Fantasy · 36 min czytania
"Podwójna siła." rozdział 1
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
1. Jak pies z kotem Jeszcze dosłownie sekunda! No już, kończ tę gadaninę! - O, widzę, moje kurczaki, że za chwilę dzwonek – Herr Krystal spojrzał na zegarek. Klasa wydała z siebie pomruk. Tak, zaraz będzie koniec, więc skończ już i pozwól się spakować! - No to… Drrrrrryń! Jest! Nareszcie! Klasa poderwała się z miejsc i zaczęła pakować się w pośpiechu. - Przeczytajcie rozdział o niebieskich smokach! – Herr Krystal próbował przekrzyczeć rozwrzeszczaną młodzież. – A na przyszły wtorek proszę napisać referat na temat:, „Dlaczego złote smoki wprowadziły ustawę o czystości rasy”! - Żeby potem nikt się nie męczył z takim mieszańcem. Mat szybko rozejrzał się za tym, kto to powiedział, ale wokół niego panował zbyt duży harmider. Zapakował się wolno - w końcu nigdzie mu się nie śpieszyło. Miał zamiar ostatni wyjść z klasy. Powoli zarzucił swoją torbę na ramię i udał się do wyjścia. - Mateusz – zatrzymał go głos wychowawcy. Jęknął i powoli odwrócił się. W tej chwili nie miał ochoty z nikim rozmawiać, a zwłaszcza z Herr Krystalem. Szybko przybrał niewinną minę i rozciągnął usta w uśmiechu. Zerknął na nauczyciela. - Słucham? – zapytał uprzejmie. Herr Krystal z uwagą studiował dziennik. Nauczyciel ten należał do tych nielicznych, którzy rzadko podnoszą głos, a denerwują się jeszcze rzadziej. Zdawał się iść przez życie bez żadnych trosk i zmartwień, co jest chyba niemożliwe w tym zawodzie. Sam chciał uchodzić za dobrego i spokojnego. Dlatego podopieczni przezywali go „Herr Krystal”, co w języku smoczym oznacza… no, raczej to brzydkie określenie. Radzę więc, gdyby ktokolwiek z was kiedykolwiek spotkał smoka, nigdy, przenigdy nie próbował wymawiać tego przy nim. Herr Krystal na szczęście nie miał pojęcia, jak go przezywają uczniowie i miejmy nadzieję, że się nigdy nie dowie. - Mateusz, kurczaku – zaczął cicho wychowawca – czy możesz mi opowiedziećo swoich planach na przyszłość? Mat wyraził uprzejme zdiwienie. Nie to, żeby nie miał jakiś planów, wprost przeciwnie, było ich mnóstwo. Nie uważał jednak za konieczne dzielić się nimi z wychowawcą lub kimkolwiek na świecie. - Mówiąc krótko, mistrzu, chcę być kimś wielkim – odrzekł po chwili milczenia. - Rozumiem – nos Herr Krystala nadal wisiał nad dziennikiem. – Cokolwiek to oznacza, widzę, że masz ku temu duże predyspozycje. No, może poza matematyką, ale podejrzewam, że potężnemuczarodziejowi nie jest ona potrzebna. - W samej rzeczy – zgodził się uprzejmie Mat. - Jednak nie twoje stopnie mnie niepokoją, ale twoje interakcje z innymi. Mateusz zerknął na zegarek. Niecierpliwie szukał wumyśle jakiejś wymówki. - O ile mi wiadomo, nie masz w klasie prawie żadnych bliższych kolegów. Na wszystkich patrzysz z góry. Wybacz, że ci to mówię, ale tak jest. Dlatego wciążwyzywają cię od mieszańców. To przykre i głupie, ale ty nawet nie pozwalasz się im lepiej poznać. Jesteś wartościowym, przystojnym młodzieńcem, pamiętaj o tym. ”Jesteś moim wychowawcom czy psychoterapeutą?” – pomyślał Mat. Jego uśmiech stał się ironiczny. - Nie znam cię tak dobrze Mat, w końcu spędziliśmyze sobą tylko trzy lata, ale wierzę, że potrafisz być miły. Mówię ci to, ponieważ wkrótce skończysz trytorium i być może staniesz się, jak wielunaszych absolwentów, Poszukiwaczem Przygód. Wtedy przekonasz się, że dobre relacje z innymi to podstawa. Naucz się panować nad swoimi emocjami. - Ależ ja nad nimi panuję, mistrzu – odpowiedział spokojnie Mateusz. - Rozumiem, że ciężko jest być synem elfa i demona, to bardzo nietypowa mieszanka, ale tak naprawdę to jest to powód do wielkiej dumy. I nikt nie będzie się z tego śmiał, jeśli ty nie dasz mu do tego powodów. - Oczywiście – mruknął chłopak i szybko korzystając z okazji dodał – mistrzu, śpiesze się. Jeśli to możliwe, proszę o przełożenie tej ważnej rozmowy na później. Odwrócił się i prędko opuścił klasę zostawiając Herr Krystala z otwartymi ustami. Skierował się do windy na końcu korytarza. Starał się zachować spokój, ale wewnątrz aż kipiał z wściekłości. Był dumny ze swojego pochodzenia. Bardzo kochał swojego ojca – elfa z poważnej rodziny Thaviol. Nie zmieniało to jednak faktu, że nie lubił elfów bardziej niż jakiejkolwiek innej rasy. Pan Thaviol był po prostu chlubnym wyjątkiem w tym zidiociałym klanie i dlatego pobrał się z matką Mateusza – panną Hong. W zasadzie, jak się głębiej zastanowił, to nikogo nie darzył większą sympatią – ale to z pewnością nie była sprawa Herr Krystala. Wszedł do windy i nacisnął guzik. Gdyby nie duże windy, w których mieściło się do czterdziestu osób, poruszanie się po szkole byłoby bardzo uciążliwe. Winda cicho jechała w dół, poruszana przez specjalny mechanizm zabezpieczony dodatkowo magią. Mat oparł się o ścianę i zerknął w duże lustro na ścianie obok. Z nieukrywaną próżnością patrzył na swoją wysmukłą sylwetkę – dar po ojcu. Miał długie, zgrabne nogi, lekkie biodra, bardzo męski tors. To wszystko to były cechy elfów. Podobieństwo kończyło się na spiczastym podbródku – twarz była czysto demoniczna. Poza krwistoczerwonymi oczyma przypominającymi bardziej ślepia gada niż jakiejkolwiek ludzkiej istoty, Mat miał jeszcze perłowe, ostre ząbki, mały, zaokrąglony nosek i czarne włosy sięgające ramion. Mat bardzo dbał o nie i ich długość. Chroniły bowiem największą chańbę naszego demona - typowe dla elfów spiczaste uszy! Ciemna grzywka opadała na gęste brwi. Oprawa oczu potęgowała jego spojrzenie i jeszcze dokładniej podkreślała demoniczne pochodzenie. Patrzył, więc w lustro i podziwiał siebie, póki ciche pyknięcie nie oznajmiło, że jest już na parterze. Cicho westchnął z żalu, że musi opuścić tak wspaniały widok i wyszedł z windy. Wielki szkolny hol był zupełnie pusty. Może gdzieś w rogu woźna zmuszała miotłę do zamiatania, ale poza tym panowała miła dla ucha cisza. Mat słyszał tylko stukot o kafelki swoich grubych butów. Dumnie przeszedł środkiem, depcząc kolorową mozaikę przedstawiającą herb szkoły – głowę szczura. Wielkie, okrągłe okna z wyższych pięter rzucały ogrom światła na herb i małą istotkę idąca teraz przez czarne oko gryzonia. Mat szybko otworzył drzwi wejściowe ukryte w cieniu arkad, i wyszedł na drewniany most prowadzący w dół. Publiczne Viertorium i Trytorium miasta Tilt znajdowały się w budynku zawieszonym w powietrzu. Był to po prostu nowomodny wymysł architektoniczny bez większego sensu, ale prezentujący się wspaniale. Wszelkie inne budynki, jak boiska i drobne świątynie bogów nauki stały już bezpiecznie na ziemi. Sam jednak proces kształcenia nie przedstawiał się w Tilt tak bardzo zawile. Najpierw młodzież uczęszczała do pięcioletniego gramatytorium, gdzie uczyła się podstaw pisania, czytania i rachunków. Następnie przechodziła do Viertorium, szkoły trwającej cztery lata, w której zaczynali poznawać podstawy nauk magicznych. Ostatnim w etapie publicznego nauczania było Trytorium (trzyletnie) ewentualnie technikum których absolwenci mogli już się nazywać pełnoprawnymi Poszukiwaczami Przygód. Mat zszedł po drewnianym moście i stanął na pewnym gruncie. Poprawił swoją torbę i ruszył w dół ulicy. Sprawdził na zegarku, która godzina. Następnie ustawił się tłumie czekającym na zmianę świateł. Spojrzał na sygnalizator. Skupił swój umysł i szepnął: - Przełącz się. Przez jego ciało przebiegło lekkie mrowienie. Zmuszanie świateł, by zachowywały się inaczej niż im to urzędnik komunikacji nakazał, zakończyło się, jak zwykle, niepowodzeniem. Czerwone światło z wyższością świeciło na Mata ze swojego miejsca na słupie. Ten obdarzył je równie nieuprzejmym spojrzeniem i udał, że zaciekawił go but. Widać na światła uliczne rzucono wyjątkowo silne zaklęcie. Cóż, pomyślmy, co by się stało, gdyby każdy, kto ma choć trochę pojęcia o magii, manipulował sygnalizacją według swojego uznania. Jaki wtedy byłby bałagan! Bo przecież włączanie i wyłączanie światła jest bardzo proste. Całkiem silni czarodzieje musieli pracować w komunikacji, a zwoje magiczne leżące w sejfach urzędu musiały posiadać niezwykłe czary ochronne. Ale bycie pracownikiem komunikacji miejskiej nie było przeznaczeniem Mateusza. Nie, on został stworzony do wyższych celów. Pokonanie złośliwego, czerwonego światła było po prostu jednym z etapów, rzeczą, którą on wcześniej czy później dokona. Póki co jednak musiał odczekać te parę sekund aż nad pasami dla pieszych zapanował zielony kolor. Wtedy spokojnie (grożąc w duchu sygnalizacji) wraz z innymi przeszedł na drugą stronę. Miał interes do załatwienia w sklepie na rogu. Pchnął oszklone drzwi z napisem: „Sprzęt komputerowy” i wszedł do środka. Uderzył go zapach smażonego grochu – karmy dla gnomów. Sklep był zawalony wszelkiego rodzaju sprzętem potrzebnym do komputera. Na półce tuż za ladą stały monitory w najróżniejszych kształtach i kolorach – od zwykłych prostokątnych, po okrągłe, wklęsłe, podłużne i eliptyczne. Na podłodze stały obudowy, małe domeczki dla gnomów, wiatraczki, maleńkie wieżyczki, koła dla myszy. Z boku, tuż przy drzwiach na zaplecze stały klatki z gnomami. Jedna z nich, przed chwilą przyniesiona przez dwóch pomocników sprzedawcy, była wyjątkowo duża i mieściła w sobie setki gnomów. Na etykietce widniał napis: „Gnomix 320”. Gnomy były tuż po karmieniu, więc wszystkie były rozbrykane i wyjątkowo hałaśliwe. Ich sąsiedzi z „Gnomixa 40” i „50” patrzyli na nich spode łba. Jeden z pomocników właśnie wynosił na zaplecze „32”, gdzie miało się odbyć karmienie i mycie. Mateusz podszedł do lady. -Słucham? – zapytał uprzejmie sprzedawca. Właśnie uspokajał zestresowaną mysz, która była w środku, kiedy nastąpiło spięcie i wybuch komputera. Zwierzątko drżało w jego mocnych dłoniach, a on jednostajnie głaskał je po futrzastym łepku. - Potrzebuję gnomów z „Gnomixa 16”. Wystarczy jeden lub dwa. Fibi mówił, że w domu używają właśnie tego modelu. Mat nie interesował się techniką, więc w tej kwestii po prostu ufał młodszemu bratu. Sprzedawca ze smutkiem pokręcił głową. - Przykro mi, ale szesnastki właśnie wyszły z użycia i sprzedajemy tylko komplet. - Cóż – Mat uśmiechnął się – wobec tego poproszę całość. Sprzedawca zawołał swojego pomocnika, który bawił się z nakarmioną trzystadwudziestką i kazał mu iść na zaplecze. Mat wyciągnął portfel i oparł się o ladę. - „Gnomix 320”? – spojrzał pytająco na sprzedawcę. - Tak, najnowszy model, sprowadzany tylko na zamówienie. - Łał, nieźle – Mat postąpił parę kroków w stronę klatki. – Kumpel się zastanawia, czy samemu nie skompletować 320 gnomów z czterdziestek. - Nie uda mu się – zaśmiał się sprzedawca. – Gnomy z 320 są tak wyćwiczone, że razem działają jak w zegarku. Natomiast czterdziestki trzeba by zbyt długo ćwiczyć i nakłaniać do siebie, tak że wyszedłby kolejny model zanim dwie czterdziestki zgodziłyby się współpracować ze sobą. Niech pan powie koledze, że to niemożliwe. - Powiem – mruknął Mat. – A kto zamówił tę 320? - Klient – uciął krótko sprzedawca i wrócił do głaskania myszy. „No ale kto?” Mat zmrużył oczy i wpatrzył się w gnomy. Wrócił do kasy. Szesnaście gnomów czekało na niego w klatce opatrzonej etykietką „Gnomix 16”. Kto jest tak bogaty, że stać go na 320? Bardzo możliwe, ze była to jego rodzina ze strony matki – przesławny i majętny ród Hong. Mat zapłacił za gnomy, wziął klatkę i wyszedł. Teraz już skierował się w stronę Wielkiej Dzielnicy i swojego domu.
Tilt zamieszkałe było przez istoty różnych klas i ras. Niezbyt ciężkie zimy i ciepłe lata przyciągały tu drobnych przedstawicieli różnych usług chcących bez żadnych przeszkód, cały rok zbijać fortunę. Należy dodać, że również bliskość Smoczego Miasta Muvo była atrakcyjna dla wszelkiego rodzaju wojowników, czarowników czy innych poszukiwaczy przygód. Dlatego w Tilt można było spotkać przedstawicieli prawie wszystkich cywilizowanych ras. Jednak i tak tej zbieraninie trudno było mieszkać razem, dlatego miasto podzielone zostało na szereg dzielnic. W Szmaragdowym Lesie, bardzo zalesionej części, w wysokich drzewach mieszkały elfy. Neonowa Suburbia, dzielnica pełna świateł i nocnego życia należała w większości do ludzi. Krasnoludy zamieszkiwały Kopalnie i wszelka komunikacja podziemna należała do nich. Na Obrzeżach stała tylko jedna posiadłość, ale za to wielka, dorównująca rozmiarami zamkowi królewskiemu w stolicy. Tam mieszkała jedyna w mieście rodzina demonów – Hongowie. Stare Miasto zajmowały obecnie głównie trolle i ogry, ponieważ burmistrzem Tilt od parunastu lat był troll. Tu też znajdowało się Trytorium i Viertorium im. Szczura Funia. Za to w Wielkiej Dzielnicy mieszkały istoty zazwyczaj pogardzane przez resztę ras – tzw. mieszańce. Na ulicach można było spotkać pół ludzi spacerujących sobie ze swoimi dziećmi ćwierćorkami, które za swoich najlepszych przyjaciół miały trollokrasnoludzi. Różne dziwności wynikające z tych dziwacznych krzyżówek tu były całkowicie normalne. Mały krasnolud z wielkimi kłami czy człowiek z nienaturalnie długimi i odstającymi uszami był dniem powszednim. Jednak największą dziwnością ze wszystkich była rodzina Thaviol mieszkająca na trzecim piętrze w bloku w ogrodzonym osiedlu przy ul. Nestiego. Państwo Thaviol byli niezwykłą parą, nawet jak na standardy Wielkiej Dzielnicy. Pani Thaviol była przecież jedyną dziedziczką wielkiej posiadłości na Obrzeżach, pełnokrwistą demonicą rodu Hongów. To niesamowite, że zniżyła się do tego, by poślubić elfa – naturalnego wroga jej klanu. To samo jednak można powiedzieć o panu Thaviol – elf z wysokiego rodu, najpewniejszy dziedzic rodzinnego lasu, poniżył się i poślubił demonicę! I co z tego wyszło? Ano, dwóch takich… Jedni twierdzą, że pierwszy odziedziczył wszelkie złe cechy elfów i demonów, natomiast drugi łączy w sobie cnoty obu tych ras. Inni, a tych jest zdecydowanie mniej, uważają, że jest odwrotnie. Ale czy zawsze musi być lepszy i gorszy brat? Czy tylko dlatego, że jeden się rozpłakał, jego życie musi być natychmiast skreślone? Czy zawsze musi być rywalizacja między dwojgiem istot, które w zasadzie powinni się kochać? Mateusz otworzył drzwi mieszkania na trzecim piętrze. - To ty, kochanie? – usłyszał głos z kuchni. Spokojnie odstawił torbę, klatkę i wziął się za rozwiązywanie butów. - Też cię kocham, mamo – odkrzyknął. - Ach, to ty Mat – pani Thaviol wyjrzała z kuchni. Jak na demonicę przystało, była stosunkowo niska, pulchna, miała czarne, puszyste włosy okalające jej okrągłą buzię i czerwone, gadzie oczy. Mimo upływu lat wciąż była piękna, a jej mąż z pewnością uznałby ją za bardzo atrakcyjną w tym białym fartuszku w poziomki. - Świetnie, że jesteś – odwróciła się i weszła z powrotem do kuchni. – Właśnie skończyłam robić obiad. Tata przed chwilą dzwonił i mówił, że wróci wcześniej ze strzelnicy. Pan Thaviol służył w oddziale łuczników w Tilt. Mama natomiast była sumonerką i miała własną firmę. - Jak było w szkole? – zadała na pozór niewinne pytanie. Mat uśmiechnął się i uniósł brwi do góry. Rodzice doskonale wiedzieli o poczynaniach swoich pociech, ponieważ posiadali magiczne tabliczki ocen i uwag, które uzupełniały się automatycznie wraz z wpisaniem oceny do dziennika. Magia, jak widzicie, ma swoje dobre i złe strony. Na szczęście mama, gdy wracała z pracy, po prostu nie miała czasu na zerknięcie w tabliczki, a nawet jeśli, to musiała poświęcić na szukanie ich z dwadzieścia minut, ponieważ ostrożny Fibi zwykle je starannie chował. A wybierając pomiędzy dwudziestoma minutami na szukanie tabliczek a ulubionym serialem… - To zależy – mruknął wyjmując talerze z kredensu. - Zależy? Od czego? - Ogólnie, od różnych rzeczy - Rozumiem. A były dzisiaj jakieś nowe stopnie? Mat pokręcił głową. Poczekał, aż mama usiądzie i weźmie łyżkę do ręki, Jeść zaczęli razem. - Tak dobrze się uczysz Mat. Jestem z ciebie dumna. Uśmiechnął się w podziękowaniu. Chwilę trwało milczenie przerywane tylko cichym odgłosami jedzenia. Kuchnia państwa Thaviol była całkiem duża, ale mimo to przytulna. Apartamenty na osiedlu przy ul. Nestiego były zazwyczaj wielkie i wysokie. Jedno mieszkanie miało niekiedy rozmiar domku w Neonowej Suburbii lub dziesięciu w Szmaragdowym Lesie. Czteroosobowej rodzinie wystarczał trzypokojowy apartament z kuchnią, łazienką i balkonem. Panu Thaviol, znudzonemu ciasnotą, jaka panowała w elfickich domkach, ta przestrzeń we własnym domu odpowiadała. Natomiast pani Thaviol, która wychowała się w surowych murach rozległego domostwa na Obrzeżach, to mieszkanko wydawało się bardzo przyjemne. Była szczęśliwa, że może tu wygodnie mieszkaćze swoim wymarzonym mężem i ukochanymi synami. Patrząc teraz na starszego z nich nie mogla powstrzymać uśmiechu. Wyciągnęła rękę i z czułością pogładziła jego czarne włosy. Jak matka, była z niego bardzo dumna i wierzyła, że to wyjątkowo dobry chłopiec. Widziała w nim siebie sprzed kilkudziesięciu lat. Był tak do niej podobny, kiedy miała osiemnaście lat. To samo ironiczne, pełne egoizmu spojrzenie, to samo przekonanie, że jest się panem świata. Pani Thaviol poczuła przypływ miłości do syna. Gdyby był o dziesięć lat młodszy, mogłaby go przytulić nie zważając na jego protesty, ale teraz? Była zadowolona, że go urodziła i że jest tym, kim jest – pół elfem, pół demonem. - Kocham cię – szepnęła odgarniając mu włosy z czoła. Mat spojrzał na nią ze zdziwieniem. - Ja ciebie też, mamo – mruknął nie przerywając posiłku. - I twojego brata Fibiego też kocham. Powtórz to mu, kiedy wróci. Łyżka zatrzymała się w połowie drogi do ust. Czemu mamy często gadają takie dziwne rzeczy, zwłaszcza w najmniej spodziewanych momentach? - Zapewne sama będziesz mu to mogła przekazać. - Oj, Mateuszu. Mateusz obdarzył mamę kolejnym uśmiechem, wstał, włożył pusty talerz do zmywarki i wyszedł z kuchni. Wziął klatkę z gnomami i udał się do swojego pokoju. W zasadzie to nie był tylko jego pokój, ale jeszcze Fibiego. Naprawdę dziwny pomysł mieli rodzice, żeby osiemnastolatka umieścić w jednej sypialni z jedenastolatkiem.…