Fantasy · 22 min czytania
Podróż szalonego marynarza
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Dawno, dawno temu, gdy świat był inny niż teraz i działy się na nim rzeczy niezwykłe, żył pewien marynarz, którego wszyscy mieli za szaleńca. Było tak, ponieważ otwarcie przyznawał, że ma tylko dwa marzenia: pierwszym było dotarcie do linii horyzontu i dotknięcie miejsca, w którym niebo styka się z wodą; drugim zaś było umrzeć. Nie, nie przesłyszeliście się! Podczas gdy dzielni rycerze, wytrwali badacze i ciekawi świata podróżnicy tracili życie na poszukiwanie nieśmiertelności, on cieszył się na myśl, że pewnego dnia śmierć przyjdzie po niego. Ludzie pukali się w czoło i patrzyli na niego z politowaniem, radzili mu, żeby znalazł sobie żonę, ustatkował się i znormalniał trochę. On jednak zupełnie nie przejmował się tym, co o nim mówili, nie interesowało go nic oprócz jego dwóch marzeń. Tylko o nich potrafił myśleć, a reszta była nieważna. Jedyne, co go martwiło, to czas; obawiał się, że umrze, nim zdoła dopłynąć do horyzontu. Kapitanowie wszystkich statków, na jakie się zaciągał, pływali po określonych trasach z portu do portu i nie chcieli nawet słyszeć o rejsie w poszukiwaniu granicy morza i nieba. Marynarz zrozumiał, że nikt mu nie pomoże i będzie musiał wziąć sprawy w swoje ręce. Przez wiele lat oszczędzał każdy grosz, aż w końcu udało mu się kupić niewielki, stary już stateczek, wraz z niezbędnymi zapasami na jeden długi rejs. Nazwał go „Białą Damą” i pewnego dnia, gdy nareszcie wszystko było gotowe, opuścił dotychczasową służbę, by wypłynąć w samotną podróż, o której marzył od czasów młodości. Skierował dziób „Białej Damy” wprost na odległy horyzont i rozpoczął swój wielki rejs, żegnany cichnącymi rykami śmiechu kolegów marynarzy. Płynął przez wiele dni, jednak ocean wokół niego był zupełnie pusty, a horyzont tak samo odległy jak zawsze. Aż w końcu pewnego ranka, gdy na idealnie błękitnym niebie nie błąkała się ani jedna chmurka, a powietrze było zimne i czyste, zobaczył na horyzoncie ląd. Natychmiast skierował tam swój statek, mając nadzieję uzupełnić zapas słodkiej wody, a także znaleźć jakichś ludzi; od dawna już z nikim nie rozmawiał i tęsknił za dźwiękiem ludzkiego głosu. Rzucił kotwicę i łódką popłynął na brzeg, tam jednak spotkał go zawód. Jak okiem sięgnąć, widział jedynie wąską plażę i wysokie klify porośnięte rzadką trawą. Oprócz szumu fal i szumu wiatru nie słyszał nawet pisków mew, zupełnie jakby to wybrzeże, nie licząc nędznej trawy, było całkowicie pozbawione życia. Mimo to ruszył wzdłuż brzegu, szukając jakiegoś słodkowodnego źródła. Szedł długo, ale w otaczającym go krajobrazie nic się nie zmieniało, a klify sprawiały wrażenie ciągnących się w nieskończoność. Po godzinie, gdy był już bliski zawrócenia, natknął się na… drabinę, której jeden koniec był zakopany w piasku, a drugi opierał się o skały, prowadząc na szczyt klifu. Zaintrygowany marynarz ruszył w górę. Drabina była stara, skrzypiała i chwiała się na wszystkie strony, ale udało mu się szczęśliwie ją pokonać. Stanął na trawie i rozejrzał się. Wokół było zupełnie pusto, prawie jak na oceanie, z tą tylko różnicą, że daleko przed nim majaczyło coś jakby chata. Bez wahania poszedł w jej kierunku. Chatka była niewielka, zbudowana z kamieni najróżniejszych kształtów i rozmiarów, z dachem krytym strzechą i niewielkimi ciemnymi okienkami. Nie otaczał jej żaden płot ani ogród, drzwi również nie było widać. Zbliżył się, by okrążyć dziwny domek, gdy nagle wyraźnie usłyszał dobiegający z wnętrza płacz kilku niemowląt. Znieruchomiał, niepewny co robić, a tymczasem gdzieś z tyłu trzasnęły drzwi i zza rogu wyszła kobieta, patrząc na niego podejrzliwie. Była niska i tęga, dłonie miała spracowane, a na zmęczonej twarzy sporo zmarszczek. Jej ubrania były brudne i zniszczone, a czarne włosy tłuste i skołtunione, choć jeszcze bez śladu siwizny. Przyjrzała się uważnie marynarzowi, wycierając jednocześnie dłonie o spódnicę i szorstko zapytała: - Czego tu chcesz? - Ja… - zająknął się marynarz - dopłynąłem tu przypadkiem, więc chciałbym się tylko dowiedzieć, gdzie jestem i czy daleko stąd do linii horyzontu. - Słucham? - Eee..do horyzontu. Szukam miejsca, gdzie morze i niebo się stykają. Czy wiesz może gdzie to jest? Kobieta popatrzyła na niego, jakby chciała się upewnić, czy nie żartuje. Po chwili uśmiechnęła się, najwyraźniej przyszedł jej do głowy dobry pomysł. Pokręciła głową. - Niestety, nie wiem, gdzie to jest – powiedziała – ale mogę dać ci coś, co pomoże ci w poszukiwaniach. Jednak, żebym mogła po to pójść, będziesz musiał przez chwilę zająć się dziećmi. Gdy tylko marynarz usłyszał, że mogłaby mu pomóc, był już gotów zrobić dla niej wszystko. Nie wahał się ani chwili i wszedł za nią do domku przez znajdujący się z tyłu otwór służący za drzwi, a sięgający mu zaledwie do piersi. Wnętrze było mroczne i prawie puste, jeśli nie liczyć łóżka, pieca oraz wielkiej kołyski, w której leżały obok siebie trzy płaczące niemowlęta. Podchodząc do nich, zobaczył zamkniętą klapę prowadzącą do piwnicy, ale szybko o niej zapomniał, gdy spojrzał na dzieci. Były to trzy dziewczynki: małe, bezwłose i brzydkie. Jednak najdziwniejszy był kolor ich skóry. Pierwsza dziewczynka była czarna jak węgiel, druga trupioblada, a trzecia czerwona. - Trojaczki mojej córki – powiedziała kobieta z zadowoleniem. Niedawno się urodziły i ja się nimi opiekuję - machnęła ręką. - Zajmij się nimi przez chwilę, a ja znajdę coś dla ciebie. I zanim marynarz zdążył zapytać, co właściwie ma robić, otworzyła klapę i zniknęła w piwnicy. Ostrożnie spróbował wziąć białą dziewczynkę na ręce i uspokoić ją, żeby przestała płakać, ale gdy tylko jej dotknął, stało się coś dziwnego: w chatce zrobiło się nagle przeraźliwie zimno. Odskoczył od niej, ale nie dość szybko, by nie poczuć, że jej skóra również jest lodowata. Po chwili znowu zaczęło robić się ciepło, ale nie miał już odwagi, by spróbować dotknąć jej po raz kolejny. Zamiast tego bardzo powoli i ostrożnie zbliżył się do czarnego niemowlęcia. Historia się powtórzyła, z tą różnicą, że dotykając jej, sparzył się w palce, a wokół niego zaczęło robić się nieznośnie gorąco. Teraz już naprawdę przerażony, uciekł w kąt jak najdalej od nich, zastanawiając się, czy nie lepiej byłoby jednak zostawić te dzieci oraz kobietę i jej dom i odejść stąd jak najszybciej. Odetchnął głęboko, żeby się uspokoić i po dłuższej chwili ciężkiej, wewnętrznej walki postanowił mimo wszystko zostać. Ostatecznie to były tylko malutkie dzieci, nie mogły mu zrobić nic poważnego, a ich babka obiecała pomoc. Ta obietnica była zbyt cenna, by ją zaprzepaścić ze strachu przed niemowlakami. Ponownie zbliżył się do kołyski, ale nie próbował już dotknąć którejkolwiek z dziewczynek, tylko stał i czekał, starając się ignorować ich płacz. Po kilku minutach zmęczona kobieta wróciła z piwnicy, w rękach niosła dwie nieduże buteleczki. Zerknęła na niego i na dzieci, które natychmiast przestały płakać, po czym odłożyła jedną butelkę na łóżko, a drugą mu podała. - Proszę – powiedziała. – Boisz się, że umrzesz, nim dotrzesz do horyzontu, prawda? Niestety nie wiem, gdzie to jest, więc nie pomogę ci go odnaleźć, ale mogę dać ci pewność, że kiedyś spełnisz to marzenie. Wziął buteleczkę i przyjrzał się jej. Wyglądała na starą, a w środku znajdowało się kilka łyków niebieskiego płynu. - Co to jest? – zapytał. - To eliksir, który sprawi, że nie umrzesz, dopóki na własne oczy nie ujrzysz tego, o czym marzysz – odpowiedziała. - Dopóki nie dotkniesz miejsca, gdzie niebo łączy się z oceanem, możesz być pewien, że śmierć cię nie zabierze. Marynarz nie wiedział co odpowiedzieć. Spodziewał się różnych rzeczy, ale na pewno nie czegoś takiego. - To prawda? – wyszeptał. – Wypiję to i nie umrę, dopóki nie odnajdę horyzontu? Skinęła głową. - Teraz jesteś wolny – powiedziała. – Nie musisz już lękać się upływającego czasu, bo on nie będzie miał na ciebie wpływu. Będziesz mógł szukać tak długo, jak długo okaże się to konieczne. Słyszał jej słowa, ale wciąż nie mógł uwierzyć. To zdawało się zbyt niewiarygodne, by mogło być prawdziwe. Odkorkował butelkę, gotów wypić jej zawartość, ale zawahał się, przyszło mu do głowy jedno pytanie, coś, o czym nigdy wcześniej nie myślał: co się stanie, jeśli nigdy nie odnajdzie horyzontu? Czy będzie wiecznie błąkał się po morzach? Wzdrygnął się i szybko odrzucił tę myśl. Oto trzymał w ręku wielki skarb, gwarancję, że uda mu się dotrzeć do celu. Nie mógł teraz zacząć wątpić. Wziął głęboki oddech i jednym haustem wypił eliksir. Ledwo go przełknął, poczuł jak jakieś ciepło, jakaś siła wypełnia jego ciało. Miał wrażenie, że jest inny, zmieniony, choć nie potrafił powiedzieć, na czym ta różnica polega. - Czujesz? – zapytała z uśmiechem kobieta. – Teraz możesz spokojnie wyruszyć w dalszą podróż. Skinął głową, drżącą ręką oddał jej butelkę i otworzył usta. Chciał podziękować, ale nie bardzo mógł znaleźć słowa. Wydawało mu się, że cokolwiek powie, będzie to o wiele za mało, biorąc pod uwagę, co dla niego zrobiła. - Czy… czy będę mógł… jakoś się odwdzięczyć? – wydusił w końcu. - Ale nie musisz – odpowiedziała, wciąż tak samo uśmiechnięta. – Lubię ludzi, którzy mają odwagę spełniać swoje marzenia. A jeszcze bardziej lubię im pomagać. Podeszła w stronę otworu służącego za drzwi, odwróciła się i spojrzała na niego. – Chyba powinieneś już iść – rzekła. Twój statek czeka na ciebie, a ja nie mogę ci dać nic więcej. Tak to jest, że dzieci pochłaniają cały czas i energię. Powodzenia marynarzu. Trochę go zaskoczyło tak nagłe pożegnanie, ale gdy zerknął na trojaczki, doszedł do wniosku, że może rzeczywiście lepiej będzie już iść. Podziękował jej serdecznie, choć nieco drżącym głosem, ukłonił się i wyszedł na zewnątrz. Wszystko wyglądało tak samo. Trawy szumiały na oszałamiająco gładkiej i bezkresnej przestrzeni, a domek jako jedyny burzył tę monotonię. Ruszył tam, skąd przyszedł – w kierunku morza. Łatwo odnalazł drabinę, zszedł po niej na plażę i poszedł wzdłuż wybrzeża z powrotem na „Białą Damę”. Podniósł kotwicę i wypłynął, po krótkiej przerwie na nowo rozpoczynając swe poszukiwania.
*
Po kilkunastu dniach żeglowania dopłynął do niewielkiej, w całości porośniętej gęstym lasem wyspy, rzucił kotwicę i zszedł na ląd, licząc, że powtórzy się historia z kobietą opiekującą się trojaczkami i znowu spotka kogoś, kto pomoże mu w znalezieniu nieuchwytnego celu podróży. Gdy tylko zagłębił się w las, zorientował się, że trafił w dość niecodzienne miejsce. Pomiędzy drzewami latało mnóstwo małych, fioletowych ptaków, wielkości mniej więcej jego pięści, ale za to wyposażonych w ogromne żółte dzioby, których ciężar ich nieduże skrzydła ledwie unosiły. Na dodatek te dziwne ptaki były dosłownie wszędzie, siedziały na gałęziach, chodziły po ziemi, grzebiąc w niej pazurami w poszukiwaniu robaków i cały czas skrzeczały, tak, że hałas był nie do wytrzymania. Co jeszcze bardziej go zaskoczyło, to fakt, że patrzyły na niego zupełnie bez strachu, ani nie uciekając, ani nie atakując, zupełnie jakby był jeszcze…