Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 27 min czytania

"Podwójna siła..." rozdział 12

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

12. Blokada Nutrii

Na wycieczce do Wielkiego Muzeum Smoków w Muvo stało się jasne, że Lin i Zan są parą. Szli w tyle, trzymali się za ręce i nieustannie do siebie szczebiotali, że wreszcie przewodnik - mały, sędziwy biały smok musiał ich uciszyć. Wtedy już naprawdę zostali w tyle, a Kanichia przysięgała, że widziała ich całujących się za rogiem korytarza. - Ciekawe, jak to ona zapisze w kronice? – zastanawiał się głośno Oni idący tuż przy Macie. - Napisze osobny rozdział: „jak wreszcie styknęłam się z moim chłopakiem Zandarem Ivelliosem” – mruknął ironicznie Thaviol. – A nic na to nie wskazywało. Cicha woda z tego Zandara. - A co, ty też startowałeś do Lin? – zapytała Nutria, która akurat przypadkiem znalazła się w pobliżu. Mat obdarzył ją przelotnym, lodowatym spojrzeniem i utkwił wzrok w magicznej ścianie ukazującej zmienność pór roku w klimacie umiarkowanym. - Ja do nikogo nie startuję – odparł w końcu wyniośle. – Jestem zbyt przystojny i zbyt bogaty, żeby ubiegać się o względy kogokolwiek z tej klasy. - Kamień spadł mi z serca – takim samym tonem odpowiedziała elficzka. – A już się bałam, że może zechciałbyś kiedyś truć swoją osobą którąś z porządnych dziewczyn. Mata bardzo ubodła ta uwaga i wyniosłość w jej głosie. Poczuł się jeszcze gorzej. Od kiedy ona jest taka wygadana? Zazwyczaj przecież się jaka i nie wie, co powiedzieć. Mat odszedł od grupy i zaszył się możliwie w jak najdalszym kącie jaskini. Stąd jednak dojrzał Lin i Zandara. Nie całowali się, ale on obejmował ją bardzo blisko siebie i coś szeptał do ucha. Mat odwrócił wzrok.

Pod wieczór wrócili do hotelu. Nutria w rezultacie mieszkała razem z Lin, Integrą i Enute. Dziewczyny były dla niej miłe, odstąpiły jej najlepszą półkę w szafie i użyczyły mydła, gdy nie mogła znaleźć swojego. Nie pytały jednak, co zaszło między nią a jej przyjaciółkami, co trochę ją bolało. Tak bardzo chciała z kimś pogadać, zwierzyć się ze wszystkiego i opowiedzieć o planach na przyszłość. Nie śmiała jednak nikogo zagadywać i zapewne nikt też nie chciał jej słuchać. Opuściła swoją grupę, z którą trzymała się od pierwszej klasy i nie było sposobu, żeby dostała się do innej. Do końca roku zostało już tylko parę miesięcy, które prawdopodobnie spędzi samotnie. Może nie przeszkadzało jej to – lepiej być samotnym niż biegać za dziewczynami, które cię wcale nie chcą. Od nowego roku pójdzie do nowej szkoły, pozna nowych ludzi i ułoży sobie życie na nowo. Tylko… fajnie by było, gdyby ktoś chciał o tym posłuchać. Jej lokatorki jednak były zbyt zajęte sobą i swoimi chłopakami. Sprosiły ich teraz na wieczór. Wyciągnęli na środek stolik, rozłożyli ozdobną serwetkę, a następnie wydobyli zapasy z podróży: herbatniki, ciasteczka z cukrem, miętówki, pomarańcze, jabłka, galaretki i parę innych jeszcze przysmaków. Lin i Zan też dorzucili swoje trzy grosze. Valanthe i Integra – para z długoletnim stażem, opowiadali jak się poznali i zaczęli ze sobą chodzić. Aramis i Enute byli jak zwykle milczący, ale uśmiechali się życzliwie i częstowali młodą parę miętówkami. Okazało się, że Lin miała już kiedyś chłopaka, ale była to raczej przykra i krótka historia. Zabrał ją do kina, kupił popcorn, a potem o niej zapomniał. Widocznie się odkochał. Zan nie rozumiał, jak można nie dopatrzeć się w Lin tylu pięknych rzeczy. - Tak samo jak w Integrze – stwierdził ze śmiechem Valanthe tuląc do siebie dziewczynę. – Nutria, dołącz do nas. Elfka dotychczas siedziała na swoim łóżku ustawionym w poprzek wejścia i udawała, że czyta. Teraz jednak odłożyła książkę i zarumieniła się lekko. - D-dziękuję – wyjąkała. - Za co ona dziękuje? – zdziwił się elf, ale Integra już wstała i szła do panny Lafiflet z papierowym talerzykiem pełnym herbatników. - Poczęstuj się. Wiesz, Valanthe jest moim piątym lub szóstym. - A ja miałam już dziesięciu – pochwaliła się nieoczekiwanie Enute. Nutria spojrzała na nią zdziwiona. Taka cicha, nigdy nic nie mówi, a miała już dziesięciu? No, może przy facetach jest wygadana. Albo faceci lubią takie ciche. - A ty Nutria? – Valanthe wydawał się niezwykle zainteresowany, że aż Integra spojrzała na niego przez ramię i ściągnęła brwi. - Ja… nie miałam nigdy… żadnego. Ale nie żałuję – obrzuciła go dumnym spojrzeniem. – Można powiedzieć, że czekam na prawdziwą miłość. - Ja też czekałam – dziewczyna wróciła do elfa i zarzuciła mu ręce na szyję. - A tamtych pięciu? – zapytała Lin. - Och, to w zasadzie byli bardziej koledzy. Nadal z niektórymi utrzymuję kontakt. Ale jestem pewna, że ani z mojej, ani z ich strony nie była to żadna miłość. Dopiero teraz jestem zakochana – schyliła się i pocałowała Valanthego w usta. Enute i Aramis znów tylko się uśmiechnęli. Lin i Zan przytulili się jeszcze mocniej. On zaczął delikatnie całować w ucho. Atmosfera robiła się coraz bardziej przesłodzona. Nutria czuła się tu jak piąte koło u wozu. Przypomniały jej się dawne przyjaciółki i dziwna rola widza, jaką jej przeznaczały podczas swoich namiętnych imprez z chłopakami. Wstała, rzuciła od niechcenia, że jest jej duszno i musi wyjść. - Tylko uważaj – Valanthe oderwał się od Intergy żeby powiedzieć elficzce coś ważnego. – Herr Krystal zapowiadał, że jak złapie kogoś włóczącego się po nocy poza hotelem, bez ceregieli zakłada „kaczorkowi” blokadę. Szczególnie ostrzega dziewice, które mogą stać się obiektem uczuć młodych smoków. Choć dla ciebie Nutria to akurat nawet dobrze – przynajmniej będziesz miała chłopaka. - Długo nad tym myślałeś? – rzuciła mu na odchodne i trzasnęła drzwiami. Całe szczęście, że uwolniła się wreszcie od tego nadmiaru słodyczy. Z jednej strony Valanthe i Integra – w szkole raczej się nie pieścili, ale w prywatnym pokoju na wycieczce pozwolili sobie na wodospad uczuć. Z drugiej strony Zandar i Lin – ciemny elf chyba już od dłuższego czasu podkochiwał się w krasnoludzce. A czy Lin odwzajemniała jego uczucia? Z pewnością cieszyła się, że znalazł się ktoś, kto zaakceptował ją taką, jaką jest. To chyba miłe uczucie być przez kogoś kochanym. Zwłaszcza z wzajemnością. Za takie uczucie można wiele wycierpieć. „Czy ja jestem jakaś wybrakowana?” – pomyślała z goryczą Nutria ruszając szerokim korytarzem. W życiu miała tylko jedną osobę, która ją naprawdę kochała – swoją mamę. „Nawet mój ojciec mnie nie chciał” – przeszło jej przez myśl. Potrząsnęła głową z rozdrażnieniem. Matka zakazała jej o tym myśleć. Lepiej nie mieć ojca, niż mieć pijaka, zwyrodnialca, pedofila itp. „Wszystko, co mamy, zbudowałyśmy własnymi rękami, naszą miłością i ciężką pracą” – mówiła mama – „Jesteś moim największym skarbem, darem niebios. Ten pan oddał mi przysługę, że mi ciebie dał. I dobrze, że potem odszedł – nie mogłabym się tobą z nikim dzielić.” Nutria znów potrząsnęła głową. „Boże, o czym ja myślę! Nie potrzebuję chwilowo niczyjej miłości. Teraz chcę prosić tylko o przyjaciół, którzy mnie zaakceptują i z którymi będę mogła miło spędzić czas.” Zapragnęła się o to pomodlić. Nie widziała nic złego w nagłym gruchnięciu na kolana i modleniu się do Boga jak w kościele, ale nagle usłyszała ruch w pokojach i czyjeś niebezpiecznie zbliżające się głosy za drzwiami. Spłoszona uciekła do holu. Tam niestety dzieciaki z klasy Fibiego grały w tenisa stołowego. Z rezygnacją pchnęła drzwi i wyszła na taras. Zupełnie nie obchodził ją zakaz Herr Krystala. A noc była cudowna. Wiatr przegnał chmury i całą dolinę oświetlały gwiazdy. Jezioro srebrzyło się w blasku łagodnego księżyca. W oddali czynne wulkany zmieniały kolor nieba w purpurowy czyniąc tym niesamowity efekt. Nutria podeszła do balustrady i oparła się o stalowe, nagrzane jeszcze dniem belki. Jakiś smok zaryczał i umilkł. Miły dreszcz przebiegł jej po plecach. Gwałtownie wciągnęła powietrze i zachłysnęła się wolnością. Napadło ją szalone uczucie, by zrzucić całe ubranie i zanurzyć się w srebrnym jeziorze. Aby nikt jej nie widział, aby była sama, sama jak palec, ale tym razem żeby to była samotność z wyboru. Przeszła parę kroków, upewniła się, że nie może zobaczyć ją nikt z holu i padła na kolana. Zaczęła się modlić. Słowa jednak jakoś się nie kleiły. Nie mogła określić, w jakim jest nastroju i czego chce. Znów oparła czoło o ciepłą balustradę i wsłuchała się w ciszę. Była taka szczęśliwa, że wkrótce opuści tą szkołę, tych ludzi, a jednocześnie zła, że nie potrafiła przez te całe osiemnaście lat znaleźć sobie bratniej duszy. Znów przemknęło jej przez myśl pytanie, czy czegoś jej brakuje. Nie wytrzymała i powtórzyła je na głos. - Osobiście myślę, że to ten różowy kolor. Wyglądasz przez to na zdziecinniałą, Pieszczoszko. Nutria poderwała się z miejsca i chwyciła za serce. - Jezus Maria, co ty tu u licha robisz Mat? - Jak „Jezus Maria”, to nie łącz w to szatana, Pieszczoszko – Mat stał oparty o mur w miejscu, gdzie duży dach rzucał największy cień. Zupełnie ginął w mroku, jedynie krwistoczerwone oczy połyskiwały złowieszczo. Nutria poczuła się bardzo nieswojo. - Dlaczego mnie straszysz? – wyjąkała wściekle. - Ja ciebie straszę? Niby po co? W tej chwili to ja powinienem mieć do ciebie pretensję, że przerwałaś moje samotne rozmyślania. Ale jak widać oboje dzisiaj szukamy samotności – dodał nieoczekiwanie łagodnie. - T-tak – zgodziła się cicho. – Ale mogłeś powiedzieć, że tu jesteś, a nie skrywać się w cieniu i mnie obserwować. - Dlaczego uklękłaś? - Co?! - Pytam się, dlaczego uklękłaś. Chciałaś się modlić czy co? - Tak, coś w tym złego? - Wierzysz, że Bóg przyjdzie ci z pomocą, jak tylko o to poprosisz? - Bóg zawsze pomaga potrzebującym. Czasem po prostu nie zdajemy sobie z tego sprawy. - Jasne – Mat odwrócił wzrok. Krwawe białka znów błysnęły w świetle księżyca. Przez elfkę przebiegł dreszcz niezdrowego podniecenia. - A ty czemu się ukrywasz przed światem? – zapytała. - Mówiłem już, chciałem być sam. - Dlaczego? Gdy znów na nią spojrzał doznała dziwnego wrażenia, że nigdy tak naprawdę nie zdawała sobie sprawy, jaki on jest wysoki. Chwilę tak patrzyli na siebie, aż wreszcie Mat oderwał się od ściany i powoli ruszył tarasem przed siebie. Uszedł parę kroków, odwrócił się i spojrzał na Nutrię. - Co się stało między tobą a twoimi przyjaciółeczkami? – zagadnął. Elfka bardzo chciała go zignorować tak jak zrobił to on przed chwilą, ale potrzeba wywnętrzenia się była silniejsza. Zrównała z nim krok i zaczęła opowiadać dokładnie zdarzenia dzisiejszego dnia. Wydało jej się to zbyt niezrozumiałe i rozwinęła opowieść do dalszej przeszłości, przez upokarzające imprezy, wyjazdy rowerowe, rzadkie wychodzenie gdzieś razem, pierwszych chłopaków, aż wreszcie doszła do chwili, kiedy poznała swoje byłe koleżanki. Mat przez cały ten czas milczał, nie zachęcał do głębszych zwierzeń, ale i tak opowiedziała mu w najdrobniejszych szczegółach, co myśli o każdej z byłych przyjaciółek uzupełniając opis o wizję ochroniarza z dzisiejszego południa. Uśmiechnął się, ale odwrócił głowę, żeby nie widziała jego twarzy. Wreszcie Nutria straciła rozpęd i skończyła tyradę. Odetchnęła głęboko i dumnie splotła ręce za głową. - W życiu nie uwierzę, że ci to powiedziałam! - W życiu nie uwierzę, że tego wysłuchałem. - Błagam cię Mat, przynajmniej powstrzymaj się od komentarza! I, jeszcze jedno: nie powtarzaj nikomu co ci powiedziałam. Zachowaj to dla siebie, a jeśli kiedykolwiek będziesz próbował wykorzystać to przeciwko mnie, to przyrzekam, że cię zabiję. Nie żartowała. Zresztą, komu miałby to powtórzyć? Ale wykorzystać, żeby jakoś ją pogrążyć… - Przyrzeknij! - Przyrzekam – mruknął niechętnie. Chwilę szli w zupełnym milczeniu. Byli na tyłach hotelu, nieopodal wielkich metalowych drzwi do sali bankietowej. Jutro będzie tu dyskoteka. Nutria zastanawiała się, czy przypadkiem już nie wracać, ale Mat szedł ciągle naprzód. Znów gdzieś w oddali zaryczał smok. Elfka otrząsnęła się z dreszczy. Nie, nie mogła odejść póki nie wydobędzie z niego również jakiejś skrywanej skrzętnie tajemnicy. Muszą być jeden jeden. - A ty – zaczęła – dlaczego ty nie masz przyjaciół? Mat zatrzymał się. On również czuł, że powinien już wracać. Miał dziwne przeczucie, że jeśli się nie weźmie w garść, ta nocna przechadzka przy świetle księżyca może się źle skończyć… może się zdarzyć coś nieoczekiwanego, czego on naprawdę nie chce, żeby się stało, a już teraz opanowywało go takie niejasne wzruszenie. Nutria doznała dziwnego wrażenia, że ma minę, jakby chciał ją pocałować. Znów opanowały ja dreszcze podniecenia. W takiej chwili, w takim miejscu na pewno by się nie wzbraniała. - Ja… dlaczego nie mam… przyjaciół – wyjąkał wreszcie z trudem panując nad sobą. – Po prostu… ich nie potrzebuję. - A dziewczyny? Mat poczuł się jakby ktoś walnął w niego kamieniem. Że też o takie rzeczy przyszło jej pytać! Jakby się czegoś domyślała… Czego ma się domyślać? On jej nie lubi, szanuje tylko w pewien swój własny, matowy sposób i tyle. To czemu coś takiego jej przyszło do głowy?! - Nie znam żadnej, która by mi się dostatecznie podobała… Serce waliło mu jak młot. No dobrze, dużo dziewczyn mu się podobało, ale kłamał już tyle razy, że nie powinien tak śmiesznie reagować na jedno niewinne kłamstewko. - Może po prostu czekasz na prawdziwą miłość? Mat błogosławił noc, która skryła mocne wypieki wypływające na jego policzki. Po raz drugi dostał kamieniem i to mocno – w potylicę. W dodatku opanowało go jeszcze większe wzruszenie. Ze świstem wciągnął powietrze. W tej chwili po prostu rzuciłby się jej do gardła i udusił własnymi rękoma. Nie, lepiej nie, przy takim bezpośrednim kontakcie jego ciało może zareagować inaczej. Był nawet pewien, że zareaguje inaczej. A elfka…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
"Podwójna siła..." rozdział 12 — czytnik · opowiadania