w takiej atmosferze. Jesteś cholerną szczęściarą! Teraz nie żałuję, że Oni wszyscy przyjadą do Nowego Jorku na nasz ślub. Bo wiem, że Twoja rodzina nada klimat tej uroczystości. Jestem tego pewien. Kocham Cię, - też Cię Kocham i dziękuję. Wtulona w Jego ramiona, szczęśliwa, siedziałam i uśmiechałam się do siebie. Przykryłam nas kołdrą i zasnęliśmy przy kominku. Dawno nie czułam się tak spokojna, szczęśliwa. Tej nocy śnili mi się moi chłopcy. Chyba odwiedzili nasz dom, żebyśmy mogli pobyć w nim razem ostatni raz. Byli uśmiechnięci, cali w bieli. Moje anioły. Przybiegli do mnie, kiedy siedziałam przy kominku, przytuliliśmy się, a później bawiliśmy się i graliśmy w gry, jak za dawnych czasów. Na koniec odeszli w oślepiające światło, machając mi radośnie. ASIU… KOCHANIE…. OBUDŹ SIĘ… Następny dzień minął pod znakiem lenistwa.…