Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 41 min czytania

"Podwójna siła..." rozdział 5

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

5. Hongowie Była niedziela po południu. Mama biegała po domu w towarzystwie wywołanych maleńkich diabełków. Istotki miały jej pomóc w znalezieniu nowych sznurowadeł dla Fibiego. Poprzednie już się przetarły. Tata został zatrudniony do polerowania butów. Fibi, mrucząc pod nosem najgorsze przekleństwa, prasował swoje spodnie. Mat stał przed lustrem i rozczesywał włosy. Zastanawiał się, czy nie są już przypadkiem za długie. Mateusz skrupulatnie hodował gęste i puszyste włosy, żeby zakrywały mu niechciane elfie uszy. Na szczęście moda szła mu na rękę i większość młodzieży chodziła z długimi do brody włosami zaczesanymi na wzór „właśniewstałemzłóżka”. W dodatku on miał je czarne jak noc i wyjątkowo grube, przez co, przynajmniej według niego, przewyższały one swoją urodą nawet gwiazdy rocka. Niestety teraz nie było czasu ich ścinać. Mat czesał je prostym grzebieniem, aby nie wywijały się w żadną stronę. Miały być proste jak druty. Uważnie zrobił sobie przedziałek na lewą stronę. Wesołe piski diabełków poinformowały wszystkich o znalezieniu sznurowadeł. - Jest! – Mama wyciągnęła z dna szuflady parę długich, czarnych sznurówek. – Fibi! Kochanie, podaj mi buty Fibiego! - Świetnie – Tata rozglądał się po przedpokoju starając sobie przypomnieć, gdzie w tym domu chowa się szmaty. Tata zwykle nie pamiętał, gdzie co leży. Najchętniej rozrzucałby swoje rzeczy nie zadając sobie trudu z pamiętaniem ich lokalizacji. Instynkt z pewnością potem wskazał mu właściwą pozycję. Ale mama była niesamowitą pedantką. Wszystko miało określone miejsce, a jeśli przez nieuwagę zmieniło adres, to w domu rozpętywało się piekło. W końcu była demonem. - Już, już! – Mama wyszła na korytarz i zaczęła wkładać sznurowadła w dziurki w butach. - Ale ich wyszykujemy – tata kręcił głową. – Jak dwie laleczki. Grzebień Mata zatrzymał się. Laleczki?! - Oj, kochanie, moja rodzina to nie żarty! Muszą wyglądać jak najlepiej! Już mnie wyklęła, ale ich nie będą obmawiać! - Dlaczego musimy tam iść? – mruknął niezadowolony Fibi. - Bo jesteśmy jedynymi dziedzicami Obrzeży i fortuny Hongów – Mat odłożył grzebień i zaczął rozważać uczesanie włosów w kitkę. Nie, to może odsłonić uszy, które są bardzo niemile widziane u dziadków. - Chyba nie jedynymi. Gdzieś tam jest ktoś tam, komu też mogą wszystko zapisać. - Tak, ale ten „ktoś tam” to chyba jakiś demon niebieskooki. Jego rodzina służyła naszej, a jego ród wywodzi się od przypadku, jaki miał któryś z naszych przodków z jedną ze swoich pokojówek. To byłoby zbyt poniżające, oddanie fortuny synowi służącej. Wolą przekazać to wszystko wnukom, w których żyłach, co jak co, ale płynie krew dwóch szlachetnych rodów. - Super – Fibi skończył prasować i teraz rozprostowywał spodnie w powietrzu. Zaczął je niedbale wciągać. Za chwilę pojawiła się mama z butami. - Ależ wy jesteście piękni! – krzyknęła od progu patrząc na swoich synów – Faktycznie, jak dwie laleczki! - Mamo! – chłopcy czuli się mocno urażeni. - Już, przepraszam – poprawiła kołnierzyk wyrywającemu się Fibiemu. – Pamiętajcie, macie być grzeczni i mili. Nie komentujcie zachowania nikogo z rodziny. To wasi dziadkowie, którzy was bardzo kochają, ale mają swoje nawyki, na które powinniście przymknąć oko. - Dobrze mamo. - Nie przynieście mnie i ojcu wstydu! - Już i tak ty go przyniosłaś – mruknął Mat dostatecznie cicho, żeby tylko brat mógł usłyszeć. Wypieszczeni i pouczeni dwaj bracia Thaviol zostali wywiezieni z bezpiecznej dzielnicy miasta wprost na demoniczne Obrzeża. Stał tu tylko dom Hongów, ale już sam budynek starczał za małe osiedle. Masywna, wielka rezydencja stała na środku zapuszczonego parku, który prawdopodobnie już w założeniu miał tak wyglądać. Wielkiej, żelaznej bramy wjazdowej pilnowały dwa potężne bezgłowe gryfy, które w nocy ożywały i szły do parku na łowy. Wtedy słychać było ich żałosne wycie, kiedy po raz kolejny odkrywały, że nie mogą skonsumować upolowanej zwierzyny. Głodne i złe wracały wtedy na wysokie postumenty przy bramie i kamieniały czekając świtu. Za bramą znajdowała się Aleja Dusz, czyli długi chodnik, po którego obu stronach rozlokowano groby członków rodziny. Posępne kasztanowce zakrywały niebo nad Aleją do tego stopnia, że przechadzającym się ciężko było określić, czy jest jeszcze dzień, czy może już noc. Aleja była długa i sam spacer nią - od końca do końca - zajmował prawie godzinę. Dlatego wszelcy interesanci powinni byli być wyposażeni w samochody, jeśli nie chcieli tracić dwóch godzin na drogę od bramy do domu i z powrotem. Sam dom również był ogromny, ciemny i ponury. Wykonany z wyjątkowo ciężkich materiałów na pewno nie mógłby się tak swobodnie unieść i zawisnąć w powietrzu jak szkoła w Tilt. Już same drzwi wykonane z kamienia mogły zabić, gdyby przez nieuwagę spadłyby na kogoś. Przymocowana była do nich żelazna kołatka w kształcie diabła z wężem wystającym z pyska. Żeby ją unieść potrzeba by co najmniej dwóch silnych mężczyzn. Na szczęście gdzieś nieopodal znajdował się wiecznie zmieniający swe miejsce pobytu dzwonek – niefortunny objaw nowoczesności, dla pocieszenia w kształcie ludzkiej czachy. Ojciec szybko wysadził synów przed wejściem i z piskiem opon czym prędzej odjechał. Jego elfie włosy jeżyły się na sam widok Obrzeży. Żaden z elfów (poza oczywiście ciemnymi) nie mógł zrozumieć, jak można żyć w otoczeniu przesyconym śmiercią. Ściany domu przystrojone były ornamentami przedstawiającymi czaszki oraz płaskorzeźbami mówiącymi w jak różny sposób można zginąć. Podobno gdzieś w głębi zapuszczonego parku Hongowie mieli nawet własną szubienicę, na której niegdyś wieszali swoich wrogów i zdrajców. Mat i Fibi rozejrzeli się jak zwykle szukając dzwonka. Wkrótce odkryli go na jednej z kamiennych chimer pilnujących drzwi. Dwa posągi stojące przy wejściu przedstawiały nagich mężczyzn z głowami kotów. Chłopcy przyjrzeli się dokładnie obu postaciom. - Chyba ostatnim razem wyglądali trochę inaczej. Tak bardziej… męsko – stwierdził Fibi oglądając jednego z nich. - Podobno w każdą pełnię zrzucają swoją kamienną otoczkę i wyruszają na poszukiwanie dziewic – mruknął Mat. - Ohyda. - To tylko bajeczka dla niegrzecznych dziewczynek. Czy widziałeś kiedykolwiek tak dobrze zbudowanego faceta? To czysta fantazja jakiegoś cherlawego rzeźbiarza z kompleksami. Są zbyt przystojni, nawet ja tak nie wyglądam. Fibi parsknął śmiechem i oderwał wzrok od chimery. - Mat, nie wydaje mi się, żebyś był bogiem w tej dziedzinie. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że już teraz jestem od ciebie ładniejszy, więc kiedy będę w twoim wieku… - Oj, Fibi nie bajeruj własnego brata. Jesteś niski i masz tendencję do tycia. A o takiej klacie czy kaloryferze na brzuchu zapomnij. Te siedem lat cię nie zbawi. - Ha, mówisz tak, bo jesteś zazdrosny! Ty też nigdy nie będziesz tak pociągający jak ci tutaj! Z pewnością wiele dziewcząt zakrada się tu nocami. - Mówiłem już, że to bajka! – Mat poczuł się lekko zaniepokojony. Miał nadzieję, że Nutria nigdy nie zapuszcza się w te rejony w noc księżycową. Chłopcy nacisnęli dzwonek znajdujący się za uchem chimery. Wewnątrz domu rozległ się donośny gong. Takim zapewne sygnałem ogłaszano rozpoczęcie powolnej egzekucji. Drzwi otworzyły się wpuszczając Thaviol do środka. Wnętrze domu nie było wcale weselsze od jego otoczenia. Można powiedzieć, że panowała tu wieczna żałoba, pogłębiona po ślubie mamy z tatą. Do salonu prowadził chłopców stary służący ich babci. Był to surowy majordomus bezwzględnie panujący nad służbą w domu swoich panów. Stary, niebieskooki demon niejedno w życiu widział i skrywał niejedną tajemnicę rodziny Hongów. Warto zaznaczyć, że to on pierwszy odkrył i doniósł o romansie mamy z tatą. Rzadko się odzywał. Do Mata i Fibiego chyba jeszcze nigdy ust nie otworzył. Prawdopodobnie brzydził się ich pochodzeniem, mimo że sam był z najniższej rasy demonów. W wolnych chwilach zajmował się hodowlą węży dziadka. Lokaj wprowadził ich do salonu, anonsując ich przybycie niskim, grobowym głosem: - Panicze Mateusz i Fibrynogen Thaviol. Siedem par oczu zwróciło się w stronę przybyłych. Fibi nerwowo przygładził odstające uszy. - Moi wnukowie! – babcia, poważna i stara demonica, wstała i poszła uściskać wnuków. Trzy razy wycałowała ich w policzki i odstąpiła dziadkowi. Dziadek miał na szyi węża, który „uśmiechał się” i syczał perfidnie za każdym razem, kiedy dziadek schylał się, by ucałować Fibiego. Następnie bracia podeszli do swojego wuja Maraksa, potem przywitali się ze starym przyjacielem rodziny Glasją Nabolasem oraz paroma innymi ponurymi gośćmi. Wszyscy powitali ich z chłodną rezerwą, zgodnie z etykietą obowiązującą na dworach hrabiowskich. Grzecznie wypytali o szkołę i o plany na przyszłość (jakby nie pytali o to miesiąc wcześniej). Fibi mruknął coś o mistrzu technologii, a Mat o najsilniejszym czarnoksiężniku na świecie. - Fibrynogen ma niezwykły talent – zwróciła się babcia do szacownych gości. – Wszyscy w szkole go chwalą. W przyszłości zostanie wielkim czarnoksiężnikiem. Bracia wymienili spojrzenia. - Ale oczywiście Mateusz też jest wspaniały – dodała po chwili dziwnego milczenia. – Ma niesamowity głos. Tak, wyjątkowy głos. Może zechcesz nam zaśpiewać po obiedzie? Może to brzmiało jak prośba, ale w ustach babci był to rozkaz. Mat ściągnął wargi. To prawda, głos miał niezwykły i niejeden nauczyciel muzyki zachwycał się nim. Była to mieszanka delikatnego tenoru elfów z nieco grubszym brzmieniem demonów. W rezultacie dawało to przyjemny głos bez ani jednej fałszywej nuty. Thaviolovie byli tym zachwyceni i wykorzystywali Mata przy każdej nadarzającej się okazji. Próbowano zachęcić go do chóru w świątyni boga sztuki, ale on, jako zatwardziały ateista, nie chciał nawet słyszeć o dłuższym pobycie w kościelnym zgromadzeniu. Był trochę zły dlaczego wszyscy zauważają tylko tak powierzchowną cechę jak jego głos, kiedy Fibiego chwalą za jego osiągnięcia w dziedzinie magii. To w tym gnojku, który miał już problemy ze zrozumieniem podstawowych praw przyzywania, dopatrywano się przyszłego wielkiego czarnoksiężnika, który rozsławi imię Hongów, bądź Thaviol. A to wszystko przez to, że dawno temu nie rozpłakał się na widok rodziny. - Kariera w show biznesie jest dzisiaj bardzo opłacalna – odezwała się jedna z arystokratycznych demonic. – To niesamowite, ile taki artysta może zarobić zaledwie za jeden występ. Niektórzy są bogaci niczym królowie! Nie zdziwiłabym się, gdyby okazałoby się, że jest to najbardziej opłacalny zawód na świecie! - Jeśli jest się naprawdę dobrym – dodała babcia. - I umie się zrobić wokół siebie szum – mruknął niechętnie dziadek, w zamyśleniu głaszcząc głowę węża, który wyraźnie się do niego łasił. - To prawda – demonica pokiwała głową. – Te ciągłe skandale! Wszyscy teraz interesują się tym, kto z kim sypia i za ile! - Muszę się z panią nie zgodzić – Mat uprzejmie spojrzał w jej stronę. – Zawsze były skandale i zawsze przyciągały one uwagę opinii publicznej. Kiedyś oczy zwrócone były w stronę arystokracji, dzisiaj bardziej interesujący są artyści. - Arystokracja przynajmniej nie prowadziła tak rozwiązłego trybu życia – wtrącił Glasja, przyjaciel rodziny. - Nie byłbym tego taki pewien – Mat odwrócił się w jego stronę. – Historia dostarcza nam wiele przykładów świadczących na niekorzyść pana teorii. - Proszę nie zapominać, drogi Mateuszu, że sam należysz do arystokracji i to najbardziej wyszukanej. Mat powiódł wzrokiem po zebranych. Ci ludzie byli pozostałością po dawnych, odległych czasach, kiedy na świecie faktycznie bardziej liczyło się pochodzenie. Babcia – Proserbine Hong była niegdyś jedną z najbardziej znanych demonic w kraju. Uczyła dzieci królów retoryki, znała chyba z pięć języków i biegle się nimi posługiwała. Wsławiła się głównie wyprawą wojenną, którą przeprowadziła dla swojego króla. Wojna przyniosła ogromne łupy rodzinie królewskiej, a Proserbinie sławę i szacunek. Przywykła do zbytku, nie potrafiła się nawet ubrać bez służącej. Niestety, dojście do władzy socjaldemokratów usunęło ją z kręgu wpływowej elity. Utraciła sporą część ziem poza miastem (tak, kiedyś do jej rodziny należał jeszcze spory kawałek w Neonowej Suburbii) oraz sporą ilość służby domowej. Nie mówiąc już o córce, która była jedną z pierwszych entuzjastek nowego rządu. Dziadek – Botis Hong, nigdy nie mieszał się do polityki. Był wróżbitą, podobno jednym z najlepszych. Szczególnie wyraźne widzenia miał po słonej zapłacie, lub po dobrym winie. Jego głównym zajęciem na emeryturze była hodowla węży. Miał ich teraz całkiem sporą ilość. O wszystkie dbał i nawet nazywał po imieniu. Proserbine doprowadzało do szału, kiedy przed spaniem musiała wyrzucać te syczące gady z łóżka. Warto wspomnieć, że Botis miał rogi, które wraz z siwieniem stawały się coraz bardziej widoczne. Poza babcią i dziadkiem w domu mieszkał jeszcze Maraks – młodszy syn Proserbiny, brat mamy, oraz przyjaciel rodziny – Glasja. Maraks nie pasował zupełnie do klimatu panującego na Obrzeżach. Był wesoły, uprzejmy i nigdy nie przeszkadzało mu samodzielne ubieranie się. W życiu nie osiągnął nic wielkiego, co przyniosłoby mu sławę na następne pokolenia. Ale też i nie starał się o takowe. Odpowiadało mu mieszkanie z rodzicami, bo przynajmniej nie musiał martwić się o posiłki i czyste koszule. Nie był jednak zupełnie pozbawiony ambicji. Prowadził bardzo ekskluzywny dom handlowy w Neonowej Suburbi, gdzie zaopatrywały się wszystkie snoby z Tilt. Był w tej chwili chyba jedynym pracującym i posiadającym stały dochód w domu. W młodości rodzina wymagała, aby ukończył wyższą szkołę astronomii, ale Maraksa nigdy nie pociągały gwiazd czy inne nauki wyższe. On był szczęśliwy prowadząc swój dom handlowy i zarabiając w niestosowny dla arystokracji sposób. Bardzo lubił swoich dwóch siostrzeńców. Był jedynym członkiem rodziny, do którego Mat i Fibi chodzili częściej niż raz w miesiącu. Lubili odwiedzać go w jego gabinecie dyrektorskim na ostatnim piętrze w pięciopiętrowym, oszklonym budynku. Zawsze miał dla nich jakąś szczególną ofertę za pół ceny (do której osobiście dokładał) i zasypywał ich cukierkami. Szczególnie dużo dawał Matowi, który jego zdaniem był zbyt chudy. Glasja Nabolas był byłym mamy, narzeczonym popieranym przez rodzinę. Jego włosy były czarne jak smoła, dlatego zapewne tak dobrze pasował do Hongów. Na plecach, tuż pod łopatkami wyrastały mu sporych rozmiarów gryfie skrzydła. Kiedy był mały, przez nieuwagę je wywołał, a potem nikt nie wiedział, jak to odwołać. Skrzydła zbyt mocno zakleszczyły się w ciele chłopca. Glasję poznała Proserbine podczas wyprawy wojennej – uratował jej wtedy życie. Dlatego później, gdy urodziła się córka pani Hong, matka mu ją obiecała. Glasja był od mamy o dwadzieścia lat starszy, ale jak widać nie przeszkadzało to rodzinie. Za to przeszkadzało córce. Nie chciała wyjść za starego i, jej zdaniem, głupiego demona. Wykręcała się, jak mogła od tego małżeństwa, nawet zaczęła udawać chorobę, a później śmierć. Rodzina w pełnej żałobie pochowała ją na rodzinnym cmentarzu. Jakież było ich zdziwienie, kiedy w telewizji, w wiadomościach zobaczyli swoja córkę u boku znienawidzonego Thaviol. Córka miała na sobie suknię ślubną i szczęśliwie machała do wiwatującego tłumu. Z pewnością nie wyglądała na umarłą. Gwoździem do trumny był komentarz przystojnego prezentera: „To jest pierwszy taki ślub w historii, kamień milowy w postępie i cywilizacji. Dziś o 12.30 demonica z rodu Hongów i elf z rodu Thaviol, których zamieszki nie raz były tematem pierwszych stron gazet, powiedzieli sobie „tak” przed ołtarzem bogini miłości. Ich związek pobłogosławił Uter Kronika, kandydat na burmistrza, a przede wszystkim przyjaciel państwa młodych…” Glasja na zawsze stracił okazję na wejście do rodziny Hongów. Pokładano jeszcze nadzieję w dzieciach młodej pary, ale jak wiemy obaj okazali się chłopcami. Biedny Glasja nigdy szczególnie nie rozglądał się za innymi kobietami, kiedy miał już przyobiecaną jedna bogatą. A kiedy zorientował się, że z tego nic nie wyjdzie, było już za późno na szukanie żony. Pozostał więc starym kawalerem, a Hongowie uprzejmie gościli go w swoim domu. Rodzina przeszła do jadalni. Zasiedli przy długim, wykonanym z ciemnego drewna stole. Każdy miał tu od dawna wyznaczone miejsce i zmienianie go byłoby strasznym nietaktem. Fibi i Mat siedzieli obok siebie, oddzieleni tylko jednym krzesłem na wypadek, gdyby w domu pojawiła się jakaś młoda dama. Tam, gdzie etykieta sadzała ojca, siedział Glasja. Miejsce dla matki było puste. Państwo Hongowie mieliby nie lada problem, gdyby pewnego dnia na obiedzie pojawili się prawdziwi rodzice. Nie wiedzieliby, jak usadzić ojca Thaviol, żeby nie naruszyć etykiety i jednocześnie dać do zrozumienia, że nim gardzą. Na szczęście rodzice nie mieli zamiaru nigdy pojawiać się na Obrzeżach. Posiłek w domu na Obrzeżach był osobnym ceremoniałem. Uczestniczyła w nim prawie cała służba, która wnosiła i wynosiła talerze jak ofiary na ołtarz. Wszystko było zaplanowane i dokładnie przemyślane (jak owe miejsca przy stole). Galaretka już leżała na talerzach, kiedy rodzina wchodziła do jadalni. Maleńkie porcyjki miały tylko zaostrzyć apetyt, który potem potęgował jeszcze dzięki zimnym przekąskom jak śledziki i sałatki lub krakersy i zimne mięsa. Następnie podawano zupę,najczęściej czerninę, która z początku nie chciała chłopcom przejść przez gardła. Podczas króciutkiej przerwy ucztujący nabierali ochoty do dalszego posiłku, a służba zmieniała nakrycia. Po niej przychodziła kolej na ciepłe przekąski. Bywał to zazwyczaj pstrąg pieczony na ruszcie lub skrzydełka kurze w miodzie i winie. Teraz dopiero przychodził czas na danie główne. Tym razem podano, na młodych listkach sałaty, sznycel w chrupiącej panierce otoczony maleńkimi kulkami pieczonych ziemniaczków skrytymi pod białą pelerynką jajka sadzonego. Kiedyś Fibi i Mat nie wytrzymywali do tego momentu i najadali się przekąskami. Teraz na szczęście byli już zaznajomieni z wielkopańskimi zasadami i z powodzeniem dotrzymywali do dania głównego, a nawet zostawało im ciut miejsca na deser. Desery nie były zbyt obfite w domu Hongów. Owoce w śmietanie to było w zasadzie wszystko, na co można było liczyć. Dzieciom ewentualnie podawano lody, ale Mat i Fibi już się do tej grupy nie zaliczali. Oczywiście równie jak porządku potraw trzymano się zasad odpowiedniego zachowania się przy stole. Matowi nigdy nie przeszkadzały takie wyszukane prawidła i ceremoniały, za to Fibiego okropnie wkurzały. Nigdy nie trzymał łokci razem, pił z pełną buzią i zawsze zapominał położyć sobie serwetki na kolanach. W domu nie panowały takie dziwne zasady. Każdy mógł swobodnie sięgać po sok znajdujący się na drugim końcu stołu i podpierać się w czasie jedzenia. Jeśli na obiad miały być kluski z serem, to można się było ich najeść do woli bez obawy, że potem wjedzie na stół indyk. Jedyne czego nie tolerowali rodzice to bekanie czy innego obrzydzania posiłku. Kiedyś bracia zostali wyrzuceni do swojego pokoju za obrzucanie się jedzeniem. Fibi poczuł jak coś miękkiego układa mu się na kolanach. Acha, znów zapomniał serwetki! Mat delikatnie ułożył mu ją zanim babcia spostrzegła jej brak. Dlaczego on nigdy się nie myli? Ale Matowi bardzo odpowiadało takie życie. Czuł się wtedy jak prawdziwy arystokrata. Tylko tutaj, u dziadków Hongów był traktowany jak ktoś lepszy. Rodzice nigdy nie popierali takiego myślenia. Chodził do klasy ze zwyczajnymi dzieciakami, których rodziny nie miały wcale tak bogatej historii, a tym bardziej herbów. Czy ktokolwiek słyszał o Przylasach? Albo o Lafifletach? Nutria nawet nie miała ojca, jej matkę przeleciał jakiś poszukiwacz przygód na osiemnastce u koleżanki. Dziewczyna miała wtedy siedemnaście lat i właśnie wypróbowywała, jak daleko może przeholować z alkoholem. - Rodzice zdrowi? – zapytała z zimną obojętnością babcia. - Tak – odpowiedział szybko Fibi, korzystając z okazji, że akurat miał pustą buzię. - Zdrowi i zadowoleni – mruknął Mat. – Synów nie ma w domu, więc nareszcie mogą postarać się o córkę. Fibi parsknął śmiechem. Mat starał się mówić cicho, ale Glasja i tak uniósł głowę i spojrzał na niego z niesmakiem. - Dzisiejsza młodzież nie dba już o zasady dobrego wychowania. Ale po prostu nie jest tego uczona. Mat wydął usta z niezadowolenia. Spojrzał na brata, który mrugnął do niego. Mat przewrócił oczyma. Całe szczęście, że Glasja jednak nie był ich ojcem. Ani że żaden z Thaviol nie był dziewczyną. Obowiązek ślubu z odrzuconym narzeczonym mamy prawdopodobnie spadłby na Mata, który był już prawie pełnoletni. - Zapewne pan, gdyby miał pan okazję, nauczyłby nas lepszego zachowania. Babcia zmroziła Mata…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%