Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 33 min czytania

"Podwójna siła..." rozdział 11

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

11. Miasto smoków

Przed publicznym Viertorium i Trytorium w Tilt im. Szczura Funia stał zaparkowany duży autokar. Herr Krystal, Ruria Spot i dyrektorka pochylali się nad wielkim silnikiem i dyskutowali z przewoźnikiem. Najwięcej pytań i wątpliwości miał oczywiście mistrz języka smoków. - Ale panie kochany, te gnomy nie wytrwają trzech godzin! - Wytrwają – mruknął niezadowolony kierowca zaciągając się papierosem. Herr Krystal spojrzał na niego z dużą dozą nieufności. - Mam nadzieję, że nie będzie pan palił przy dzieciach. Kierowca tylko obdarzył go nieprzyjemnym spojrzeniem i wrócił do swojego papierosa. - A jakby co, to rzucimy pana na pożarcie smokom! Facet aż się zakrztusił dymem. Ruria zagryzła wargi, żeby się nie uśmiechnąć, a dyrektorka zerknęła na mistrza. Czy takie straszenie jest na pewno na miejscu? Za to praktykantka, która również została zaproszona na wycieczkę, wybuchła śmiechem. Wszyscy spojrzeli na nią, a mistrz zaklaskał w ręce z uciechy. - No, to jak ktoś będzie się źle zachowywał, to ja z moją owieczką złożymy go smokom w ofierze! - Owieczka?! – zdziwiła się Ruria. - No tak, bo opiekuję się nią jak pasterz swoim stadem. - Czyli „owca” to jakieś wyższe stadium „kaczorka”? - Dokładnie. Bo kaczki trzyma się tylko w kurniku, a owce wyprowadza na szerokie pola wiedzy. - To teraz jedziemy przewietrzyć nasze kaczorki – mruknęła Ruria i odwróciła się do tłumu uczniów. – Kaczorki i inne podroby: DO WOZU! Obie klasy ruszyły się z miejsca. Normalnie Mat stałby na końcu z miną wyrażającą sprzeciw wobec wszystkiego i wszystkich. Dziś jednak przepychał się do przodu rozgarniając chmary dzieciaków na boki. Pierwszy wpadł do autokaru i zajął miejsce na samym końcu. Rozłożył się wygodnie zajmując wszystkie cztery siedzenia. Z wyższością kocura rozłożonego na tapczanie patrzył na dzieciaki wtłaczające się do środka i kłócące się o miejsca. Przyjaciółki oczywiście chciały siedzieć razem, koledzy koniecznie naprzeciwko siebie, a mniej wytrzymali tłumaczyli (a raczej wrzeszczeli) wychowawcom, że nie porzygają się siedząc na ostatnich siedzeniach. Mat odetchnął głęboko. Jak to dobrze, że nie musi się z nikim kłócić, ani słuchać pisku jakiejś dziewuchy mówiącej: „Ale ja z Matem nie usiądę! On jest taki…” Po chwili do autokaru wepchnęli się Zan i Lin. Mat posunął się. Zajął strategiczne miejsce przy oknie, kiedy elf i krasnoludka usiedli po środku. Został jeszcze jeden fotel. Mat wpatrzył się w okno udając zupełną ignorancję, kiedy w duchu składał wiekopomną przysięgę: „Jeśli Nutria tu usiądzie, przysięgam, zacznę wierzyć w bogów.” Wtedy usłyszał jej śpiewny głos, wznoszący się ponad prostotę i codzienność innych głosów: - Tak, siedzę z Jeną! O, Fibi, hej! - Hej Nutria! – odpowiedział jej uradowany Maleńki. - To ty też z nami jedziesz? - Tak, nie wiedziałaś? - Nie, ale to spotkała mnie miła niespodzianka! A twój seksowny braciszek? - Siedzi na końcu i udaje, że mnie nie zna. - No to chyba lepiej dla ciebie! - Chyba… „Straciliście swoją szansę” – zwrócił się Mat do bogów – „Nadal nie będę w was wierzył. I nie ubłagacie mnie tym komplementem!” I w ten sposób Mat pozostał ateistą na kolejne dziesięć lat. Być może odnajdzie jeszcze wiarę, a może ta słodka tajemnica życia jest na zawsze przed nim zamknięta. - Mogę tu usiąść? Mat, Lin i Zan podnieśli głowy. Przed nimi stał nieśmiało uśmiechając się Oniteusz. Po rzuceniu z Moron nie miał ochoty zadawać się dalej z jej towarzystwem. Przynajmniej na razie, Był bardzo wdzięczny Lin i przeżywał, jak ostatnio wielu chłopców, zainteresowanie tą małą, ale żywotną krasnoludką. - Jasne! – odpowiedzieli jednocześnie Lin i Zan odwzajemniając uśmiechy. Mat nic nie powiedział. Sięgnął po swój odtwarzacz i nałożył słuchawki. - Hej bracie, czemu mnie unikasz? – nagle nad oparciem przeciwległego fotela pojawiła się twarz Fibiego. Mat zdjął słuchawki i łaskawie popatrzył na brata. - Ależ nie unikam cię Fibrynogenie Thaviol. Lin, Zan, Oni, znacie mego młodszego brata Fibrynogena Thaviol? - Ty masz brata? – zapytała zaskoczona Lin. - Czy on też jest taki… no… - zaczął Oni, ale poczuł się niezręcznie. To nie było już towarzystwo Moron, w którym krytykowano Mata. - Nie, ja jestem mądrzejszy – Fibi wyciągnął rękę i przywitał się ze starszymi kolegami. - Tylko nie próbujcie sprowadzać go na manowce! – żachnął się Mat. – On ma nie pić, nie palić i pozostać prawiczkiem do osiemnastego roku życia! Cała czwórka wybuchła śmiechem. - Chcesz, aby brat poszedł w twoje ślady? – zapytał śmiejąc się Oni. - Nie, po prostu nie chcę, aby skończył jak większość beznadziejnej młodzieży. - Oj, to że ty nie umiesz się bawić nie znaczy, że ja mam nie zaznać uroków życia! - Jasne, to idź do podrzędnego klubu, urżnij się w trupa i obudź w łóżku z jakąś wygłodniałą pindą. A potem płać alimenty, odpędzaj się od prokuratora i rodziców, którzy będą chcieli ci udowodnić gwałt! - Oj Mat, dlaczego ty wszystko pojmujesz na odwrót? – Oni potrząsnął z niedowierzaniem głową. - Może trochę, ale ogólnie ma rację – Lin zwróciła się do Fibiego. – Twój brat lubi dramatyzować, ale nie martw się, upijemy go trochę i od razu stanie się milszy. - Phi! – Mat wzruszył ramionami. – Jakby to miało w czymś pomóc. Uważajcie, bo alkohol może zaostrzyć mój sarkazm i cynizm. - Czy wszystkie kaczorki mają miejsca? – dał się słyszeć tenorek Herr Krystala. - Nie, ja nie mam! - No już, nie płacz. Spójrz, Lilia siedzi sama. A czy poza tym wszyscy siedzą? Ci mający problemy wzięli tabletki? - Mat, wziąłeś tabletki? Matrix obdarzył brata lodowatym spojrzeniem i włączył odtwarzacz wyłączając się tym z życia towarzyskiego na dwie godziny. Przysunął się bliżej okna i z otępieniem graniczącym z półsnem gapił się na zmieniający się krajobraz. Autokar szybko wyjechał z Tilt i wjechał na autostradę. Wkrótce wszystko zaczęło się zmieniać. Zniknęły lasy wyparte przez skały i nieurodzaje. Zaczęły się ostre pagórki szybko przechodzące w strome góry. Autokar podjechał do granicy. Umundurowane, groźnie wyglądające ogry zabrały paszporty od przerażonej młodzieży. Nawet dziewczyny przestały chichotać i z lękiem patrzyły na nieugięte twarze wartowników. Mistrzyni Ruria i praktykantka Salina siedziały cicho w swoich fotelach. Kierowca drżącymi rękami otwierał bagażnik. Nie śmiał nawet zapalić, mimo że jego zestresowane płuca domagały się choćby jednego papierosa. Jedyną rozentuzjazmowaną osobą był, jak zwykle, Herr Krystal. Wesoło i barwnie odpowiadał na wszystkie pytania i co chwila rzucał uwagi na temat swojej babci, która przekraczając granicę zaczęła rodzić. Wreszcie został wzięty do wieży granicznej, gdzie miał podpisać tysiące papierów i potwierdzić swoje zezwolenie na wyjazd z młodzieżą. Autokar zaczął się niecierpliwić. Mat przykleił twarz do szyby, ale szybko odsunął się z obrzydzeniem. Okno nie było czyste i mógł przez nie dostać pryszczy! Zainteresował go jednak widok granicy. Wieża graniczna zbudowana była z ciężkiego kamienia, który nie tak łatwo poddałby się pociskom czy smoczemu ogniu. W ścianach znajdowały się maleńkie otwory przy których prawdopodobnie wartowali całe dnie potężni wartownicy uzbrojeni w karabiny. Na samej górze musiało urzędować z dwóch snajperów i czarnoksiężnik. Skład wartowni nadgranicznej był zazwyczaj taki sam: pięciu wojowników, dwóch strzelców wyborowych, alchemik, czarnoksiężnik, kucharz (wyjątkowo ważna funkcja) i, posiadający w bazie władze absolutną, dowódca jednostki. Ale struktura militarna jednostek granicznych akurat nie interesowała Mata. Wolał oglądać widok, jaki rozciągał się poza nią. Bowiem tuż za wieżą rozpościerała się ziemia smoków. Z początku nie wyglądało to zbyt groźnie: ot, droga prowadząca na granicę ginęła gdzieś w gęstym lesie. Ale nad lasem, daleko stąd biegło pasmo gór, których szczyty ginęły w chmurach gazów i popiołów. Były to ogromne, wciąż czynne wulkany, w których kraterach miały legowiska wielkie jaszczury zwane smokami. Ich łuski były tak twarde i wytrzymałe, że mogły spokojnie mieszkać w towarzystwie wulkanów, traktując magmę i lawę jak „centralne ogrzewanie”. Popioły i dym wiecznie unoszące się nad kraterami dawały im poczucie swobody i anonimowości. Mogły fruwać swobodnie z domu do pracy bez strachu, że wypatrz je jakiś wścibski turysta. Jak sami widzicie smoki są istotami niezwykle ceniącymi własną prywatność, a przede wszystkim domatorami. Jeśli uszanuje się te dwie ich rasowe cechy, to z pewnością będzie można dojść ze smokiem do porozumienia. Dlatego nie należy wpadać do nich na hura z obnażonym mieczem bądź karabinem i strzelać do wszystkiego, co się rusza, bo się z pewnością zdenerwują i zjedzą intruza. Jeśli chcesz więc walczyć ze smokiem, najlepiej umów się z nim jakieś pół roku wcześniej i przybądź na miejsce spotkania piętnaście minut przed czasem. I przywieź podarek dla panny, bo zapewne to o nią będziesz się bił/a. Bo smok, zwłaszcza młode, mają słabość do dziewic. Zakochują się w nich oczywiście czysto platonicznie, ale to już wystarczy, żeby przysporzyć dziewczynie i jej rodzinie kłopotu. Pisma młodzieżowe w rubrykach „Co zrobić, gdy twoją dziewczynę porwał smok” podają tysiące sposobów na odzyskanie dziewicy, ale tak naprawdę istnieje tylko jeden dobry: dwadzieścia tłustych baranów wystarczy, żeby młodzieniec zapomniał o wszelkich pięknościach tego świata. Wreszcie Herr Krystal został wypuszczony z wieży i autokar pojechał dalej w las. Mat zmienił płytę. Do słuchawek popłynęła powolna, tajemnicza muzyka, która w tej chwili najlepiej oddawała ducha lasu. Każdy elf miał w swoich genach miłość do lasów. Mat nigdy nie zdradzał szczególnego zainteresowania przyrodą, jego zdaniem drzewa najlepiej prezentowały się na klombach w równych odstępach ok. stu pięćdziesięciu centymetrów. Lubił porządek, a przyroda według niego nie miała prawa dyktować inteligentniejszym od siebie warunków. Ten las jednak sprawił, że obudziła się w nim cząstka elfa. Chciał wybiec z autokaru, biec na oślep, a potem paść na ziemię i oddać się Matce Naturze jak dziewczyna oddaje się swojemu kochankowi. Było w tym lesie coś niesamowitego i lirycznego. Bynajmniej nie był zadbany, wyglądał nawet jakby nigdy nie tknięty ręką cywilizacji. Przebijała przez niego jednak pewna mądrość i… zapach magii. O ile magia może pachnieć. - łał, ale zarąbisty las! – romantyczne rozważania Thaviola przerwał nagły okrzyk Zandara. Mat zdjął słuchawki i spojrzał z góry na kolegę. - Zarąbisty?! - No tak! Chyba zaczarowany! - Być może – Lin przysunęła się bliżej okna wciskając tym Mata w brudną szybę. – Zapewne smoki mają wszystko zaczarowane. Ale to szczególny las. Coś w rodzaju… fortyfikacji wojennych. Ma zatrzymywać wrogów. Elfy muszą ulec jego urokowi, a z resztą ras też coś się dzieje. To jakaś wyjątkowo wyspecjalizowana średniowieczna magia. - Ciemne elfy tez są zachwycone! – oburzył się Zan. – Nie wiem dlaczego wszyscy myślą, że nam najbardziej podobają się suche badyle i pustynie! - Bo rasa drowów wywodzi się z Wielkich Pustyń? - Oj, a rasa demonów prosto z piekła! - To tylko legenda! - To też! - Niemniej twoi ludzie zawsze woleli ustronne, suche miejsca i otaczali większą czcią umarłych niż żywych. - A wy do dziesiątego wieku nie grzebaliście swoich zmarłych! I mam ci przypomnieć, jaka była rola czerwonokich demonów w królestwach demonów? - Panowie, nie kłóćcie się! – przerwała im Lin – Zan, pomóż mi lepiej wyciągnął mój plecak ze schowka. Musze zapisać parę ważnych rzeczy w kronice… - Napisz, że Zan ma zamiar stracić z tobą dziewictwo na wycieczce – mruknął Mat zakładając słuchawki. - Co? – Zandar dokładnie nie dosłyszał wypowiedzi kolegi, ale uznał, ze należy się zbulwersować. Więc las był zaczarowany. Tego się można było spodziewać. A jego elfia cząstka reagowała na tą magię jak głupia. Mat pomyślał, że to wyjątkowo niesprawiedliwe, że jest tak wrażliwy zarówno na zaklęcia przeciw elfom jak i demonom. Wkrótce las się skończył i autokar zaczął wjeżdżać stromym zboczem pod górę. Pojazd sapał i dyszał, a gnomy pracujące w silniku padały jak muchy. Wreszcie Herr Krystal nie wytrzymał i zadzwonił po swoją koleżankę. Mówił w języku smoczym, który dość dziwacznie pasował do komórki i rozlatującego się autokaru. - Wkrótce ktoś po nas przyleci – powiedział wyłączając komórkę. - Przyleci?! – Salina miała niewyraźną minę. - No tak. Poprosiłem Roxy, żeby nas podrzuciła na górę. - mam nadzieję, że nie dosłownie – Ruria wcisnęła się w fotel. Autokar wydał z siebie niebezpieczny pomruk. Alchemiczka przełknęła ślinę, a praktykantka zaczęła nerwowo grzebać w torbie. Za chwilę wydobyła stamtąd składany stalowy kij zakończony kulą. Szybko go rozłożyła i zacisnęła palce na wyprofilowanej rączce. - Co to jest? – zainteresował się Herr Krystal. - Moja laska – wytłumaczyła przez zaciśnięte zęby Salina. – Ten gruchot zaraz się rozleci, a my spadniemy w przepaść. Ale ja nie mam zamiaru tak łatwo się poddawać. - Owieczko, jesteś kochana, ale na pewno nic się złego nie… W tej właśnie chwili silnik odmówił współpracy. Wyczerpane gnomy padły na swoje miejsca pracy i usnęły pozostawiając autokar sile grawitacji. Koła, przedtem mozolnie pnące się w górę, teraz zaczęły szybko zsuwać się w dół. Trupioblady kierowca naciskał na hamulec, ale pojazd zupełnie go nie słuchał. Toczył się w dół jak połka podskakując na wyboistej drodze. Młodzież pozrywała się z miejsc, ale zaraz usiadła, a raczej zwaliła się na fotele na skutek turbulencji. - Co się stało? – nawet Mat się zainteresował i zdjął słuchawki. - Pędzimy w przepaść – stwierdziła Lin odchylając zasłonkę zasłaniająca tylną szybę. - I tak to spokojnie mówisz?! – Oni był bliski paniki. - tak, przecież umiemy latać. Nie pamiętasz, czego nas uczyli, jak postępować w sytuacjach kryzysowych? Autokar zbliżał się do wyjątkowo ostrego zakrętu. Niektóre dziewczyny zaczęły piszczeć z przerażenia. Zan niby przez przypadek chwycił dłoń Lin. Niech wie, że nie jest sama w tym ciężkim położeniu. - Nutria, jesteś blada jak ściana – zauważyła Elwira, która akurat usiadła z elficzką. Jena odmówiła siedzenia z Nutrią i usiadła z Moron. Zazwyczaj tak się działo, gdy któraś z „lepszych” przyjaciółek nie miała chłopaka, z którym mogłaby siedzieć. - Nie jestem blada! – zaprzeczyła żywo Nutria z zażenowaniem słysząc drżenie własnego głosu. - Jedziemy wprost w przepaść, masz prawo się bać. - Ja się nie boją! Tylko… po prostu… zdałam sobie sprawę, że nie pamiętam zaklęcia na lewitację obiektów. - Aha. Ja też nie – Elwira wyszczerzyła zęby. – Ale niezły będzie ubaw, gdy wszyscy pierdykną zaklęcia. Ciekawe, co się wtedy z nami stanie. Nutria pobladła jeszcze bardziej. Pojazd faktycznie toczył się wprost w przepaść. Przeciął zakręt i wypadł z drogi. W takich chwilach na filmach zazwyczaj jest oddalenie kamery i taka charakterystyczna cisza. Potem następuje wrzask przerażonych ludzi i znów wszystko ucicha. Tylko pojazd rozbija się o skały i wybucha. Nie mam zamiaru odchodzić od kanonów, więc w chwili, kiedy autokar wpadł w przepaść, również nastąpiła cisza. Ta jednak spowodowana była czymś innym. Ułamek sekundy przed oderwaniem pojazdu od podłoża Herr Krystal wzniósł ręce do góry i pradawnym, staroludzkim językiem wypowiedział słowa: - CISZA! I faktycznie zrobiło się cicho. Żadne zaklęcie nie zostało wypowiedziane, mimo że uczniowie poruszali ustami jak ryby. „Co robisz mistrzu” – chciała krzyknąć Salina, ale w tej chwili coś silnie szarpnęło autokarem. Mimo Ciszy panującej w środku uczniowie usłyszeli niemiłe odgłosy gniecionego metalu. Gdy minął pierwszy szok młodzież stwierdziła, że za oknami mają dwa wielkie szponiaste łapy, które unoszą ich i autokar wysoko w powietrze. Uradowani rzucili się do okien i z wyciszonym śmiechem oglądali wspaniały widok gór z lotu ptaka. Wprawdzie trochę szarpało, ale nic nie potrafiło powstrzymać euforii młodych. Parę dziewczyn się nawet rozpłakało, w tym tez Nutria. Ruria spokojnie wyjęła jedną ze swoich alchemicznych butelek, odkorkowała ją i wciągnęła całą ciszę. - A teraz wytłumacz to nam kaczorku – mruknęła groźnie patrząc na Herr Krystala. - To taki… niewinny… dowcip… no – mistrz języka smoczego spuścił oczy jak winowajca. – Ten autokar i tak by nie pociągnął, a tak to daliśmy im szansę wykazać się i… tego… to im bardzo pomaga… gdy ratują komuś życie. - Dokładnie tego samego uczyli mnie w gildii – przytaknęła…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
"Podwójna siła..." rozdział 11 — czytnik · opowiadania