Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 41 min czytania

"Podwójna siła" rozdział 2

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

2. Donos Jak co dzień Mat wspinał się do szkoły po drewnianym rozbujanym moście. Nie śpieszył się. Komu by się śpieszyło na kulturę, matmę i alchemię? No dobrze, kultura może być nawet ciekawa. Będzie się całą godzinę wykłócał z Nutrią. Ostatnio mieli cykl lekcji o znanych romansach i musieli czytać jakieś bzdurne romansidła, potem jeszcze się nad nimi zastanawiać. Tak naprawdę to Mat nie miał nic przeciwko romansom, ale jeśli w dyskusji zabierała głos Nutria, był gotowy zmienić cały swój światopogląd byle być przeciwko niej. Ale nie żywił niechęci wobec tej literatury. Wiedział, że miłość to potężne uczucie, w końcu jego rodzice dla niej zdradzili swoje rody. Poznanie jej natury oznaczało poznanie człowieka. Tak, miłość władała potężną magią i potrafiła zwyciężyć nawet czarnoksiężnika, który pokonał z pozoru największego wroga żywych istot – śmierć, i stał się nieśmiertelny. Czy w końcu nie ona zabijała go, gdy widział ukochaną osobę starzejącą się i umierającą na jego oczach? Mat nie chciał nawet dopuścić do siebie myśli, że mógłby się zakochać. To przeszkodziłoby w jego błyskotliwej karierze. Więc kultura będzie ok, a na czwartej lekcji nekromancja! Ulubiony przedmiot Mata. Uczył tego stary czarnoksiężnik, który sam stał nad grobem. Nosił przy sobie gładką, białą czaszkę, z którą nigdy się nie rozstawał. Podobno należała do jego zmarłej siostry, znanej nekromantki Irwiny Nieśmiertelnej, która poświęciła swoje życie, aby zachować równowagę na świecie. Czy Irwina faktycznie była jego siostrą i czy brat opiekował się jej ciałem po śmierci, trudno stwierdzić, ale tajemnicza biała czacha zawsze połyskiwała groźnie z biurka mistrza Hamleta. Zapytany kiedyś, po co mu ona, odpowiedział: - Żebyście się pytali. Ale potem szepnął Matowi, że to szczególna czaszka i że Mat zrozumie to, kiedy stanie się potężnym nekromantą. Bo Hamlet wierzył, że Mateusz Thaviol zostanie w przyszłości potężnym czarnoksiężnikiem zajmującym się właśnie najciemniejszą stroną magii. Niektórzy złośliwcy (a byli wśród nich nauczyciele) twierdzili, że stary chce po prostu pozyskać wiernego sługę, który będzie go utrzymywał przy życiu. Ale Matowi bardzo odpowiadały te wszystkie pochlebstwa, których nie szczędził mu mistrz. Lubił te chwile, kiedy po lekcjach, w towarzystwie mistrza znajdował coraz to subtelniejsze metody na uśmiercanie myszy lub wskrzeszania motyli. Jedno skinienie głowy tego ciemnoskórego nauczyciela było warte tysięcy słów Herr Krystala. Wprawdzie Mat nie potrzebował opinii innych – i bez tego uważał, że jest genialny. To tyle, jeśli chodzi o głębsze refleksje młodego Thaviol tego dnia. Skończyły się drewniane stopnie i Mat stanął na pewnym gruncie zawieszonej w powietrzu szkoły. Poprawił torbę i wszedł do środka. Wczoraj pusty hol dziś wypełniony był rozgadanymi uczniami. Niektórzy odrabiali prace domowe, inni robili ściągi, młodsi zmieniali buty i zmierzali z nimi do szatni. Parki całowały się namiętnie po kątach, w miejscach, gdzie byli dobrze widoczni dla swoich przyjaciół. Mat uśmiechnął się krzywo. Przeszedł środkiem holu do windy i wraz z trzydziestoma innymi uczniami pojechał na czwarte piętro. Nowoczesny, w bliżej nieokreślonym stylu korytarz zaprowadził go wprost do sali 38. Dziwne, ale nikogo tam nie dostrzegł. Czyżby były jakieś zmiany w planie, o których nic nie wiedział? Starał się nie przyjść za wcześnie, spodziewał się, że cała klasa już będzie na miejscu. - Cześć – gdy tak stał i patrzył na zamkniętą salę podszedł do niego kolega z klasy – Zandar Ivellios. Był to ciemny elf, dlatego Mat mógł go ewentualnie tolerować. Na widok prawdziwych elfów włosy jeżyły mu się na karku. Ale ciemne elfy były w miarę w porządku, ponieważ nie było ich zbyt wiele. Miały ciemną skórę i ciemne, matowe oczy. Zandar był czarny jak noc. Podłużną, ostro zarysowaną twarz okalały długie, srebrne włosy, które czasem wiązał w kitkę. Jedno jego oko było ciemnozielone, drugie niebieskie. Był bardzo wysoki, a przy swojej chudości sprawiał wrażenie dwunożnej gąsienicy. Drowy, czyli ciemne elfy, fizycznie dojrzewały trochę później niż inne rasy. Prawdopodobnie jednak nawet gdyby ćwiczył latami, jego ciało nigdy nie nabrałoby odpowiedniej, męskiej tężyzny, jaką spotyka się u ludzi i krasnoludów, a zwłaszcza u ogrów. Nigdy nie szukał z nikim zwady, był klasowym lizusem. Nauczyciele lubili go, a Herr Krystal wprost szalał na jego punkcie. Reszta klasy za nim nie przepadała i przypominała sobie o jego istnieniu dopiero przed klasówką. - Jo – odpowiedział mu Thaviol. - Chyba wszyscy zwiali – szepnął cicho ciemny elf i westchnął. Tylko oni dwaj nie zostali powiadomieni o masowej ucieczce klasy. - Cóż – Mat wzruszył ramionami, - Chyba nie pozostało nam nic innego jak również sobie pójść. Zandar pokiwał głową. - To lepiej się pójdźmy zwolnić – postanowił. Mat ruszył za kolegą. Wychowawca na pewno puści ich do domu, jeśli tyko poprosi o to Zan. I faktycznie, Herr Krystal, ze łzami w oczach, wypisał im obu usprawiedliwienie. - Jak mogli mi to zrobić? – Zapytał patrząc błagalnie na Zandara. - Eee, widocznie są chorzy – ciemny elf pokiwał głową. - Widocznie – Herr Krystal pociągnął nosem – Dobrze, możecie iść, lekcji dzisiaj nie będzie. - To z pewnością nic poważnego – Zandar starał się pocieszyć zrozpaczonego nauczyciela. – Na pewno jutro już wszyscy będą. - Och, Zan – wychowawca rozpromienił się. – Jutro zrobię wszystkim taką milutką, niezapowiedzianą kartkówkę. Tylko ty i twój kolega o tym wiecie – zerknął na Mata. - Jeśli o mnie chodzi to będę milczał jak grób – mruknął Mat wykrzywiając usta w paskudnym uśmiechu. - D-dziękujemy – Zan zaczerwienił się. Szybko opuścił gabinet mistrza, aby nie wpaść w koleją kłopotliwą sytuację. - A gdyby udowodnić, że klasa nie jest chora, tylko zwiała? – wyszeptał Mat. Mistrz zerknął na niego spod popielatej grzywki. - Co ty znowu kombinujesz? - Nic, mistrzu. Chcę tylko wiedzieć, czy gdyby wskazać, gdzie podejrzana klasa obecnie przebywa, czy szkoła ukarałaby ją stosownie? - A ten, kto by ich wydał, dostałby wzorowe z zachowania? Mat, posłuchaj… - Ależ ja nic nie mówię, mistrzu – Mat zamachał rękami. – Chcę tylko, żeby mistrz odpowiedział na moje pytanie. - No cóż, jeśli szkoła wie, gdzie „uciekinierzy” przebywają, może skontaktować się ze służbami porządkowymi, które odstawią delikwentów do szkoły, a stosowna uwaga zostanie wpisana do dziennika. Mat, kurczaczku, ja cię proszę, nie wtrącaj się w nie swoje sprawy. Wszyscy wiemy, że klasa wagaruje, ale ty na tym tylko skorzystałeś. Wypisałem dla ciebie zwolnienie, ale równie dobrze mógłbyś mieć te wszystkie lekcje. Z dwoma uczniami da się prowadzić wykład. Pomyśl, ty nic z tego nie będziesz miał. Mat uniósł wysoko brwi. On może nie, ale przynajmniej inni dostaną za swoje. - Idziesz do domu? – zapytał Zandar, gdy Mateusz wyszedł z gabinetu. - Powiedzmy – mruknął – a ty? - Chyba tak. Będę się uczył do tej jutrzejszej kartkówki. - No to idź. Zostawił Zana na środku korytarza i pobiegł do zamykającej się windy. Na obrzeżach Neonowej Suburbii znajduje się mały lasek. W lesie tym została usypana górka ze śmieci zwana przez to śmieciówą. To miejsce, oraz jezioro wodnika Forkisa (który bezlitośnie topił wszystkich przedstawicieli rodzaju męskiego) było ulubionym miejsce spotkań dorastających pokoleń z Tilt. Młodzi ludzie spotykali się tu potajemnie i robili rzeczy, o które nie podejrzewaliby ich nawet rodzice. Jest to również miejsce spotkań klasowych, kiedy wszyscy wagarowicze przychodzą na śmieciówę i piją tak długo, póki nie zasną we własnych wymiocinach. Dorośli może wiedzieli, gdzie bawią się ich pociechy, a może magia tego miejsca pozwalała im zapomnieć grzechy młodości. Mat też wiedział. Dlatego zaraz po wyjściu ze szkoły udał się na skraj Neonowej Suburbii. Skorzystał z kolejki linowej – jednego ze sposobów transportu w Tilt, kolejki zawieszonej na linie sunącej nad zatłoczoną ulicą. Był dość późny ranek, więc wszyscy byli w pracy, lub jeszcze leniuchowali w łóżkach. W przedziale był sam. Siedział w kącie i oparłszy głowę na łokciu patrzył z góry na ruchliwe miasto. Z trudem powstrzymywał wybuch złości. Gdyby mógł, rzuciłby się na siedzenie i zdarł całą tapicerkę, następnie podarłby ją na drobniutkie kawałki i wyrzucił przez stłuczone okno. Ale nie, nie mógł tak postąpić. Sam na siebie był zły za tą wściekłość. Czemu jest taki wkurzony? Co go przecież obchodzą tamci? Niech zapiją się na tej swojej śmieciówie, pieprzą się z kim bądź, a potem niech wszystko zapomną z bólem głowy rano! Mat zacisnął pięści. Jak on ich w tej chwili nienawidził. Kolejka zniżyła lot i gładko wylądowała na krańcowej stacji w Neonowej Suburbii. Mat wyszedł z przedziału i rozejrzał się wokół. Rzadko przyjeżdżał w te okolice. Nie miał żadnych interesów na śmieciówie, a od jeziora wodnika Forkisa wolał się trzymać z daleka. Czasem tylko przyjeżdżały tu wycieczki szkolne na akcje sprzątania świata lub by ćwiczyć zaklęcia. Ruszył w stronę górki. Nagle zauważył między drzewami znajomą twarz. Widocznie klasie skończyło się piwo i wysłali kogoś do sklepu. Szybko wtopił się w drzewo, które przyjęło go z cichym szumem dezaprobaty. Obok niego przeszedł wielki, dobrze zbudowany ogr. Był to Oniteusz (imię wyjątkowo beznadziejne, znaczy w staroludzkim „skrzynka na listy”), jeden z klasowych przystojniaków. Teraz ten „przystojny” Oni był w takim stanie, że Mat z trudem powstrzymywał się od śmiechu. Seledynowe włosy, zwykle postawione na żel teraz były potargane i mokre od potu i piwa. Tak śmierdziało od niego tymi dwoma płynami, że kwiaty więdły w promieniu pięciu metrów. Sam z trudem trzymał się na nogach, widocznie perspektywa kupienia nowych flaszek utrzymywała go w pionowej postawie. W tej chwili wyglądał jeszcze głupiej niż zwykle. I to jest Oni, za którym szaleją dziewuchy? Oniteusz minął drzewo, w którym ukryty był Mat. Młody Thaviol wyskoczył na drogę i zaniósł się śmiechem. Następnie odwrócił się i pobiegł w stronę śmieciówy. Już z daleka słychać było głośne śmiechy pijanych. Mat zatrzymał się. Wyczuł barierę ochronną. Widocznie zanim poszli pić, zabezpieczyli się przed nieproszonymi gośćmi. Mat znów wniknął w drzewo. Miał niemiłe wrażenie, że nie poradzi sobie z tyloma barierami rzuconymi przez kolegów z klasy. Jeśliby próbował je przekroczyć zapewne zaatakowałyby go jakieś nieprzyjemne zaklęcia. Teleportacja też może być ryzykowna, a zresztą nie był pewny, czy dotarłby na miejsce w jednym kawałku. Teleportowanie stało się ostatnio bardzo ryzykowne ze względu na zanieczyszczone powietrze. Wobec tego Mat postanowił skorzystać z dobrodziejstw roślin. Kazał drzewu przeteleportować się do najdalej widocznego przedstawiciela tego samego gatunku. Tak przenosząc się z drzewa do drzewa wspinał się wciąż pod górę niezauważony przez barierę ochronną. Wreszcie dotarł na sam szczyt. Ostatnie drzewo znajdowało się nieco na zboczu, ale doskonale widać było z niego cały wierzchołek wzgórza. Mat ze swego ukrycia mógł obserwować wszystkich swoich pijanych kolegów. Zauważył, że nie tylko jego klasa uciekła z lekcji. Rozpoznał paru ludzi z innych klas. To dobrze, to bardzo dobrze. Nieopodal Matowego ukrycia leżała przewodnicząca klasy Lin Otzed. Tylko proszę sobie zaraz nie wyobrażać, że skoro urodziła się krasnalem, to była potężnie zbudowana i miała brodę! Proszę nie wierzyć w te bzdury opowiadane przez starych krasnoludów! Może miało to sens dwieście lat temu, ale nie teraz! Krasnoludki to, owszem niskie, ale słodkie stworzenia przypominające swoim wyglądem dwunastolatki z typowo kobiecymi kształtami. To niesamowite, że taka maleńka istotka potrafi unieść młot dwa razy większy od siebie. Przez wieki krasnoludy, zazdrośni o urodę swoich żon i córek, zamykali je w podziemiach i trudno dostępnych dolinach. Wraz jednak z postępem techniki i cywilizacji tajemnica krasnoludzich żon została odkryta. Niestety, wciąż w społeczeństwie istnieją pewne głupie stereotypy i wciąż można usłyszeć wyzwiska typu: „jesteś gruba jak krasnoludka!”. Wracając do Lin, ta również była dość niska, ale proporcjonalna. Była ładną, dość szczupłą dziewczyną z wyjątkowym odcieniem włosów, który nie da się inaczej określić niż… różowy. „Dość szczupła” to zbyt grzeczne słowo, a Mat lubi nazywać rzeczy po imieniu. Powiem więc szczerze, Lin była przeraźliwie chuda. Krasnoludka leżała na brzuchu i notowała coś w kronice klasowej. Prowadziła ją od pierwszej klasy trytorium i zapisywała dosłownie wszystko, co miało związek z klasą – ilość jedynek na sprawdzianie, który nauczyciel okazał się podły, kto z kim zerwał i dlaczego. Czuła się odpowiedzialna za prowadzenie kroniki, zwłaszcza teraz, kiedy była przewodniczącą klasy. Obok niej leżała jedna, wypita do połowy puszka piwa. Zapewne nie chciała tak się zalać jak reszta, albo planowała to zrobić trochę później, gdy odnotuje ucieczkę klasy. Zresztą piwo jest kaloryczne i przez to zabójcze dla wiecznie odchudzającej się istoty. - No nie no, Lin, ty jak zwykle coś tam bazgrolisz! – do krasnoludki podszedł Valanthe z uwieszoną u szyi Integrą. Valanthe był zastępcą przewodniczącej i, brr, elfem! Do tego jeszcze kolejny przystojniak klasowy. Podobno nawet miał własny fanklub. Mateusz nie wiedział, co się dziewczynom może podobać w tym mdłym, taniej urody elfie. Zrozumiałby jeszcze czemu elfice na niego lecą – w końcu to jedne z najgłupszych istot na ziemi, ale że normalne kobiety? Integra była dziewczyną Valanthego i człowiekiem. Otaczała go władczym ramieniem kobiety posiadającej drogocenny klejnot i z uśmiechem patrzyła na inne dziewczyny zieleniejące z zazdrości. W końcu to nie ona go poderwała, tylko on ją! - Zapisuję w kronice wydarzenia dzisiejszego dnia – Lin podniosła głowę i spojrzała na przystojnego elfa. - Zapisz, że Jena porzygała się już dwa razy. O, słyszę, że zaczyna po raz trzeci. Zapisz to. A Nutria ciągle płacze. Mat przeniósł wzrok na dalsze towarzystwo. Faktycznie, jedna dziewczyna bez zażenowania wymiotowała do rowu. Stała przy niej druga, również elfka – Nutria. Serce Mata zabiło mocniej. Zmrużył oczy. Nutria miała na sobie niebieską, wesołą bluzeczkę w kwiaty z rękawami do łokci i dżinsowe rybaczki. Stała przy Jenie i trzymała ją, aby przyjaciółka nie zatoczyła się i nie wpadła we własne wymiociny. Powolne łzy spływały po jej delikatnych, okrągłych policzkach i skapywały z trójkątnej bródki. Mat poczuł podłą satysfakcję widząc ją w tym stanie. Ciekawe, co zrobi Herr Krystal, gdy zobaczy swoją „kurkę” w takim stanie. Ciekawe, co zrobi jej matka. - O, Przylas wraca! – krzyknął wesoło Wagros, wynurzając się z krzaków w towarzystwie Dory. Wagros Reg też był krasnoludem, co oznacza, że miał potężne ramiona, nogi jak pnie dębów i swoją masywną postacią zasłaniał część krajobrazu. Był dość wysoki, mógł dorównywać wzrostem niejednemu człowiekowi, a na pewno był wyższy od swojej dziewczyny Dory. Ta była trollką, czyli rudą panienką z postrzępionymi, odstającymi uszami. A Przylas to nazwisko Oniteusza. - Heeeejoł! – krzyczał Oni podchodząc pod górkę. W ręku trzymał świeżo kupiony browar. Zaraz rzuciła się do niego cała klasa i goście. Nutria została z wymiotującą Jeną. - Oni przyszedł – poinformowała przyjaciółkę. - Oni! – jęknęła Jena. Skoro ogr się pojawił, znaczy, że będzie musiała się jeszcze trochę napić. - Trochę mi głupio – stwierdził Oni podchodząc do piszącej Lin. – Przecież wydajemy też pieniądze Mata i Zana. Powinniśmy byli im powiedzieć. Valanthe i Integra zaśmiali się. Mateusz zabijał ich wzrokiem. - Po co? – zapytał Valanthe. – Chciałabyś mieć tu pedalskiego niewieściucha i Elfiastego? O nie, na imprezki gdzie jest tych dwoje ja nie przychodzę! - Valanthe! – krzyknęła Integra, ale elf szybko się schylił i zaczął całować usta swojej dziewczyny. Oczy Mata były wąskie jak szparki. Nienawidził, jak ktoś nazywał go „Elfiastym” i zapewne dlatego połowa szkoły tak na niego wołała. - Tak, ale to też ich pieniądze – Oni zwalił się ciężko na trawę. – Przecież wziąłem z klasowych. Lin nic nie odpowiedziała, tylko pochyliła się nad kroniką. Ona też miała wyrzuty sumienia. Jako przewodnicząca chciała jak najbardziej scalić klasę, ale wielu kolegów nastawało na to, aby nic nie powiedzieć Zandarowi, żeby sam się męczył w szkole i „wkręcał się w tyłek” nauczycielom. A Mateusza nie zawiadomiono, ponieważ na pewno by się nie napił, tylko siedział i uważnie obserwował innych, żeby potem znajdować rozkosz w wypominaniu im, jak się głupio zachowywali. Po prostu nie umiał się wyluzować i nie rozumiał idei picia. Mateusz Thaviol i Zandar Ivellios byli klasowymi wyrzutkami. - Oni, daj spokój – do grupki podeszła Moron, dziewczyna Oniteusza. Objęła go od tyłu i położyła głowę na jego wielkim ramieniu. Bardzo jej imponowało, że ma takiego silnego i dużego faceta. - Zandarka byś tu chciał mieć? – pytała dalej wtulając się w śmierdzącą alkoholem bluzę – On by się musiał mamusi zapytać, czy mu wolno przyjść. Wszyscy wybuchli śmiechem. Lin pochyliła się jeszcze niżej nad kroniką. - A Elfiastego? Hmm, jeszcze by mnie przeleciał! W dodatku na trzeźwo! – nie wiadomo czemu Moron uznała to również za bardzo zabawne, a reszta rechotała za nią. - Daj! – Jena chwiejnym krokiem podeszła do Oniego i rzuciła się na foliówkę z piciem. Jednak źle wymierzyła odległość i upadła na miękką trawę nieopodal Lin. Grupa śmiała się jeszcze głośniej. - Jena! – natychmiast obok przyjaciółki pojawiła się Nutria, która pomogła jej stanąć na nogi. Widok różowej elfki był kolejnym pretekstem do śmiechu. - Nutria, czemu płaczesz? – zapytał z fałszywą troską Valanthe. - Żebyś się pytał – odburknęła mu wściekle, a łzy popłynęły silniejszym strumieniem. Jena zatoczyła się i znów wylądowała w trawie. Przystojny elf puścił Integrę i spróbował sparodiować rzucającą się koleżankę. W rezultacie sam wylądował na ziemi. Oni, Moron, Wagros i Dora turlali się ze śmiechu po zboczu. Integra pisnęła i rzuciła się na chłopaka. Za chwilę leżeli na sobie i całowali namiętnie. - Oni! Pić! – Jenie znów się udało wstać. - Masz coś do mojego chłopaka? – Moron podeszła do Jeny i przyjrzała jej się groźnie. - Niech mnie przeleci tylko da mi pić! – Jęknęła Jena. Pijana Moron uderzyła przyjaciółkę w twarz. Obie rzuciły się na siebie z rykiem. Zaczęły się szarpać za włosy. Lin złożyła kronikę i wstała. Podeszła do płaczącej Nutrii. - Chodź – pociągnęła ją za rękę. - Ale Moron i Jena… - Chodź, przespacerujemy się trochę. One zaraz dojdą do siebie. Krasnoludka i załamana elficzka zaczęły schodzić z górki. - Czy oni robią to, co ja myślę? – wrzeszczał Oni wskazując na Integrę i Valanthego. - Idźcie w krzaki – dawał dobre rady Wagros. – Ja tam przed chwilą byłem z Dorą. Mat przewrócił oczyma. I to jest ta „super imprezka”? Wszyscy zalani, niepanujący nad sobą, gadający i robiący bzdury? I on miał żałować, że na niej nie jest? Spokojnie, on też wtrąci swoje trzy grosze do ogólnej zabawy. O tak, będzie się świetnie bawił. Niech tylko nastąpi gwóźdź programu. Przeteleportował się drzewami w dół. Wyszedł i otrząsnął się. Nie lubił scalania z jakąkolwiek żywą istotą. Gdy siedział w drzewie na górze, zaczęły już przez niego przepływać życiodajne soki. A gdyby roślina miała korniki? Mat wolał nawet o tym nie myśleć. Teraz najważniejsze było podkręcenie atmosfery na śmieciówie. Mat udał się na pocztę. Może to dziwne, że w czasach internetu i wysoko rozwiniętej technologii instytucja taka jak poczta nadal istniała, ale wciąż byli ludzie, którzy woleli wysłać list, albo nadać paczkę. Mat kupił kartkę papieru, kopertę i znaczek. Usiadł przy jednym z wolnych stolików ze starą maszyną do pisania. Oparł głowę na rękach i zaczął się zastanawiać. Jak tu napisać anonimowy donos na swoich kolegów? Najlepiej zacząć od słów: „uprzejmie donoszę” i zakończyć bez podpisu. Mat obejrzał swoje dłonie. Należałoby samemu się zabezpieczyć, aby nikt w żaden sposób nie wykrył, kto jest nadawcą. Mateusz sięgnął do torby po chusteczki, przez które chciał pisać na maszynie. Wtedy przypomniał sobie, że na najwyższej półce w szafie rodziców, tuż obok batystowego szalu mama trzymała czarne, aksamitne rękawiczki. Chłopak skupił swój umysł na obrazie tych rękawiczek i miejscu, w którym się znajdują. Wypowiedział zaklęcie w…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%