Przygoda · 9 min czytania
Podróżnik
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
{i}Osobiste doświadczenia tylko w nieznacznym stopniu nadały pewien koloryt mojej opowieści{/i} Walentin Pikul, "Requiem dla PQ-17"
Bomba bomba.
W języku Sagabanów znaczy to "super ekstra". Odkąd przed paroma laty zabłądziłem w afrykańskim buszu i trafiłem do wioski nieznanego dotąd plemienia, zdołałem się nauczyć ich języka nieomal doskonale. Choć przyznam, że zdarzały się sytuacje, kiedy to nie mogłem zrozumieć ani słowa, szczególnie wtedy, gdy Sagabowie byli pijani. A nie wylewali za kołnierz.
Przygarnęli mnie jak swojego i za to byłem im wdzięczny. Niestety, wyglądało na to, że zostanę z nimi do końca życia. Sagabanowie twierdzili bowiem, że są jedynymi mieszkańcami planety i, jak dotąd, nie udało im się spotkać nikogo spoza swego plemienia, mimo że, jak twierdzili, były czasy kiedy to zapuszczali się bardzo daleko, nawet za Wielkie Drzewo (odległe od wioski o jakieś 10 kilometrów). Kiedy więc znaleźli mnie skonanego pod starym baobabem, byli przekonani, że jestem ich ziomkiem, który nie wiedzieć dlaczego odłączył się kiedyś od plemienia i dopiero po latach zdecydował się powrócić. Uważali, że musiałem być bardzo stary, skoro nie tylko włosy, co nie było dla nich niczym specjalnie dziwnym, ale nawet moja skóra posiwiała.
Część 22 / 2
Prawda była zaś taka, że miałem 58 lat i byłem znanym w pewnych kręgach podróżnikiem. Przed kilkoma laty (nie jestem już w stanie dokładnie powiedzieć, czy było to pięć, czy sześć lat temu, podczas pobytu u Sagabanów straciłem rachubę czasu) przemierzałem Afrykę wraz z grupką kilku innych podróżników, do których przyłączyłem się kilka tygodni wcześniej. Niestety, moi kompani okazali się zwykłymi rzezimieszkami i któregoś dnia ogłuszyli mnie, okradli i w środku buszu pozostawili nagiego i bosego na pewną śmierć. Gdy odzyskałem przytomność zacząłem wędrować w kierunku wschodnim, gdzie jak sądziłem znajduje się najbliższa oaza cywilizacji. Przez kilka dni, a może tygodni brnąłem przez dżunglę, żywiąc się owocami i uważając by nie zostać pożartym przez jakąś dziką bestię. Wokoło roiło się od tygrysów, lampartów, a nawet lwów. W końcu jednak któregoś dnia straciłem zupełnie siły i położyłem się pod drzewem, żeby umrzeć. Miałem wiele szczęścia, że akurat tego dnia Sagabanowie wybrali się na polowanie. Jak się później dowiedziałem, czynili to zaledwie raz do roku.
Kilkakrotnie próbowałem odejść z wioski. Sagabanowie oburzali się wtedy i naigrywali ze mnie, że nauczka niczego mnie nie nauczyła. Gdy opowiadałem im o cywilizacji, innych plemionach, krajach, narodach zaczynali uważać mnie za wariata, a raz nawet zamknęli mnie w szałasie i nie wypuszczali przez tydzień, aż uznali, że duch Kaldra (czyli po prostu "świrus") opuścił moje ciało. Tak czy siak, próbowałem jednak, jak już wspominałem, opuścić wioskę. Za każdym razem wracałem wycieńczony już po kilku dniach. Po ostatniej, z moich prób, a było to mniej więcej rok temu, zebrała się Rada Plemienna i uznała, że jeżeli duch Kaldra jeszcze raz mnie opęta, będzie trzeba go zabić. Zabicie ducha polegało na obcięciu głowy opętanemu. Zaniechałem więc myśli o powrocie do domu.
Wszyscy Sagabanowie liczyli nie więcej, niż dwieście osób. Byli za to wysoko rozwiniętym plemieniem - znali koło, rolnictwo, potrafili wytapiać żelazo, a nawet pędzili bimber. Mnóstwo bimbru, trzeba sobie uczciwie powiedzieć. Jako człowiekowi, ich zdaniem, bardzo staremu, przydzielili mi zaszczytną funkcję Groodo, czyli mędrca. Pozbawiano mnie jej jednak kilkakrotnie na czas, kiedy byłem opętany przez Kaldrę. Moje zadanie polegało na rozwiązywaniu różnych problemów, z którymi się do mnie zwracano. Musiałem rozsądzać na przykład, czy Sagaban, który miał tylko jednego psa i niewielki szałas mógł pojąć za żonę córkę współplemieńca, który z kolei był posiadaczem pola ziemniaków. Albo komu należał się gar bimbru - temu który dostarczył kukurydzę, czy temu który go pędził. Wyrokowałem różnie, w zależności od nastroju w jakim się akurat znajdowałem oraz sympatii jaką darzyłem danego osobnika.
Już w drugim roku mojej bytności wśród Sagabanów, kiedy to nawet nie władałem jeszcze zbyt dobrze ich językiem, pojąłem za żonę kobietę imieniem Madagba. Była to urocza, czarna jak smoła dziewczyna z małymi obwisłymi piersiami i płaską od noszenia garnców z bimbrem głową. Przyznam, że nie bardzo miałem ochotę na ślub, tym…