Fantastyka · 50 min czytania
"Podwójna siła..." rozdział 4
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
4. Napój miłosny - Mamo, nie idę dzisiaj do szkoły! – zakomunikował Mat zakopując się głębiej w pościel. - A co kochanie, jesteś chory? - Tak, bardzo – chłopak przylgnął do ciepłej poduszki i zapadł w półsen pełen erotycznych wizji. - Tak, jest chory na blokadę! – Fibi już ścielił sobie łóżko. - Mateusz! – do pokoju wszedł zaniepokojony tata. Pochylił się nad swoim starszym synem, odgarnął kołdrę i sprawdził temperaturę. - Nie, nie jesteś chory. Ale trzeba przyznać, masz spore wypieki. - To od całonocnego płaczu i użalania się nad sobą – mruknął Fibi i dostał poduszką. Mateusz już rozważał, jakim zaklęciem potraktować brata, ale przypomniał sobie o blokadzie i cicho zaklął. Fibrynogen wywalił język na całą długość i wrócił do składania prześcieradła. Mat mógł tylko zacisnąć pięści ze złości. Blokada na szyi skutecznie blokowała również wybuchy demonicznej furii. - Już, wstajemy – rozkazał wesoło ojciec wyglądając przez okno. – Dziś jest piękny dzień! Może za dobre sprawowanie zdejmą ci blokadę? - Nie zdejmą – Mat wygramolił się z łóżka i zaczął wciągać spodnie. – Prawdopodobnie gdyby nie wyraźne przepisy, kazano by mi to nosić do końca roku. - Ja jestem za – mruknął Fibi. Mateusz otworzył z niechęcią szafę. Od piątku chodził w długiej bluzie zapinanej pod samą brodę. Niestety, po wtorkowym treningu bluza była tak mokra, że matka bez pytania ściągnęła ją mu przez głowę i natychmiast wrzuciła do prania. Właśnie, a propos treningu w klubie. Mateusz udał się tam w piątek, zaraz po lekcjach. Całe szczęście nikt go nie znał. Mistrz tańca nie przejął się nieodpowiednim strojem (Mat nosił dość obcisłe ciuchy, żeby podkreślić swoją wysmukłą figurę). Przez pierwszą godzinę szło całkiem nieźle. Taniec hip-hop nie był taki trudny, jak się z początku mogło wydawać. Jednak po godzinie otworzyły się drzwi i wszedł Oniteusz Przylas. Mateusz jęknął, ale nie dało się już przed ogrem uciec. Oni zrobił wielkie oczy i wyciągnął palec wskazujący, czym wywołał małe zamieszanie wokół Mata. - Ty tu?! – Wrzasnął. - Widzisz – mruknął zażenowany Mat – mimo twojej obecności klub nie stracił na wartości. Oniemu trochę zajęło zrozumienie, że półdemon go obraził. Nie odzywali się do siebie do końca zajęć. Potem ogr szybko się przebrał i wyszedł. Mat musiał jeszcze pokłócić się telefonicznie z Fibim, który kategorycznie odmawiał upieczenia pizzy samemu. Mieli to zrobić razem, albo rodzice na kolację dostaną suchy chleb. Normalnie Mateusz walnąłby go jakimś silnym zaklęciem, które przechodzi przez linie telefoniczne, ale teraz musiał się ograniczyć do „uprzejmych” słów. Wreszcie wyłączył komórkę i opuścił klub. Zastanawiał się, jak dokończyć kłótnię i zmusić Fibiego do ugniecenia ciasta, kiedy usłyszał czyjeś przytłumione, złowieszcze szepty. Zatrzymał się i powoli rozejrzał wokół. Był już wieczór. Klub znajdował się na osiedlu, gdzie bloki budowane były ciasno pozostawiając mało miejsca na jakiekolwiek oświetlenie. Pojedyncze lampy rzucały światło na parkingi i wyjazdy z uliczek. Ścieżki między blokami pozostawały więc ciemne. Niebezpiecznie było chodzić tu samemu wieczorem. Zazwyczaj Mat się nie przejmował, w końcu górował nad napastnikami (którymi zazwyczaj byli jacyś uciekający ze szkoły frajerzy) wiedzą zaklęć i podstawowymi technikami walki. Nie spodziewał się, żeby któryś z wyrośniętych chłystków znał jakiś silniejszy czar niż przywołanie noża ze swojej kieszeni. Postąpił więc odważnie naprzód w stronę ciemnej plamy przy ścianie posępnego bloczyska. Z miejsca rozpoznał napadniętego – ten idiota Oniteusz Przylas! A napastnicy? Mat zmrużył oczy. Też ich znał. Byli to tzw. weißi (po smoczemu weiß = biały), największe lumpy w szkole. Nosili białe, pseudomarkowe dresy i byli wyjątkowo głupi i lumpiaci. Ich ulubioną rozrywką były drobne kradzieże i bójki, a sportem zwiewanie przed policją. A przede wszystkim byli to dobrzy znajomi Fibiego. Kiedyś mieli starcie z Thaviolami. Wkurzony piętnastoletni Mat grzmotnął w nich zaklęcie osłabienia. Rzecz jasna Weißi o czymś takim jak nekromancja w życiu nie słyszeli, a wycieńczony tego typu, choć banalnie prostą magią, nie mogli podjąć próby obrony. Ogłuszeni i zdezorientowani Weißi nie mieli żadnych szans, gdyby nie Fibrynogen, który stanął w ich obronie. Nawrzeszczał na brata, a potem użył swojego elfiego uroku, aby wytłumaczyć wszystkich przed policją. To niesamowite, ale w malutkich sercach Weißów powstało coś na kształt wdzięczności, które potem przerodziło się w sympatię. Postanowili, że nigdy nie zrobią mu krzywdy i pomogą gdy tylko o to poprosi. Za to Mata uznali za swego śmiertelnego wroga, numer dwa na liście (zaraz po policji) osób, którego kiedyś trzeba zabić, ale chwilowo się przed nim ucieka. Przerażał ich swoimi zdolnościami i jednocześnie potwornie wkurzał. - Jo koledzy! – Powiedział Mat stając znienacka za jednym z Weißów. Ubulungen podskoczył i szybko odwrócił się. W ręku trzymał nóż. Mordercze narzędzie jednak wypadło mu z ręki, kiedy rozpoznał Mata. - Mateusz! – Krzyknął przerażony Oni. - Co znowu kombinujecie? – Zapytał uprzejmie Thaviol. – Chyba nie spotkaliście się tu towarzysko? Mateusz nie zgrywał bohatera, gdyby Oniego zaatakował ktoś silniejszy, przeszedłby obok patrząc w inną stronę. Ale Weißi to Weißi. Zawsze warto im przywalić, choćby dla poćwiczenia podstawowych technik. - Spieprzaj stąd Elfiasty – mruknął Mieczek. – Jesteś bratem Fibiego, to ciebie zostawimy w spokoju. Ale wywalaj stąd i nikomu ani słowa! Pogroził mu nożem. Mat tylko się uśmiechnął. Ten uśmiech lekko zaniepokoił Weißów. Zazwyczaj nikt się nie śmieje, kiedy jest napadany i mu grożą. Ale Mat zawsze zaskakiwał Weißów. Niestety, to były dla nich tylko niemiłe niespodzianki. - I co szczerzysz zęby Elfiasty? – zaniepokoił się Ubulungen. - Po pierwsze – zaczął Mat – nie nazywaj mnie „Elfiasty”, bo tego nie lubię. Powinieneś się cieszyć, że jestem zadowolony z tego spotkania. Gdybym był wkurzony, to byłoby z wami o wiele gorzej. Weißi zerknęli na siebie. Wprawdzie nie wiedzieli, że Mateusz miał pierwsze miejsce w okręgowym konkursie wywoływania, że miał prawie najlepszą średnią w szkole (matma trochę ją obniżała) i w przyszłym tygodniu miał odebrać nagrodę za niesamowite osiągnięcia młodych czarodziei (udało mu się wskrzesić motyla), ale jedno spojrzenie w gadzie oczy wystarczało, aby uznać go za ogólnie niebezpiecznego typa. Młodzieńcy w dresach jeszcze raz w swoim narzeczu poprosili go o nie wtrącanie się w nie swoje sprawy. - Idioci – Mat zaśmiał się. W myśli już wypowiadał zaklęcie. Zacisnął pięść, ale nie poczuł charakterystycznego przepływu mocy. Dopiero teraz przypomniał sobie o blokadzie. Nagle cała pewność siebie gdzieś wyparowała. Mat zdał sobie sprawę, że jest kompletnie bezbronny. Jak mógł o tym zapomnieć! Po jaką cholerę narażał się Weißom? Dla jakiegoś głupiego ogra? No, ale Weißi o tym nie wiedzą. Trudno, trzeba zacząć improwizować. - Władco chaosu, władco zła – zaczął grubym, złowieszczym tonem – władco upiorów, władco diabłów, władco nieskalanej nicości… - Co on robi? – zaniepokoił się Sah. - Wywołuje chyba złą energię – Mieczek skrzywił się, starając sobie przypomnieć coś, co kiedyś usłyszał, gdy jeszcze pojawiał się w szkole. – Demony chyba coś takiego umią. Gdy się bardzo wkurzą, wołają chyba diabły do pomocy. - Władco demonów, władco mój… - kontynuował Mat. Oczy miał zamknięte, ale powieki niebezpiecznie mu drżały. Oddychał nierówno, głośno wciągając powietrze przez nos. Z buzi popłynęła stróżka śliny, Weißi patrzyli na niego z niepokojem. - Ej, to może my się zmyjemy? – zaproponował niepewnie Arnitus. - Tak, taa… - Ubulungen i Sah chętnie pokiwali głowami. - … zmień moją krew w ogień a ciało w rozgrzany miecz… - Chodźmy stąd – Weißi wymienili spojrzenia i chętnie ruszyli się z miejsca. Oni od dłuższej chwili ze zdziwieniem przyglądał się Matowi. Coś mu tu nie pasowało. Przecież Elfiasty… - Mat, przecież ty nie możesz czarować! Masz blokadę! – krzyknął z przerażeniem, zdając sobie nagle sprawę, że zaklęcie nie może zadziałać. Mateusz syknął i złapał się za głowę. - Oni, gdyby rozdawano nagrody za głupotę, ty byłbyś faworytem. W jednej chwili obrócił się i z całej siły kopnął zdezorientowanego Mieczka w tors. Niespodziewający się ataku poleciał do tyłu jak torpeda i rozpłaszczył się na ścianie budynku. Do pozostałych właśnie docierały słowa Oniteusza. Wściekle rzucili się na Mata. Temu nie pozostało nic innego jak tylko jeszcze raz odwrócić się i uciec. Ale oto Ubulungen oberwał z pięści prosto w szczękę. Oni nie był może zbyt rozumny, ale jeśli chodzi o walkę to bystrości nigdy mu nie brakowało. Napastnicy zajęli się Matem, zapominając o nim. Uderzenie było tak silne, że Weiß usłyszał łamanie własnych kości. Zatoczył się i splunął krwią. Ogr dopadł go i zaczął z całej siły okładać pięściami. - Oni! – usłyszał krzyk ściganego przez pozostałych dwóch Mata. Szybko wyrwał Ubulengenowi nóż i pobiegł intuicyjnie w stronę skąd dosłyszał wołanie kolegi. Mateusz sądził, że tam, dokąd biegnie jest wyjątkowo ciemna ścieżka, ale nagle miał niespodziewane zderzenie ze ścianą. Odwrócił się błyskawicznie. Czemu nie odziedziczył po ojcu elfich oczu ze zdolnością infrawizji? Lepiej byłoby mu teraz ocenić odległość między nim a napastnikami. Nie miał jak się bronić. W Tilt zakazane było noszenie jakiejkolwiek broni. Wyjątkami była tylko policja, gwardia porządkowa i kapłani. Mat zasłonił się rękami i ukucnął. Skoro on nie widzi w ciemności, to może Weißi też. Żaden z nich nie był chyba elfem. Może uda mu się jakoś przemknąć niezauważonym pod ścianą domu. W końcu ubrany był cały na czarno, jedyne co mogły go zdradzić to krwistoczerwone oczy. Weißi jednak wiedzieli dokładnie, gdzie pobiegł Elfiasty. Mat poczuł jak ktoś boleśnie chwyta go za włosy. Chwycił napastnika. Ostry nóż przeciął mu skórę na rękach. Mat wrzasnął. - A masz! - Auuu! – przeciwnik nagle zwalił się na Mata głośno wyjąc. To Oni, dobrze wymierzając po ciemku rzut, trafił Weißa nożem prosto w łydkę. Mat wygramolił się spod Arnitusa. Zobaczył nad sobą postać Saha. Z całej siły wyrzucił pięść w powietrze, uderzając napastnika wprost w krocze. Ten zawył i skulił się z bólu. Mat zerwał się z miejsca. - Mat! – poczuł na sobie rękę Oniego. - Zwiewamy stąd! – rozkazał szybko. Krew ciurkiem ciekła mu z nosa i ust i skapywała z pokrwawionych palców. Biegli jednak przed siebie, nie zatrzymując się dopóki nie znaleźli się na ruchliwej ulicy Wielkiej Dzielnicy. - Mat! – Oniteusz dyszał ciężko. – Uratowałeś mi życie! Mat zaśmiał się gorzko. Tak naprawdę to ogr uratował jego! Po ciemku głupi Weißi mogli trafić nożami we wszystko. - Co ty tam robiłeś? – zapytał wycierając krew z ust zakrwawioną ręką. - Napadli mnie i chcieli skroić piątaka. - Fajnie! – Mat nie przestawał się śmiać – Trzeba było im je dać! - Chciałem, ale wtedy pojawiłeś się ty i mnie uratowałeś! Ocaliłeś mój honor, Mat! - I twojego piątaka. Tę chwilę przypominał sobie Mat stojąc przed szafą i gapiąc się w bałagan jaki on i Fibi zrobili ze swoich ubrań. Wreszcie dostrzegł gdzieś w rogu ściśnięty i mocno zmięty golf. Wydobył go na powierzchnię. Podniósł, rozłożył i obejrzał. Golf był tak zgnieciony, jakby wyciągnięto go nie z szafy, ale psu z gardła. Mat nie mógł skorzystać ze swojej mocy i go wyprasować. Odwrócił się więc w stronę brata. Fibi właśnie pakował się do szkoły. - Wyprasujesz mi to? – zapytał Mat ze słodkim uśmiechem. Fibi zerknął na niego. Następnie zwrócił twarz w stronę okna i popadł w głęboką zadumę… - No już! – Mat starał się być miły jak nigdy. – Przecież nic cię to nie będzie kosztowało. Udowodnij, że potrafisz czarować. Fibrynogen odwrócił się do niego i uśmiechnął. - Oczywiście! – krzyknął radośnie i rzucił zaklęcie na ubranie brata. Mat zobaczył, jak nogawki jego spodni szybko zmieniają kolor z czarnego na różowy. Barwa szybko wspinała się w górę, a kiedy dotarła do pasa, przeskoczyła na golf, który też zaraz szybko się zaróżowił. - FIBI! Mat rzucił ubranie, podbiegł do brata i chwycił go za kołnierz. Zaczął nim boleśnie potrząsać. - Cofnij zaklęcie! - Duszę się! - Cofnij to cholerne zaklęcie! - Puść mnie! – płakał Fibi. Wisiał bezbronnie parę centymetrów nad ziemią. Kołnierz, za który ciągnął go brat, boleśnie wbijał się w szyję. Fibi z trudem łapał oddech. - Co tu się dzieje? – na progu stała mama. W jednej ręce miała patelnię, w drugiej niebezpiecznie uniesioną różdżkę ognia, używaną zazwyczaj do odpalania kuchenek gazowych. Mat puścił Fibiego, który zwalił się ciężko na podłogę i zaczął kaszleć. - Spójrz! – Mateusz rzucił w jej stronę różowiutki golfik. Następnie usiadł na podłodze obok kaszlącego Fibiego i skrzyżował ramiona. - Nie idę dzisiaj do szkoły, bo nie mam w co się ubrać! – obwieścił. Demonica spojrzała na niego zdziwiona i wybuchła śmiechem. - Mówisz dokładnie jak ja, kiedy byłam w twoim wieku – śmiała się. – Odmawiałam pójścia do szkoły, ponieważ nie miałam najmodniejszych ciuchów. - Tu nie chodzi o modne ciuchy, mamo – Mateusz skrzywił się. – Ja nie chcę, aby cała szkoła wiedziała, że mam blokadę. I tak już ci idioci z mojej klasy wiedzą. Ale w różowych rzeczach chodzić nie będę! Czy nie został już dość upokorzony? Mama podniosła golf i przyjrzała się mu. - To twoja robota, Fibi? – zwróciła gadzie oczy na drugiego syna. Fibi tylko pokiwał głową. Kaszel już mu przeszedł, ale nadal nie ruszał się z podłogi. Czekał na reakcję mamy. Ta kobieta była nieprzewidywalna. Potrafiła wybuchnąć z byle powodu, a niekiedy odpuszczała najgorsze rzeczy. Dziś na szczęście była w dobrym humorze. Uśmiechnęła się i zaczęła przywracać golfowi jego prawdziwy kolor. Mat szturchnął brata łokciem i wskazał na swoje różowe spodnie. Fibi musiał również przywrócić je do poprzedniego stanu. - Chłopcy, – mama pogroziła Fibiemu różdżką ognia – jak można traktować was poważnie? - Dzięki Fibi – Mat wstał i poprawił czarne spodnie. – Dziś chyba pójdę w twoich rzeczach. Albo może w ogóle nie pójdę. Mamo! – zwrócił się w stronę matki – Nie chce mi się iść do szkoły! Mam dziś alchemię i nekromancję… - No i właśnie dlatego pójdziesz – mama rzuciła mu golf. – Nie potrzebujesz mocy na alchemii. To piękna nauka ucząca wykorzystywać prawa przyrody, a eliksiry sporządzasz korzystając tylko z własnej wiedzy. Magia jest już zaklęta w symbolach i znakach, a ty tylko ją wykorzystujesz. Przyda ci się ten powrót do natury i istoty rzeczy… - Kochanie, mleko się przypala! – usłyszeli przerażony krzyk ojca z kuchni – Wyłączę, ok? I jeszcze rozłożę naczynia bo nie wiem, kiedy nasi milusińscy zechcą się ruszyć. - Już do ciebie idę! – krzyknęła mama i rzuciwszy ostatnie groźne spojrzenie, wyszła. Mat i Fibi odetchnęli z ulgą. Obeszło się bez krzyku. - Coś ostatnio mama jest bardzo łagodna – stwierdził Fibi. – Nawet nie wrzeszczała na ciebie, kiedy przyszedłeś w czwartek z blokadą. - Widocznie dała sobie podwyżkę – mruknął Mateusz wstając. Lista codziennych przykrości została otwarta! Wreszcie po śniadaniu młodzi Thaviol wyruszyli do szkoły. Matowi nie udało się przeforsować, żeby go zwolniono. Po drodze rozważał ucieczkę, ale stwierdził, że nie będzie się zniżał do poziomu swoich znajomych. Będzie musiał przeżyć swoją ukochaną lekcję – nekromancję i tylko przyglądać się, jak inni rzucają zaklęcia. Usiądzie sobie przy akwarium, gdzie lata jego wskrzeszony motyl i pogada sobie z kimś na swoim poziomie. Wprawdzie nie odziedziczył po tacie zdolności rozumienia mowy przyrody (widocznie geny demonów były zbyt silne), ale między nim a motylem istniała pewna więź, jaka zawsze istnieje pomiędzy twórcą a stworzonym. Pierwszą lekcją miała być kultura. Jak już wcześniej wspomniałam, na kulturze klasa poznawała największe dzieła literatury i sztuki. Uczyła się jeszcze historii i poznawała typowe problemy gnębiące istoty rozumne na całym świecie. Ostatnio tematem rozważań klasy IIIc były romanse i ich oddziaływanie na życie polityczne. Głównymi lekturami były więc „Romeo i Julia” oraz „Tristan i Izolda”. Mistrzyni Aldona Wallenrod prowadziła lekcje w formie dyskusji. Uważała, że nic tak nie rozwija jak porządna i światła rozmowa. Zachęcała uczniów, starała się podsuwać im ciekawe tematy. Ale uczniowie, jak to uczniowie, rzadko włączali się w dyskusje. Dla nich lekcja bez pisania czy ćwiczeń była lekcją wolną. Dlatego w klasie panował zazwyczaj harmider, powszechne odrabianie pracy domowej, a w dyskusji brało udział zaledwie parę osób. - Przeczytaliście „Dzieje Tristana i Izoldy”? – zaczęła mistrzyni opierając się całym ciężarem na biurku – Bardzo jestem ciekawa, jakie są wasze odczucia. Klasa wydała cichy pomruk. Rzecz jasna, trzy czwarte nawet nie zadało sobie trudu pójścia do biblioteki i wypożyczenia lektury, a co dopiero przeczytania. Aldona spojrzała błagalnie na klasę. Usiadła i oparła głowę na łokciu. Był to jej zwyczajny odruch, więc na policzku miała już czerwone wgniecenie. Otworzyła dziennik i zaczęła łowić wzrokiem jakiegoś osobnika z małą ilością ocen. Jej małe, migdałowe oczka zaczęły niebezpiecznie zwalniać. - Mistrzyni, ja się zgłaszam! Aldona uniosła głowę i zobaczyła delikatną rączkę Nutrii uniesioną wysoko w górę. Uśmiechnęła się. Panna Lafiflet miała taką miłą, romantyczną naturę. - Proszę, chętnie cię posłuchamy. Nutria wstała, wyprostowała bluzeczkę, poprawiła włosy i zaczęła: - Lektura pt. „Dzieje Tristana i Izoldy” bardzo mi się podobała – mówiła standardowo. – Szczególnie romans między królową Izoldą a Tristanem. Wydało mi się wyjątkowo romantyczne… - Daj spokój! Przecież oboje byli pod wpływem eliksiru! – zauważył cierpko Mat. - No i co z tego? – elficzka natychmiast zwróciła na niego gniewne spojrzenie. - To z tego, – westchnął Thaviol – że nie ma w tym nic romantycznego. Musieli się kochać, bo po wypiciu eliksiru spojrzeli akurat na siebie. - Ale to było im przeznaczone. - Nie sądzę, żebyś ty chciała zakochać się w kimś wbrew swojej woli, tylko dlatego, ze wypiłaś jakiś tam eliksir. Nie nazwałabyś wtedy tego romantycznym, prawda? Nutria zaczerwieniła się. - Nie można na to patrzeć z tak prozaicznej strony – powiedziała. – Przecież Tristan i Izolda nie mieli prawa się kochać. Ona nienawidziła go już za to, że zabił jej brata… - Zresztą bardzo słusznie. - No… słusznie – niechętnie zgodziła się dziewczyna. – Ale mimo wszystko to był jej brat. Przysięgła nienawidzić zabójcę, a tymczasem go pokochała. I to jest piękne! - Ach, czyli jakbym zabił bliską ci osobę, też byś się we mnie zakochała? - NIE! - Dlaczego? - Bo ty tego nie zrobisz dla wyższych celów! - Jeśli dla ciebie wyższym celem nie jest miłość, skarbie. Elfica wydała z siebie odgłos przypominający gardłowe warczenie. Lin uważnie notowała wszystko w swojej kronice. Lekcje kultury z Matem i Nutrią w rolach głównych były wyjątkowo ciekawe i warte zapamiętania. - Może wrócimy do Tristana i Izoldy? – zaproponowała Aldona. - Wszyscy tam co chwila popełniają głupie błędy – Mat odwrócił wzrok od błękitnych oczu Nutrii. – Po pierwsze, król Marek jest głupi, jeśli tak bardzo słucha lordów i pozwala sobą kierować. - Takie były czasy, Mat – zauważyła mistrzyni. - No tak, ale silny władca nie powinien ulegać jakimś lordom. - To byli jego wasale, feudalni poddani… - Rozumiem, ale jeśli on chciał uczynić następcą Tristana, to nie powinni piętrzyć trudności. A że jeszcze potem pozwalał im na szpiegowanie królowej! Król Marek powinien zabić każdego, kto śmiał wyrazić się niepochlebnie o jego małżonce. W ogóle, autor niepotrzebnie komplikował sprawę. Tristan powinien był porwać Izoldę… - … a król Marek ożenić się z Brangien! – dokończyła Nutria. - Ale Brangien nie była królewną – zauważyła Aldona. - W dodatku był stary – dodał Mat. - No i co z tego? – Nutria wzruszyła ramionami – Ale był królem. Lepsze to, niż nic. - Taa, zwłaszcza, że to z nim straciła dziewictwo. - To było akurat najgorsze z tej książki! Biedna dziewczyna! I w dodatku potem Izolda planowała ją zabić! - Cóż, taka jest kobieca przyjaźń, Pieszczotko. - A co ty możesz wiedzieć o kobiecej przyjaźni? - Ja tylko wnioskuję. Izolda w rezultacie miała dwóch kochanków, a Brangien nie mogła już liczyć na zamążpójście. Zaiste, dziwnie postępują bohaterki romansów. Można z powodzeniem stwierdzić, że nie zmieniły się od tysiąca lat. Tylko dziś taką profesjonalistkę nazywa się pindą. - To niesamowite, jak przejmujesz się życiem erotycznym Brangien! – Nutria zmrużyła oczy. - Cóż słonko, tak strasznie przypominała mi ciebie. - Tak?! Więc twierdzisz, że moje przyjaciółki to pindy i wystawiają mnie do wiatru pozostawiając w ramionach… - To ty to powiedziałaś – Mat uśmiechnął się słodko. - Dla twojej wiadomości, moi znajomi nie są… nie oceniaj moich znajomych na podstawie twoich… a co do mnie… - Już, już, może skończymy tę kwestię! – Aldona zamachała rękami. - Szkoda – mruknął Mat. – Chętnie dowiedziałbym się czegoś więcej o twoim życiu erotycznym, Pieszczotko. Nutria tego nie dosłyszała, lub przynajmniej udawała, że nie słyszy. - Proszę, powiedzcie która ze scen podobała wam się najbardziej. - Jak Marek znajduje Tristana i Izoldę śpiących razem, a między nimi jest miecz! – odparła bez zastanowienia Nutria. - Eh, to chyba najgorsza scena w całej powieści! Na co te pozory? Przecież wiadomo, że ze sobą sypiają. To był tylko symbol, który został w dodatku opacznie zrozumiany przez króla Marka. - Gdyby tak ze sobą non - stop sypiali, to by Izolda wreszcie zaszłaby w ciążę, a tak się nie stało! – zauważyła elficzka. - No faktycznie – Mat pokiwał głową. - I nie mów, że używali środków antykoncepcyjnych, bo wtedy czegoś takiego raczej nie znano! - Ale można spojrzeć na ten problem z drugiej strony. Może Izolda była bezpłodna? - To była kara od bogów za cudzołóstwo? Cóż, to bardzo możliwe. To jaką funkcję spełniał w ogóle ten miecz między nimi? - Naciągania średniowiecznych bardów. Tak samo jak to, że Tristan nie sypiał ze swoją żoną Izoldą o Białych Dłoniach. W tej chwili mogę ciebie zapewnić, jako stuprocentowy mężczyzna, że takie cuda się nie zdarzają. - To niesamowite, ale w tym wypadku ci uwierzę. - Rozumiem Mat, ze tobie lektura się nie podobała – stwierdziła mistrzyni, - ale może jest coś, co przykuło twoją uwagę? - Najlepsze były ostatnie sceny, kiedy Izolda o Białych Dłoniach okłamała umierającego męża. - Tak, to było piękne – zgodziła się Nutria. – I jak on zmarł w cierpieniu, a potem ona… - … a potem król Marek, jego dwór, Brangien, matka Izoldy, wszyscy rycerze okrągłego stołu, pustelnik. W ogóle, kto nie umarł ten jest dupa. - Mat, mam ci wstawić jedynkę za słownictwo? Już po raz kolejny używasz nie słownikowego wyrażenia – upomniała ostro Aldona. - Ależ „dupa” jest słownikowym wyrazem! O, proszę! – sięgnął po jeden ze słowników leżących na ostatniej ławce, otworzył na odpowiedniej stronie i zaczął czytać. – „Dupa – wulgarne określenie…” - No właśnie Mat, wulgarne. A my staramy się tu mówić jak najczystszym językiem. - Mnie nie chodziło o to, że wszyscy powinni umrzeć – kontynuowała Nutria. – Chciałam tylko powiedzieć, że śmierć kochanków była piękna. - Nie, to było najmniej rozsądne rozwiązanie problemu. Choć może i dobre, bo książka ciągnęłaby się w nieskończoność i byłaby coraz bardziej niedorzeczna. Podobała mi się Izolda o Białych Dłoniach, bo jako jedyna przeżywała wszystko normalnie. Facet z nią nie sypiał, to się na niego wkurzyła. - Ale przed chwilą powiedziałeś, że z nim sypiała! – zaoponowała Nutria. - Blondynko! – Mat złapał się za głowę. – Myślałem, że powinna była, że tak byłoby naturalnie! - Już dobrze, dobrze – Aldona sięgnęła po dziennik. – Mateusz i Nutria, zgadza się? Postawiła każdemu po piątce. - Bardzo się cieszę, że zechcieliście wypowiedzieć się na ten temat. A reszta? – spojrzała pytająco na klasę – Moron, może ty coś powiesz? Moron właśnie robiła miny do Oniteusza. Dopiero po chwili zorientowała się, że w klasie jest cicho i wszyscy na nią patrzą. Mat uśmiechnął się ironicznie. - Moron – głos Aldony groźnie drgał. – Czy słuchałaś tego, co mówili twoi koledzy? - Tak – odparła dziewczyna, a siedząca z nią Dora parsknęła śmiechem. - Wobec tego o czym mówili? Moron uśmiechnęła się i zatrzepotała rzęsami. Zerknęła na Dorę, ale ta wiła się ze śmiechu i nie była w stanie jej pomóc. - Zastanawiali się, czy Izolda sypiała z Tristanem – mruknęła Lin. Mistrzyni spojrzała na nią. - Lin, nie prosiłam ciebie, tylko twoją koleżankę o odpowiedź. Też chcesz dostać jedynkę za brak uwagi na lekcji? - Nie, mistrzyni – krasnoludka pokręciła głową i pochyliła się nad kroniką. Aldona znów zwróciła wzrok na Moron, ale wtedy zabrzmiał dzwonek i uratował biedną dziewczynę. Panna Delakroix wstała i zaczęła się pakować. Rzuciła wściekłe spojrzenie Nutrii i wyszła. Elfka spojrzała zaskoczona na Dorę, ale ta również prychnęła i bez wyjaśnień opuściła klasę. Nutria wobec tego zwróciła się w stronę Jeny. - Co