Podróże · 14 min czytania
Podróże zakonnika
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Nastał świt. Słońce błogo ogrzało twarz Alberta. Zbudziwszy się, zaczął prostować kości i rozgrzewać zziębnięte członki pocierając o siebie ręce i nogi. Zaspane, żądające snu oczy bolały niemiłosiernie. Młody mnich począł trzeć je rękawem habitu. Nie wiele to dało, prócz tego, że przestały łzawić. Ociężale podniósł się z ziemi, wyprostowując obolałe ciało. Zerknął na jeszcze tlące się ognisko, z którego unosiły się strugi dymu. Ostrożnie zszedł po stromych ścianach niewielkiego wzgórza, na którym nocował. Znalazł się na utwardzonej drodze. Zorientował się w położeniu słońca na niebie i ruszył piaszczystą ścieżką ku północy. Z wielkim uśmiechem na twarzy słuchał porannego śpiewu ptaków fruwających nad koronami drzew. Po cichu rozpoczął modlitwę: ''Zdrowaś Maryjo, łaskiś pełna..", mijając przydrożną karczmę zbudowaną z ciemnego drewna. Szyld nad drzwiami przedstawiał pochylony kufel z piwem, a pod nim napis : Pod pijanym kuflem. Nie zdążył jeszcze powiedzieć "amen", kiedy doszły go czyjeś krzyki: - Oddawaj moje pieniądze! Piłeś u mnie całą noc, śmierdzący złodzieju - wykrzyczał gruby, łysawy mężczyzna w brudnym obraniu. Płowy wąs sterczał mu nad wykrzywionymi złością wargami. - J-jjjjjja nic nie, nie, nieeee mam - zatoczył się młodszy, wyraźnie pijany człowiek w ciemnozielonym płaszczu. Mrużył na wpół śpiące, podkrążone oczy. Kasztanowy włosy opadające na szyję i wyraźne rysy twarzy czyniły go osobą bardziej podobną do szlachetnego rycerza, gdyby nie wątła postura, niż do pijaka i złodzieja, na co z kolei wskazywał poszarpany i zmoczony ,najpewniej piwem, ubiór. - Jakkkkbym miał, to, to bym ciii oddał. - To po coś chlał, jak wiedziałeś, że nie możesz zapłacić!? - Oddam... - zaczął uporczywie patrzeć w ziemie. - Ha, wiadomo że oddasz. Jeszcze nikomu nie poszło płazem ograbianie mojej karczmy, nikomu! Już ja ci pokaże, co się z tobą stanie, jeśli zaraz nie dostanę moich pieniędzy. - Złapał pijanego gościa za kołnierz, jednocześnie przymierzając się do zadania ciosu. W tej chwili młodzieniaszek złapał niesłychanie chyżo, jak na kogoś, kto ledwie może ustać, prawicą za rękojeść sztyletu zatkniętego za pas. Stalowe ostrze zawisło w powietrzu. "Tego już za wiele - powiedział pod nosem Albert". Przebiegł trzy metry i wydał z siebie potężny ryk: - Natychmiast przestańcie! W imię Pana Miłosiernego, złóżcie broń! Obaj spojrzeli ze zdziwieniem na zakonnika. Wydawało się, że już się pogodzą, a awantura odejdzie w niepamięć, gdy masywniejszy, łysy mężczyzna, jakby przypomniał sobie, że nad jego głową wciąż wisi sztylet, odkrzyknął: - Ja mam tylko pięści, ale i tak roztrzaskam temu gnojkowi zapijaczony łeb. I nie zważając na wymierzone w niego ostrze, właściciel karczmy wyrżnął w nos młodego dłużnika. Ten bezwiednie upadł na ziemię. Sztylet wylądował w pobliskiej kępie trawy. Karczmarz już chciał skoczyć ku rozbrojonemu przeciwnikowi, gdy między nimi stanął mnich. Wyciągnął ręce na znak, aby zaprzestali walki. - Daruj mu - wskazał na zakrwawionego pijaka. - Nie ma broni ani siły do walki. W imię Pana Naszego, okaż mu łaskę! Napastnik opamiętał się. Rozluźnił pięści i uspokoił oddech. W końcu westchnął i już zupełnie opanowanym głosem powiedział: - Masz rację. Ja ochrzczony, nie żaden poganin - splunął na ziemię. - Nie będę sumienia sobie brudził dla takiego... Ale tego sztyletu już nigdy na nikogo nie podniesie! Karczmarz podniósł ostrze z ziemi, a Albert odetchnął z ulga. Odkąd pamiętał, nienawidził przemocy. Był to jedna z przyczyn złożenie ślubów zakonnych. Jego duszę zalała ciepła fala radości - zapobiegł, kto wie, może nawet zabójstwo. Czuł, iż spełnił swoją powinność. "Jeśli nie duchowni, to kto powinien nieść pomoc potrzebującym?" Serce zalała mu duma, przypomniawszy sobie przypowieść o miłosiernym Samarytaninie. Przez chwilę zapomniał, że u jego nóg wciąż leży ten zakrwawiony biedak. Odwrócił głowę ku młodemu mężczyźnie. Złapał go pod ramię i pomógł wstać. Ten zaraz zatoczył się po raz wtóry i legł na trawie. "Niech się prześpi, wytrzeźwieje. Nic mu się nie będzie - pomyślał sobie". Tymczasem przedstawiwszy się sobie z karczmarzem, weszli do środka.. W karczmie nie było nikogo. Usiedli na ławie przy największym stole, gdzie wciąż stały puste kufle po poprzednim gościu (tym samym, który teraz spał na zewnątrz) i palące się świece, z których obficie lał się wosk. Zasiedli przy piwie, a Mścisław, bo tak na imię miał karczmarz, zdusił płomienie świec między palcami i zagaił: - Ach, mówię ci ,bracie, co ja się mam z takimi jak on. Przychodzą, piją, ciągle się tłuką i w gospodzie, i na zewnątrz. Czasem zawita jakiś rycerzyk, to w okamgnieniu robią z niego swego druha, byle opić się i historii rycerskich posłuchać. Taki panicz wielki od razu gębę cieszy, że ktoś jego zmyślonych opowiadań słucha. Żebyś, mnichu, słyszał takiego jednego, był tu przeszło dwie niedziele temu. Co za głupoty wygadywał... że on to zabił pięć smoków na Mazowszu, że jakiegoś olbrzyma morskiego na Pomorzu zadusił rękoma gołymi, że u Rusinów widział chochliki, skrzaty i nimfy leśne! A te moczymordy we wszystko, jak leci, uwierzyły bez wahania. Potem jeden oprych z drugim, jedyni z krztą rozumu chyba, zaczęli pić z nim na umór - tu Mścisław pociągnął następny łyk piwa. - Zaraz drudzy dwaj się wzięli w podobny sposób z trzema giermkami, co wieźli zbroje i kosztowności. Ha! Godzina nie minęła, a już łup między siebie podzielili. Żebyś bracie Albercie widział minę rycerzyka! Giermkowie wytrzeźwieli, też zaraz nogę dali. Obaj wybuchli serdecznym śmiechem, choć Albert starał się ,jak mógł powstrzymać śmiech. Zrobił ręką znak krzyża w powietrzu i dodał: - Niech mu Pan to wynagrodzi w przyszłym świecie. Amen. - A pewnie! Amen! - wtórował Mścisław. Po chwili zaczął wypytywać Alberta, skąd wziął się na gościńcu. Nigdy nie widział, by duchowni podróżowali samotnie, bez eskorty, tym bardziej w tych ciężkich czasach, gdy nie można bez broni pokazać się poza miastem. Za każdym krzakiem czyha na samotnych podróżników dziki zwierz lub rabuś. Mścisław zaczął mówić. - Dziś trzeba mieć oczy wokół głowy. Chwila nieuwagi, zaczai się jakaś bestia i tyle się człowieka widziało. Bandyci są coraz lepiej zorganizowani, nawet sami broń wyrabiają. Byle założyć okazalszy strój, zaraz człowiek wyląduje w jakimś rowie ze strzałą w plecach. Po kolejnym łyku piwa oblizał pianę z wąsów i dodał: - Wszystko przez tych skąpców! - oburzył się gospodarz. - Kupcy nie chcą wynajmować eskorty, więc bandyci mają łatwy zarobek. Zaraz zwołują swoich znajomków ze wsi, by pochwalić się…