Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 26 min czytania

"Podwójna siła..." rozdział 15

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

15. Ucieczka Fibiego

Do szkoły już rzadko kto przychodził. Najwyżej, żeby poprawić jakąś niewygodną ocenę lub po ostatnie wskazówki mistrza. Zresztą i tak większość nauczycieli przymykała na to oko. Nie miała za złe uczniom ostatnich klas viertorium i trytorium, że w domowym zaciszu przygotowują się do egzaminów. Mat pojawił się w szkole raz czy dwa. Przede wszystkim miał nadzieję spotkać tam Nutrię. Nie widzieli się od czasu romantycznej przygody nad jeziorem. Elficzka z pewnością unikała teraz jakiejkolwiek sposobności na widzenie się z nim, a on też za bardzo jej nie szukał. Musiał się uczyć, a miłość nie mogła mu w tym przeszkadzać. Stwierdził, że będzie miał dość czasu po egzaminach, aby przekonać ją do siebie… o ile jest to możliwe. Przynajmniej zawsze warto spróbować, zwłaszcza, że po przyznaniu się, uczucie zaczęło męczyć go coraz bardziej. Był coraz bardziej rozdrażniony i nieszczęśliwy. Miał nadzieję, że może Fibi potrafi mu pomóc. W końcu, w jakiś tajemniczy sposób znał Nutrię. Ale Fibi był wciąż obrażony, co dodatkowo doprowadzało Mata do furii. Fibi pożegnał się z kolegami i ruszył dziarsko w stronę domu. Szybko jednak przeszedł mu dobry humor. Przypomniał sobie o Macie i o tym, że od paru dni są pokłóceni. Mat nigdy nie był wcieleniem dobra, ale też nie zachowywał się tak podle. Ta Nutria… Fibi bardzo do serca wziął sobie jej sprawę. Bolało go, że brat nie chciał się nawet z nim podzielić tajemnicą, czemu ją tak wkopał. Przecież zrozumiałby nawet najgłupszy powód. W końcu są braćmi. Czemu Mat nie ma do niego zaufania? Młody mieszaniec przystanął i tępo wpatrzył się w chodnik. Jak burza, przez mózg przeleciała mu myśl, że może brat go nienawidzi. Błyskawice poraziły nerwy, a deszcz cisnął się do oczu. Fibi wiedział, że w obu rodzinach uchodzi za genialne dziecko. Nie rozpłakał się w dniu narodzin i dlatego został uznany za kogoś naprawdę wielkiego. Dziadkowie nieustannie powtarzali, że wyrośnie na czarnoksiężnika, że zawojuje świat. Wprawdzie rodzice starali się to wyrównać, ale i tak za każdym razem twarz Mata przeszywał skurcz zazdrości. Jak byli młodsi, Matrix uwielbiał zabierać Fibiemu zabawki i doprowadzać go tym do płaczu. Sam prawie nigdy nie płakał, a przynajmniej Fibi nic takiego nie pamiętał. Rodzice tysiące razy tłumaczyli im, że żaden nie jest ani lepszy, ani gorszy. Są tacy sami i rodzina kocha ich jednakowo. Fibiego jednak gryzło przeczucie, że brat nienawidzi go za te pochwały i z wizyty na wizytę stawał się coraz bardziej zazdrosny. Natomiast Fibrynogena zaczynało już to wszystko przytłaczać. Nie czuł się wcale lepszy, wprost przeciwnie. Uczył się o wiele gorzej od brata (pomijając matematykę lub informatykę). Coś w duszy mówiło mu, że zawodzi wszystkie nadzieje pokładane w nim. W głębi serca bał się stracić opinii wybitnej jednostki, ale czuł, że wcale taki nie jest. Jeśli chodzi o geniusz, to Mat prędzej zasługiwał na ten tytuł. Fibiemu nie zależało tak bardzo na ocenach i nauce. Chciał mieć przyjaciół i beztroskie dzieciństwo. Uczenie pamięciowe przychodziło mu z trudem, zapamiętanie czarów wymagało bardzo dużo czasu. Fibi westchnął i ruszył naprzód. Matrix nigdy nie dzielił się z nim, jakie to uczucie być „tym gorszym”. Między nimi panowało milczenie na ten temat i zdawało się prawie nie wpływać na ich codzienne stosunki. Fibiego jednak ostatnimi czasy szczególnie gryzła ta sprawa. Czuł, że to ona jest główną przyczyną podłego postępowania Mata. Tylko dlaczego nigdy nie chciał z rodzonym bratem o tym pogadać! Dowiedziałby się, że tak jak on chce być genialny, tak Fibi chce nareszcie być normalny. Fibi otworzył drzwi i wszedł do domu. Rzucił plecak i udał się do kuchni. Przyjrzał się kartce na lodówce zawsze zostawianej przez mamę, kiedy pracowała popołudniu: „Drodzy chłopcy, nie mam weny, podgrzejcie sobie wczorajszą zupę. Jeśli Mat chce coś ugotować, to bardzo proszę, będzie też na kolację. Mama” - Nie chcę jeść wczorajszej zupy – mruknął rozdrażniony Fibi. Wrócił po swój plecak i zatargał do pokoju. Przy biurku siedział Mat zakopany w stosy papierów. Fibi przyjrzał się uważnie jego plecom. - Nie chcę jeść zupy – powtórzył. - Nie ma nic innego – Mat nawet się nie odwrócił. - Nie mógłbyś czegoś ugotować? - Nie widzisz, że się uczę?! Jak jesteś taki mądry, to sam sobie coś ugotuj! Przez Fibiego przebiegł dreszcz. - Ale ja nie umiem. - Taki geniusz, a nie umie? Wstydź się! Ciekawe, co powiedzą na to dziadkowie. Więc jednak o to chodzi. - Wcale nie jestem… - chciał dokończyć „genialny”, ale jakoś nie mógł – Mat, ja… - Na wszystkich bogów, Fibi zamknij się! Nie odzywałeś się do mnie przez parę dni, dlaczego nie możesz teraz trochę pomilczeć? Nie widzisz, że starszy i mądrzejszy brat próbuje się uczyć?! Fibim zatrzęsło. On już chciał się przed nim wywnętrzyć, a ten na niego krzyczy i jeszcze go poniża?! - Mat, ty podła świnio! - Super! – Mat odwrócił się do brata – Naprawdę super pomagasz mi w nauce! Bądź tak łaskawy i nadal się na mnie gniewaj! Wprawdzie nie wiem o co, zapewne w tej swojej maleńkiej łepetynce coś wykombinowałeś, ale lepsze to niż stanie nade mną i męczenie mnie. Albo jesz zupę, albo pichcisz coś samemu! Ewentualnie też możesz w ramach protestu przeciwko zupie i złemu bratu uciec z domu! Wybieraj! Fibi zacisnął mocno zęby, żeby nie wybuchnąć płaczem. Chwycił szybko swój plecak i czym prędzej pobiegł do wyjścia. Mat słyszał, jak z całej siły trzasnął drzwiami. Trochę zaskoczył go ten nagły wybuch Fibiego, ale po chwili wzruszył ramionami i wrócił do nauki. Męczył się teraz nad dwupoziomowymi zaklęciami z nekromancji. Czytał je z dziesięć razy, próbował wczuć się w atmosferę i klimat każdego z czarów, ale szło mu dość ciężko. Rzucanie zaklęć jest jak czytanie wierszy – trzeba je rozumieć i wiedzieć, w jakim celu powstały. Następnie zajął się pisaniem analizy broni białych. Polegało to głównie na spisywaniu parametrów z różnych książek i było wyjątkowo nudne. Wtedy dopiero zaczął się zastanawiać nad Fibim. Tak po prostu, bez wyjaśnień, wybiegł z domu nawet nie próbując zupy. Doprawdy, żeby się obrażać z powodu jedzenia! Tak tylko Fibi potrafił zrobić. Ale gdzie on teraz jest? Ech, zapewne poszedł do któregoś ze swoich kolegów. Albo pobiegł do baru. Tylko skąd weźmie pieniądze? Ostatnio rodzice wszystko od nich pożyczyli. Mat odłożył długopis. Zaczynał się powoli martwić. Wstał i udał się do kuchni. Zupa faktycznie nie wyglądała zbyt zachęcająco, ale Matowi to nie przeszkadzało. Przełknął ją niemal bezmyślnie, zbyt zajęty swoimi sprawami sercowymi. Fibi jednak nie ma (chyba) żadnej panienki, do której wzdycha, więc zapewne sprawa obiadu jest dla niego bardzo ważna. W dodatku tacy młodzi chłopcy są bardzo drażliwi. Mat otworzył lodówkę i rozejrzał się dokładnie w zawartości. No dobra, coś można wymyślić. Wrócił do pokoju i rozejrzał się za czymś, w czym Fibi mógł notować telefony swoich kolegów. Nie był pewny, czy brat coś takiego prowadzi. Kiedyś, na urodziny dostał piękny, duży skórzany notes do zapisywania numerów. Ale czy jeszcze to trzymał? Niestety, albo Maleńki faktycznie nie spisywał numerów, albo nosił swój notes zawsze przy sobie. Matrix udał się do pokoju rodziców, gdzie przy telefonie leżał mały, zgrabny notesik mamy. W końcu znała się z mamami kolegów Fibiego, więc musiała mieć ich numery. Mat sięgnął po telefon i zaczął wydzwaniać do wszystkich znajomo brzmiących osób. I tym razem spotkała go klęska, nikt nie wiedział, gdzie może być Fibrynogen. Mat usiadł na łóżku rodziców i złapał się za głowę. Nie, Fibi nie jest taki głupi! Przecież nie musiał pójść akurat do tych kolegów, do których mama ma telefon. Na pewno wróci, zanim przyjdą rodzice. Jakby na odpowiedź usłyszał szczęk klucza w zamku. Poderwał się z miejsca i czym prędzej rzucił do drzwi. - Fibi?! - Nie, twój tata. W progu stał pan Thaviol. Mat starał się nie wyglądać podejrzanie, ale nerwowo zerknął na zegarek. Była już piąta, czyli Maleńkiego nie było już od trzech godzin. - Coś się stało? - N-nie, nic – skłamał szybko Mat. – Fibi tylko… wyszedł na chwilę do sklepu… i jeszcze nie wrócił… - I co, trochę się martwisz? Nie bój się, nic mu nie będzie. Nasza okolica jest wyjątkowo spokojna. Musiał widocznie spotkać kolegę. Ale minę masz faktycznie niewyraźną. Co ci jest? Czym się tak przejmujesz? - Ja… - wyjąkał czując, jak słowa mu więzną w krtani - …wysłałem go po wkłady… do pióra… bo są mi bardzo potrzebne… i dlatego… Nie mógł wytrzymać badawczego wzroku ojca. Spuścił głowę jak winowajca. - Ale ja nadal nie widzę problemu, Mat. Po prostu zadzwoń do niego. - T-tak, oczywiście. Czmychnął do pokoju. Mógł wcześniej zadzwonić na komórkę, ale wiedział, że i tak brat mu nie odpowie. Teraz wybrał numer i czekał na sygnał. Po chwili odłożył telefon z rezygnacją. Nikt nie odbierał. Za co Fibi aż tak się wkurzył? Za Nutrię? Za zupę? Za to niefortunne zdanie? Przecież Mat był skupiony i mówił „na brudno”. Nie trzeba było brać tego poważnie. Ale dzieci już takie są – większość rzeczy biorą na serio. Matrix wpatrzył się tempo w komórkę. A może Fibi poszedł do Niej? Serce Mata zabiło szybciej. Jak to dobrze byłoby znów usłyszeć jej śpiewny głos i zobaczyć jej piękną sylwetkę. Dlaczego nie doceniał tego, kiedy jeszcze chodził do szkoły i miał to na co dzień? Ehm, a może doceniał, tylko we własny sposób? Nie, nieważne, Ona nie jest teraz najważniejsza. Jeśli Fibi uciekł do Niej, to znaczy, że opowiedział jej różne okropności, które Mat powiedział i nie powiedział, i Ona teraz może go nienawidzić jeszcze bardziej niż zwykle. Co w końcu można pomyśleć o człowieku, który wyrzuca własnego brata z domu? Zadzwonił jednak i do Niej. - Słucham? – odezwał się nieśmiało jej słodki głos. Widocznie nie wiedziała, kto dzwoni. - Cześć, tu Mat… - Cześć… - nieśmiałość zamieniła się w ostrożność i rezerwę. - Słuchaj Nutria, mam bardzo ważne pytanie – zaczął prosto z mostu. – Widzisz, Fibi zniknął i chciałbym zapytać, czy przypadkiem go nie widziałaś. Może był u ciebie? Cisza. Nutria była zaskoczona, ale też jej ulżyło. A nawet poczuła coś w rodzaju sympatii do Mata. W końcu martwi się o Fibiego. - Niestety, nie widziałam go dzisiaj w ogóle. Ale jeśli pojawi się u mnie, na pewno do ciebie zadzwonię. A co się właściwie stało? - Też chciałbym wiedzieć. Po prostu sprzed trzema godzinami bez słowa wyszedł z domu i do tego czasu nie wrócił. - Och… czy mogłabym ci jakoś pomóc? Może mam go poszukać? Mat miał wrażenie, że serce za chwilę rozwali mu żebra. Tłukło jak oszalałe, a chłopak z trudem łapał powietrze. - Jeśli możesz, rozejrzyj się trochę po okolicy, proszę. Ja też chyba wyjdę go szukać. - Ok, to jakbym coś znalazła, to dam ci znać. To cześć! - Tak… a, Nutria, zaczekaj… - Hmm? „Kocham cię! Kocham cię! Kocham cię!” – chciało uciec z ust Mata, ale ten dzielnie zacisnął zęby. - N-nic… - wycedził – C-cześć. Wyłączył się i schował telefon do kieszeni. Wypuścił ze świstem powietrze. Ta rozmowa kosztowała zbyt wiele energii. Ale dość użalania się nad sobą! Mat zanurkował pod biurko, gdzie chował przed rodzicami ostatnie grosze. Następnie wybiegł do przedpokoju i szybko wciągnął buty. - Tato, wychodzę! – krzyknął już otwierając drzwi. - Hej, zaraz! A ty dokąd? – tata wychynął z kuchni, ale było już za późno. Jego najstarszy syn zbiegał już po stopniach nowoczesnego bloku na osiedlu przy ulicy Nestiego.

„Gdybym był Fibim, gdzie bym się przed sobą ukrył?” – zadawał sobie pytanie. Włóczył się po mieście zaglądając do każdego sklepu i każdego baru po drodze. Parę razy wszedł nawet do toalet i nieśmiało wymawiał imię brata. Próbował też dzwonić, ale po drugiej stronie ktoś ciągle zrywał połączenie. Przed oczyma miał coraz czarniejsze wizje. Zaczął nawet wypytywać przypadkowo spotkanych przechodniów. Zaczynało powoli się ściemniać. Mat kręcił się bez celu po jakimś mało uczęszczanym parku. - Hej, koleś, zgubiłeś coś k…a? – na murku siedziało trzech rosłych dresów. Każdy miał butelkę piwa w dłoni i papieros w zębach. Nie wyglądali przyjaźnie. Nie stanowili jednak jakiegokolwiek zagrożenia dla Mata. - Tak, szukam brata – mruknął. – Może widzieli panowie? Niski, też jest demonem, ma czarne włosy i czerwone oczy. Poza tym ma elfie uszy. - Hehe, demon z elfimi uszami! – zarechotali zgodnie młodzieńcy, którzy sami byli czystej krwi krasnoludami – A to co to za k…a mutant? - To żaden mutant, tylko mój brat! - Hehe, skoro twój brachol ma ucha, to ty też musisz mieć ucha jak u elfa! Ej, pokaż no je! – i jeden z nich, ten najbardziej pijany, wstał i ruszył w stronę Thaviola. Ten nawet się nie przeraził. Rzucił tylko oplątanie na wszystkich trzech panów i czym prędzej się oddalił.

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%