Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 47 min czytania

Podróżnik

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

12 października 1492 r.

Rodrigo nie lubił nocnych wacht, lecz praca była ostatnio jedyną rzeczą, która dawała mu ukojenie. Gdy nie zajmował się statkiem, zapadał w niespokojne drzemki lub modlił się, by wreszcie zdołali znaleźć choć skrawek lądu. Śmierć na morzu nigdy nie była jego marzeniem. Zwłaszcza ta z głodu i szaleństwa. Pinta cięła fale, a wiatr szeptał w żaglach. Poruszali się szybko i pewnie. De Triana miał tylko nadzieję, że kurs, który wyznaczył im admirał, nie prowadzi do mokrego grobu. Marynarz odwrócił głowę, by splunąć za burtę i wtedy kątem oka dostrzegł błysk. Ogień, pomyślał w pierwszej chwili, czując jak jego mięśnie tężeją w nagłym ataku strachu. Zacisnął pięści, gotowy do działania, lecz źródłem światła nie okazał się pożar. – Ziemia! – zawołał, a jego wargi mimowolnie ułożyły się w uśmiech. – Ziemia! Pokład zatrzeszczał od szybkich kroków, a niemrawe pomruki tych mężczyzn, których raban wyrwał ze snu, szybko zamieniły się w triumfalne okrzyki. Ludzie na przemian wskazywali palcami bijące w oddali światło i klepali Rodrigo po plecach. – Hiszpania dorobiła się właśnie kolejnego bogacza – zauważył jeden z nich. – Mam nadzieję, że nie zapomnisz o towarzyszach podróży i postawisz nam wszystkim kolejkę, gdy wrócimy do domu. – Myli się pan, Quintero. – Admirał Colon wysunął się ze swojej kajuty w kasztelu. W bladym półmroku zbliżającego się świtu wyglądał jak zjawa, a jego głos ciął atmosferę radości niczym rzeźnicki nóż. – De Triana będzie musiał pożegnać się z myślą o nagrodzie, bo to ja zobaczyłem ląd jako pierwszy. Nikły blask widoczny był już przed północą. – Więc dlaczego nam pan o tym nie powiedział, admirale? – Rodrigo ledwo powstrzymał się przed splunięciem. Cały szacunek, jakim darzył dowódcę, w jednej chwili zniknął zalany falą goryczy. Cristobal wzruszył ramionami. – Nie miałem serca rozbudzać w was płonnej nadziei. Światło było niewyraźne, mogło okazać się mirażem, ale teraz nawet półślepy starzec dostrzegłby je wyraźnie. Panowie, dotarliśmy do celu naszej wyprawy. Admirał podszedł do Rodrigo i położył mu dłoń na ramieniu, ignorując złowrogie spojrzenia marynarzy. I choć stracił sporo szacunku załogi wypracowanego przez te wszystkie tygodnie, był pewien, że gdy tylko wylądują na brzegu, z łatwością uda mu się go odzyskać. Niebo z każdą chwilą rozjaśniało się coraz bardziej. Bezchmurne i błękitne. Idealny dzień, by zapisać swoje imię na kartach historii, pomyślał Colon, wpatrując się w coraz wyraźniejszą linię brzegową na horyzoncie, aż wreszcie udało mu się dostrzec malutkie punkty poruszających się na lądzie sylwetek. Nie myśląc wiele, rozłożył lunetę, by przyjrzeć się tubylcom, lecz ta po chwili wypadła mu z rąk. – Mój Boże… – wyszeptał, żegnając się odruchowo. Był biały jak kreda. – To nie są ludzie.

***

Dużo później.

– Jeszcze nie słyszałam takiej wersji tej historii – stwierdziła felina. Jej ogon poruszał się w rytm kroków. – Znałem kiedyś pewnego Hiszpana. Oni zawsze opowiadali ją inaczej niż reszta świata. – Staruszek uśmiechnął się smutno. – Szkoda, że tak niewielu ich już zostało. Pola zdawały się ciągnąć w nieskończoność. Łany rzepaku, pszenicy i kukurydzy falowały w rytm podmuchów późnoletniego wiatru, dając nadzieję na obfite zbiory. Ze złotozielonego morza w górę strzelały poszarzałe kikuty turbin elektrowni wiatrowych, które przypominały o kruchości wywalczonego niedawno pokoju. Pomiędzy nimi wiła się droga, czy raczej ścieżka rozszerzona na tyle, by samochody mogły przejechać nią nie niszcząc roślin. Adam uważał to za godną podziwu zapobiegliwość, biorąc pod uwagę, jak niewiele po ostatniej wojnie światowej ostało się takich, które jeszcze działały. Mężczyzna zatrzymał się na moment i wziął głęboki wdech. – Lubię zapach tutejszego powietrza – powiedział, widząc, że towarzysząca mu felina spojrzała na niego pytająco. – Zmieniłbyś zdanie, gdybyś miał mój nos – odparła. Igły wąsów nad wargami unosiły się zabawnie, gdy wykrzywiała usta w kocim odpowiedniku cynicznego uśmiechu. Jej sierść byłaby czarna jak bezksiężycowa noc, gdyby nie oprószały jej gdzieniegdzie białe cętki. Adam w odpowiedzi wzruszył tylko ramionami. Poprawił paski plecaka i wznowił marsz. Prosta, drewniana laska uderzała miękko o grunt w rytm kroków mężczyzny. Choć nie był jeszcze tak stary, by musieć się na niej wspierać, lubił czuć jej ciężar w dłoni. Jego towarzyszka nie podzielała jednak tej melancholii. Czasem spoglądała na niego ze wzgardą, jaką felini zwykli traktować wszelkie przejawy niesprawności fizycznej. – Powiedz mi, człowieku – zapytała po chwili – dlaczego tak właściwie mnie śledzisz? – Nie tak dawno odbyliśmy już tę rozmowę – odpowiedział z westchnieniem – tłumaczyłem ci, że… czekaj, cholera… nabijasz się ze mnie, prawda? W żółtych oczach feliny pojawił się figlarny błysk. – Myślałam, że nigdy się nie zorientujesz. Człowiek prychnął w odpowiedzi i machnął dłonią, jakby odpędzał natrętną muchę. – To raczej ja powinienem zapytać, dlaczego wracasz na piechotę do swojej pięknej mieściny? Tym razem to ona wzruszyła ramionami. – Poprzednie zbiory rzepaku były kiepskie. Mamy za mało oleju na beztroskie przejażdżki, a czymś trzeba jeszcze zrobić żniwa. Nawet ty powinieneś wiedzieć, że maszyny rolnicze nie jeżdżą na wodę. – To może chociaż powóz? – zażartował Adam. Życie nauczyło go, że często lepiej było udawać nieszkodliwą ignorancję niż kiwać głową ze zrozumieniem. – Albo chociaż furmankę? – Jesteś durny jak szczeniak, człowieku. – Felina przewróciła oczami. – W co niby mielibyśmy je zaprząc? W kury czy krowy? Nie doczekawszy się odpowiedzi, zjeżyła tylko sierść na karku i przyśpieszyła kroku, nie widząc, że mężczyzna wyraźnie się zasępił. Agrochem, do którego zmierzali, był jedną z kilku korporacji agrotechnicznych, które nie brały czynnego udziału w IV wojnie światowej. I choć po ostatecznym upadku korpokracji zarząd został zlinczowany, większość maszyn, materiału siewnego oraz trzody wciąż była użyteczna. Adam miał nadzieję zatrzymać się tam na jakiś czas, uzupełnić zapasy przed dalszą podróżą i odwiedzić starego znajomego, ale może się przeliczył? Zaczynał mieć złe przeczucia, mimo że w gruncie rzeczy lubił małe pokorporacyjne miasteczka. Głównie dlatego, że mieszkańcy generalnie nie instalowali w nich punktów kontrolnych z tymi nowomodnymi skanerami DNA. W końcu nic tak nie psuje humoru, jak tłumaczenie ludziom, dlaczego twoje podwójne helisy nie wyglądają do końca tak, jak powinny. Z zamyślenia wyrwało go dźwięk ciężkich kroków. Uniósł głowę i zobaczył dwóch ludzi zmierzających w ich stronę. Zasępieni spoglądali spode łbów. Praktycznie cuchnęli kłopotami. Adam poczuł, że znajomy dreszcz jeży mu włosy na karku. Mężczyzna zgarbił się i spuścił głowę. W jednej chwili zaczął też mocniej opierać się na lasce. Zawsze tak robił, gdy chciał wyglądać na dużo starszego, niż był w rzeczywistości. Zwolnił, pozwalając by krocząca dumnie felina zostawiła go kilka kroków za sobą, a kątem oka wciąż bacznie obserwował idących z naprzeciwka ludzi. Widział, jak zastępują drogę jego towarzyszce, jak wymieniają kilka kąśliwych uwag. Dostrzegł, że jeden chwyta ją za kołnierz i podnosi głos. – Nie zatrzymuj się, dziadku. – Drugi wreszcie zauważył niepozornego staruszka wspierającego się na lasce przy każdym kroku. – Nie ma tu nic do oglądania. Adam odpowiedział skinieniem, starając się, by ruch ten był możliwie powolny. Gdy mijał mężczyzn, poczuł na sobie nienawistne spojrzenie feliny, lecz oprawcy przestali zwracać na niego uwagę. Stał się dla nich częścią tła. Pierwszy zmęczył się najwyraźniej wykrzykiwaniem oskarżeń, bo teraz oddychał tylko chrapliwie, czerwony jak burak. Drugi unosił kąciki ust w triumfalnym grymasie, lecz uśmiech w jednej chwili zniknął z jego twarzy. Zamiast niego pojawiły się wybałuszone oczy i pół oddechu później mężczyzna leżał już bez przytomności na drodze. Nim jego towarzysz zdołał zareagować, osunął się już na ziemię z głuchym trzaskiem drewna uderzającego w czaszkę. Felina milczała. Przez dłuższą chwilę mierzyła wzrokiem stojącego przed nią Adama, jakby widziała go pierwszy raz w życiu. – Chyba powinnam ci podziękować za ratunek – rzuciła wreszcie. – Nie lubię rozlewu krwi – odparł staruszek, patrząc na falujące zboże. – Niektóre z tych łanów jakoś dziwnie się wyginają, nie sądzisz? Zupełnie jakby ktoś czaił się wśród nich i tylko czekał na okazję, by poharatać kilku ludzi. Dziwne skojarzenie, prawda? Sam nie wiem skąd przyszło mi do głowy… Nie odpowiedziała. Przymrużyła tylko oczy, a jej ogon zaczął poruszać się miarowo, znamionując napięcie. – Nie szukam kłopotów – dodał mężczyzna, poprawiając szelki plecaka. – Myślę, że lepiej będzie, jeśli do miasta dotrzemy osobno. Nie czekał na reakcję. Odwrócił się i wznowił marsz, nie oglądając się za siebie. Felina przez dłuższą chwilę wpatrywała się w niego. Chciała krzyknąć, wytłumaczyć mężczyźnie, że to wszystko jest jedynie tragiczną pomyłką, ale on uniósł tylko dłoń w pożegnalnym geście. Nie zatrzymał się nawet na moment.

***

Miasteczko wyglądało podobnie do wszystkich innych, które Adam ostatnio widywał. Prostopadłościenne kontenery z prefabrykatów, służące za domy, stały przy drodze we względnym porządku. Wszystkie otoczone żywopłotami, trwające pośród zieleni przydomowych ogródków. Mieszkańcy ze wszystkich sił starali się nadać im choć trochę indywidualności, lecz walka ta była z góry skazana na porażkę. Wizerunek małomiasteczkowej beztroski burzyły też wieżyczki zautomatyzowanych systemów obronnych na obrzeżach Agrochemu – pozostałości z czasów, gdy korporacje zatrudniały więcej najemników niż handlowców. Adam jednak wątpił, by w którymkolwiek z działek została choć odrobina amunicji. Przynajmniej mają trochę miejsca, pomyślał, wspominając przedwojenną rzeczywistość. Te same prefabrykaty ściśnięte do granic absurdu w szarych, smętnych osiedlach pracowniczych. Wtedy każdy kawałek gruntu należał do jakiejś spółki, a dla rad nadzorczych i prezesów zarządów każdy ludzki trybik w biznesowej maszynie był tylko kosztem pracy. Droga rozwidlała się. Północna odnoga prowadziła do zaanektowanego na rynek placu, a wschodnia do wielkich hal magazynowych, gdzie przechowywano zboża i maszyny wspomagające uprawę. Zachodnia natomiast wiodła wprost do jadłodajni. Lokal wyróżniał się na tle pozostałych zabudowań. Jako jedyny pamiętał czasy sprzed korpokracji, być może nawet III wojny światowej. Wybudowany z cegieł i drewna, był świadectwem uporu jednego człowieka, którego ani groźby, ani obietnice nie mogły skłonić do sprzedaży rodzinnego majątku. Nawet gdy Agrochem wchłonął jego działkę, otaczając ją szpalerem silosów, rafinerii i warsztatów, właściciel po prostu zaśmiał się zarządowi w twarz i zaczął sprzedawać obiady pracownikom. Do niego mieli nawet bliżej niż do zakładowej stołówki. Budynek praktycznie w ogóle nie zmienił się od ostatniej wizyty Adama. Być może czas nadkruszył na nim swój ząb tak bardzo, że wreszcie postanowił zostawić go w spokoju. Jedynymi różnicami były nowa twarz za barem i zawieszona na drzwiach tabliczka przedstawiająca przekreślony wizerunek kota w czerwonym okręgu. Tabliczka zwiastująca kłopoty. Staruszek zamówił gulasz i napar ziołowy. Pamiętał, że kiedyś można tu było dostać prawdziwą herbatę, ale obecnie rzadko kogo było stać na pokrycie kosztów jej transportu do Europy. Patrzył, jak właściciel zalewa gorącą wodą garść liści i znika w kuchni, by za kilka chwil postawić przed gościem wypełniony po brzeg talerz, filiżankę aromatycznego naparu i niewielki garnuszek syropu kukurydzianego, który z dobrym skutkiem zastępował cukier, odkąd brak ropy podważył opłacalność uprawiania buraków cukrowych. Adam rozkoszował się przez moment aromatem świeżych ziół, lecz błogość znikła z jego twarzy, gdy tylko uniósł wzrok. – Antyfelinizm wyszedł z mody ładnych parę lat temu, o ile mnie pamięć nie myli – zauważył, wskazując uniesieniem podbródka wizerunek przekreślonego kota, który wisiał również nad kontuarem. Właściciel spojrzał na klienta z ukosa, jakby chciał odczytać coś z jego twarzy. Wreszcie poddał się i westchnął. – Zawieszam plakietkę, lokal demolują mi felini. Gdy ją zdejmuję, to samo robią ludzie. Ci pierwsi niszczą go po prostu trochę mniej pieczołowicie, sam pan rozumie. – Mężczyzna zawiesił głos i pomasował palcami skronie, jakby od dłuższego czasu nie mógł pozbyć się bólu głowy. – Mój dziadek chyba łeb by mi urwał, gdyby wiedział, że na to pozwalam. – Myślę, że raczej by pana wyśmiał – odparł Adam, upijając kolejny łyk naparu. – A potem wybił zęby każdemu, kto choćby krzywo spojrzał na szyld przed wejściem. Właściciel uśmiechnął się mimowolnie. – Tak pewnie by zrobił. Znał go pan? – Bywałem tu kilkukrotnie, jeszcze przed wojną. Byłem też na jego pogrzebie, choć nie sądzę, by mnie pan pamiętał. Dorastał mi pan wtedy do kolan. Tym razem mężczyzna zaśmiał się już otwarcie. – Krzysztof Schwarz – przedstawił się. – Przyjaciele dziadka zawsze są tu mile widziani. Adam chciał uścisnąć wyciągniętą dłoń, lecz przerwał mu trzask otwieranych szarpnięciem drzwi. Gdy się odwrócił, zobaczył, jak trzech młodych felinów wchodzi do środka. Każdy dzierżył drewnianą pałkę i marszczył nos w kocim odpowiedniku gniewnego grymasu. – Mówiłem ci, szympansie, że to ma stąd zniknąć – wysyczał pierwszy wskazując kijem znak przekreślonego kota. Jego szarą sierść przecinały czarne pręgi, a w zielonych oczach czaił się złowieszczy błysk. To on musiał być przywódcą grupy. Schwarz chciał coś powiedzieć, ale Adam powstrzymał go uniesieniem dłoni. – Wtaczanie się do lokalu jak marcujące dachowce z pewnością nie nakłoni gospodarza do zmiany nastawienia – zauważył spokojnie, upewniając się jednak, że jego laska stoi oparta na wyciągnięcie ręki. – Wystarczy, że nakłoni jego małpich braci do oddania mi siostry! – Zamiast miauczeć na wszystkich, mógłbyś zatem po prostu jej poszukać. Co niby kucharz miałby zrobić z twoją siostrą? Gulasz? – Jak śmiesz… – Sierść na ogonie felina zjeżyła się momentalnie, a usta rozwarły się powoli, ukazując białe kły. – Odpuść. Proszę. Szary chciał coś odwarknąć, ale zamarł wpół słowa. W oczach staruszka dostrzegł iskrę, krótki błysk, który kazał mu się wycofać. Przez pół oddechu jego instynkt niemal krzyczał, by wziął nogi za pas, ale felin opanował odruch i tylko splunął demonstracyjnie. Jakby od niechcenia walnął jeszcze pałką w jeden ze stolików, po czym obrócił się na pięcie i zniknął za drzwiami. Pozostali poszli za jego przykładem. Adam obserwował ich w napięciu. Wreszcie westchnął i przyłożył dłoń do piersi. Przez moment trwał w bezruchu, czekając aż serce przestanie szarpać się jak uwięziony w sieci szczupak. Powoli zaczynał robić się za stary na takie wybryki. – Mam nadzieję, że mięso w gulaszu to naprawdę wołowina – rzucił, odwracając się do Krzysztofa. – Proszę nawet tak nie żartować – odparł Schwarz. Pobladł wyraźnie, a jego dłoń drżała, gdy ścierał pot z czoła. – Nie mam już nerwów na te cholerne miasteczkowe wojenki. – Co się właściwie stało? – Ach tam. – Właściciel machnął niedbale dłonią, lecz jego głos zdradzał zdenerwowanie. – Szkoda gadać. – Panie Krzysztofie. – Staruszek zabębnił palcami w kontuar i spojrzał rozmówcy prosto w oczy. – Chciałem nająć się tu do pomocy przy żniwach lub chociaż odpocząć kilka dni przed dalszą podróżą. Tak zwyczajnie. Wie pan, bez strachu, że ktoś mi dla zabawy mordę na ulicy obije. Schwarz patrzył przez moment na Adama, ważąc słowa. Wreszcie westchnął z rezygnacją, rozejrzał się konspiracyjnie i wyciągnął spod lady butelkę jasnego płynu. Mocnej nalewki miętowej, sądząc po zapachu. Obok niej pojawiły się dwa kieliszki, które chwilę później napełnione zostały po brzegi. Krzysztof bez skrępowania wypił zawartość jednego z nich. Szkło brzęknęło, gdy odstawiał go na kontuar. – No – stwierdził. – Teraz możemy rozmawiać.

***

Wszystko zaczęło się od zniknięcia Daniela Kwiatkowskiego. Nastolatka, który po prostu rozpłynął się w powietrzu. Podejrzewano najgorsze i choć nie odnaleziono jeszcze ciała, to krwawe plamy oraz ślady pazurów na poprzewracanych meblach wystarczyły, by powróciły dawne animozje. Staruszek doskonale pamiętał realia ostatniej wojny. Gdy głód i strach stawały się nie do zniesienia ludzie i felini przypominali sobie, że przecież są innymi gatunkami. Dziesięć lat to najwyraźniej za mało, by o tym zapomnieć. Daniel wraz z ojcem przeprowadzili się do Agrochemu zaraz po tym, jak globalna antykorporacyjna rewolucja ostatecznie zakończyła wojnę. Starszy Kwiatkowski oczywiście ukrył przed mieszkańcami fakt, że w jej trakcie był naukowcem w zakładzie mechaniki wojskowej. Adam wielokrotnie korzystał podczas służby z wyników jego badań, a teraz Tomasz był chyba jedyną osobą, która mogła jeszcze pomóc mu uzupełnić zapas ogniw fuzyjnych. I choć staruszek nie przyznałby się do tego przed nikim postronnym, spotkanie z Kwiatkowskim było głównym powodem jego wizyty w miasteczku. Dlatego ledwo udało mu się utrzymać spokojny wyraz twarzy, gdy dowiedział się, że Tomasz zmarł przed trzema miesiącami na zawał serca. Gdy jednak spokojnie wszystko rozważył, dostrzegł intrygującą prawidłowość. Postanowił zatem skierować swe kroki na skraj zagajnika, gdzie miał nadzieję znaleźć kolejny element układanki. ***

Las górował nad otaczającymi go polami. Za czasów korpokracji musiał należeć do jednego z prezesów Agrochemu. Ogrodzony stalowym płotem i strzeżony przez wyszkolonych najemników, służył za rozrywkę dla bogaczy, którzy chcieli pochwalić się w towarzystwie porożem własnoręcznie ustrzelonego jelenia. Teraz z ogrodzenia pozostały tylko poprzecinane linie przerdzewiałego drutu na stałe wkomponowane w korę drzew. Sam prezes zawisł na gałęzi jednego z nich jeszcze przed zakończeniem wojny. Obecnie jego byli pracownicy mogli bez ograniczeń cieszyć się tą leśną wyspą pośród morza zbóż. A przynajmniej mogli jeszcze parę dni temu. Adam dostrzegł stojących na drodze felinów jeszcze zanim oni zobaczyli jego. Szczupli i wyprostowani, starali się sprawiać wrażenie groźnych, ale staruszek wiedział, że to tylko młode kociaki, które ledwie pamiętały wojnę. Starsi musieli wciąż przeczesywać las. – Droga zamknięta – rzucił jeden z wartowników, gdy mężczyzna podszedł bliżej. – Nic tu po tobie, człowieku. – Przyszedłem porozmawiać z Narą – odparł Adam, nie dając po sobie poznać, jak bardzo bawi go brawura młokosów. – Gdyby chciała z tobą rozmawiać, sama by cię znalazła – warknął. – A teraz… – Spokojnie, Kor. Masz pilnować drogi, a nie skakać do gardła każdemu, kto przechodzi. Oczy wszystkich zwróciły się w jednej chwili na ścianę zieleni, zza której wysunęła się felina o czarnej sierści przyprószonej jasnymi cętkami. Adam powitał ją skinieniem, a dwaj wartownicy zamilkli, kuląc ogony pod siebie. – Nie wydaje mi się, żebym ci się przedstawiła – kontynuowała Nara. Źrenice jej oczu zwęziły się, a uszy sterczały, znamionując czujność. – Rozmawiałem ze Schwarzem – powiedział staruszek. Zupełnie jakby przywołanie tego nazwiska z natury rzeczy rozwiewało wszelkie wątpliwości. Felina westchnęła, w odpowiedzi kręcąc tylko głową. Bez słowa odwróciła się i gestem nakazała Adamowi, by poszedł razem z nią. – Rozumiem, że nasz miasteczkowy plotkarz opowiedział ci całą historię? – zapytała, uśmiechając się kwaśno, gdy ją dogonił. – Powiedział mi nawet więcej, niż chciałbym usłyszeć. Wiem o drugim zniknięciu. Nara zamilkła na moment. Gdy się wreszcie odezwała, w jej głosie zabrzmiało ostrzeżenie. – Sprawiasz wrażenie porządnego człowieka, więc powiem wprost. Nie mieszaj się do tego. Adam uśmiechnął się krzywo. Dziesięciu cywilów straciło życie ostatnim razem, gdy postanowił się do czegoś nie mieszać. – Słuchaj, wiem, że przewodzisz miejscowej społeczności i chcesz jak najszybciej rozwiązać tę sprawę, ale nie tędy droga. – Jego słowa zabrzmiały ostrzej, niż zamierzał. – Oboje wiemy, jak skończyłaby się twoja mała przygoda na drodze, gdyby mnie tam nie było. Pomyśl, teraz urządzacie zasadzki na ludzi, by znaleźć winnego porwania, a za chwilę zaczną się wzajemne prześladowania i za rok czy dwa będziemy mieli na karkach drugiego Reinharda. Nara wzdrygnęła się na sam dźwięk tego nazwiska. Choć była wtedy jeszcze małą felinką, doskonale pamiętała horror, jaki się z nim wiązał. Siedemdziesiąt lat po zakończeniu II wojny światowej, w której Hitler stłamsił miliony felinich istnień w imię wyższości gatunku ludzkiego, na niemieckiej scenie politycznej pojawił się felin, który głosił coś dokładnie odwrotnego. Wojna domowa, która wkrótce po tym ogarnęła kraj, rozlała się na większą część świata, pozostawiając głębokie blizny na Ziemi i jej mieszkańcach. Teraz młodzi żartobliwie nazywali go „Kotlerem”, ale wtedy nikomu nie było do śmiechu. – Nawet tak nie mów. – Nara prychnęła, chcąc wyrzucić z głowy ponure myśli. – Chcę wam tylko pomóc, naprawdę. – zapewnił Adam, a gdy towarzyszka spojrzała na niego czujnie, uśmiechnął się. – Nie bój się, ja też mam w tym swój interes. Te słowa o dziwo uspokoiły Narę. Bezinteresowność zawsze budziła w niej podejrzliwość. Zdecydowanie bardziej wolała, gdy stosunki z ludźmi przyjmowały wymiar praktyczny. Dlatego skinęła i poprowadziła Adama w głąb lasu.

***

Polana ze wszystkich stron otoczona była nierównomierną ścianą drzew i krzewów. Nie prowadziła do niej żadna droga, co najwyżej kilka króliczych czy sarnich ścieżek. Sprawiała wrażenie rzadko odwiedzanej i być może właśnie dlatego miejsce, w którym doszło do szamotaniny było tak dobrze widoczne nawet po kilku dniach od zdarzenia. Podeptane kwiaty, wyrwane kępy trawy. Zupełnie jakby starła się tu para wściekłych psów, a nie dwie rozumne istoty. – To tutaj, prawda? – zapytał Adam. Przez grzeczność, bo przecież odpowiedź była oczywista. Towarzysząca mu felina skinęła na potwierdzenie. Po drodze usłyszał od niej wersję wydarzeń, której nie mógł znać Schwarz. Po zniknięciu młodego Kwiatkowskiego felini zbili się w grupy i nie spuszczali oka ze swych młodych. Wiedzieli, że ludzie zaczną obwiniać ich o zbrodnie. Nie pomylili się. Na przestrzeni dziejów mieli wystarczająco wiele okazji, by przekonać się, jak bardzo bezwzględni i niebezpieczni potrafili być człekokształtni. Dwie młode, Lira i Arda, zlekceważyły jednak zakaz i zrobiły sobie wycieczkę do lasu. Wróciła tylko jedna. Miaucząca z podkulonym ogonem, długo nie mogła wydusić z siebie słowa. Gdy wreszcie się uspokoiła, opowiedziała o potwornej postaci, która wysunęła się zza ściany drzew. Rosłej sylwetce o twarzy zakrytej maską, mimo upału otulonej czarnym płaszczem. Potworze. Człowieku. Nim zdążyła zareagować, nieznajomy podbiegł do nich z niewyobrażalną wręcz szybkością. Ugodził Ardę paralizatorem, a jej koleżankę trzasnął otwartą dłonią w twarz tak mocno, że zatoczyła się i prawie upadła. I choć nawet młoda felina bywa silniejsza od dorosłego mężczyzny, ten bawił się z nią, jakby była tylko małym kotkiem. Sparaliżowana towarzyszka mogła tylko patrzeć, jak nieznajomy powala wreszcie Lirę, a potem odciąga ją za sobą w mrok lasu. – Zakładam, że w Agrochemie nie ma nikogo, kto pasowałby postawą do wizerunku porywacza – na wpół zapytał Adam, pochylając się nad połacią zmaltretowanej trawy. – Dzięki Bogu – odparła Nara, uważnie śledząc wzrokiem każdy ruch staruszka. Felini spędzili wiele godzin, przeczesując tę okolicę i nie złapali…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Podróżnik — czytnik · opowiadania