Fantasy · 6 min czytania
Podsumowanie
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Idę. W jednej ręce trzymam nóż, w drugiej miecz. Skóra rękojeści lepi mi się do ręki, zakrzepła krew pomaga w utrzymaniu broni w rękach. Po zbroczu nieustannie coś spływa. Albo krew, albo deszcz. Idę Jestem zmęczona, ale wciąż idę. Moje stopy ledwo sobie radzą z pokonywaniem kolejnych metrów, ale idę. Nie czuję już palców, dłoni. Niemoc szybko rozprzestrzenia się wzdłuż kości, ogarnia kręgosłup, promieniuje na całe ciało. Idę. Za mną wschodzi słońce. Oto skąd przychodzę, nadciągam ze wschodu, promienie słoneczne kładą przede mną mój własny, wydłużony cień. Obok mojego cienia widać inną sylwetkę, smuklejszą, pełną gracji. Idziemy. To ty jesteś tą sylwetką, uśmiechasz się nieco, udając, że nie zauważasz mojej osoby. Albo inaczej. Zauważasz moją osobę, ale nie widzisz mojej niezdarności, mojego zmęczenia, mojej ociężałości. Ty sobie radzisz, ty jesteś lekki i zwinny. A ja potrafię tylko iść przed siebie, drogą, którą wyznaczają mi promienie słońca. Zdajesz się nie zauważać, że coraz częściej musisz mnie bronić przed zdradzieckimi sztychami. Idziemy. I nagle nie wytrzymuję. Padam na kolana, z odrętwiałych rąk wypuszczam miecz i nóż. Miecz pęka, zupełnie jakby nie był wykonywany na specjalne zamówienie. On pęka, bo pękam ja, bo w końcu jest ze mną definitywny koniec, bo walka trwająca od wieków się skończyła. Bo nagle wstrzymywana od tych wieków złość, żal i niespełniona wiara w to, że wszystkie nieszczęścia wyrównają się ze szczęściem wycieka ze mnie. Wycieka wraz z krwią z przebitego brzucha. Wiesz, nie chciałam, żeby to tak wyglądało. Miał być bohaterski pojedynek na szczycie świata, dramatyczna bitwa przerywana patetyczną rozmową. Miały być tłumy rozognionych ludzi, pragnących mojej wygranej jak wody. Miałam być w końcu piękna, inteligentna, zabójcza. Były nawet momenty, w których wierzyłam, że tak będzie. A teraz zamiast tłumów motłochu jesteś ty. Ty, który pochylasz się zgrabnie nad moją klęczącą, zwieszoną na wbitej w ziemię włóczni sylwetką, ty, który krzywisz się z niesmakiem. Pytasz się o coś, jakbyś naprawdę wierzył, że odpowiem. W końcu wyciągasz włócznię z moich pleców, pozwalasz mi miłosiernie opaść na ziemię. Widzę słońce wschodzące po niebie. I widzę też twoją twarz. Gdy kucasz obok mnie, gdy ostrożnie głaszczesz mi włosy, jakby się bojąc, że zarazisz się śmiercią. Chciałabym coś powiedzieć, powiedzieć, że możesz nie udawać, że przecież wiem. Po mojej śmierci wytrzesz ubabrane ręce, zabierzesz miecz i nóż i pójdziesz przed siebie, wykreślając mnie z pamięci. Ale nie mogę, bo kwaśna krew zalewa mi gardło. Jakby to było, udusić się mając wielką dziurę w brzuchu? Być może zaraz się dowiem. Podnosisz mi lekko głowę, zasłaniając swoją słońce. I nagle, w jednym przerażającym błysku widzę, że nie jesteś sobą, tylko nimi wszystkimi. Jesteś jeden, a przecież widzę w twoich oczach…