Fantasy · 26 min czytania
"Podwójna siła..." rozdział 9
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
9. Thaviolowie
Mat: Ehem, moje nazwisko jest nieodmienne. Autorka: Ale już odmieniłam Hongów, to Thavioli też mogę. Mat: Thaviol się nie odmienia. Tak samo jak twoje nazwisko, moja droga. Mam powtórzyć wykład sprzed paru rozdziałów? Autorka: Oj, daj spokój! Kurcze, te elfy to takie warszawskie snoby! Mat: NIE JESTEM ELFEM! I tak oto autorka zwichnęła rękę pół godziny siedziała w łazience gasząc pożar na głowie, a kolejną godzinę spędziła przykuta do „Cierpień młodego Wertera”. Mimo to podejmuje się dalszego pisania, za co powinniście być jej wdzięczni. UWAGA! UWAGA! Mat należy do mnie, więc będę odmieniała jego nazwisko jak chcę!
- Mat, co ty tak długo robisz w łazience? - Oj, czekaj mały, napisali dwadzieścia minut to dwadzieścia! - Ale ja też muszę się przebrać! - To przebieraj się w pokoju. - ale muszę mieć dostęp do umywalki! To ty odczekaj te dwadzieścia minut w pokoju! Niezadowolony Mat otworzył drzwi. Fibi chciał kontynuować kłótnię, ale odjęło mu mowę z wrażenia. - Mat, na wszystkich bogów, co ty masz na głowie?! - Co?! – Matrix podniósł rękę i zdziwiony dotknął swoich włosów. - No właśnie, twoje włosy są b-i-a-ł-e. - Srebrne, maleńki, srebrne. Białe a srebrne to duża różnica. - Przefarbowałeś sobie włosy? - Tak, a co? - Nic – Fibi ścisnął mocniej szamponetkę. Przecież nie może śmiać się z brata, skoro za chwilę sam wyjdzie z blond – szczotą na głowie. - A za co się przebierasz? - Za… nie, nie powiem ci. - Oj, nie mówiłeś cały tydzień! A teraz już możesz! Do przyjęcia została tylko godzina! A jeśli przez przypadek przebieramy się za to samo? - No dobra, za księżyc – mruknął zażenowany Mat. - Za księżyc?! - Tak. I nie rób takiej głupiej miny, bo cię walnę. - Za księżyc to się dzieci w przedszkolu przebierają! - Ale ja nie miałem czasu na wymyślanie sobie lepszego przebrania. Wiesz, ja się uczę, w przeciwieństwie do niektórych. - Będziesz wyglądał jak idiota! - Całe szczęście, że tylko tam, a nie jak ty, codziennie. A ty, za co się przebierasz? Widzę, że miętosisz żółtą farbę. Planujesz zrobić się na głupią blondynkę? Wszystko by się zgadzało gdyby nie kolor oczu. A może gdzieś tam jeszcze ukrywasz soczewki? - Nie – Fibi nie wiedzieć czemu zaczerwienił się. – Ja się przebieram za słońce. - Za słońce?! Za słońce to się… - Oj, oszczędź sobie komentarza. Oboje mamy głupie przebrania. - Tylko, że ty nie możesz być słońcem. Ty możesz być najwyżej promyczkiem. - Już przebrani? – z jadalni wyjrzał ojciec z paczką czipsów w ręku. Chłopcy spojrzeli po sobie. - Nie. - A za co się przebieracie? - Za słońce i księżyc. - Nie jesteście przypadkiem na to za duzi? - Nie. - Ok, róbcie jak chcecie. Ale pamiętajcie, że będzie tam mnóstwo dziewcząt. - I co z tego? – zdziwił się Mat. – Przecież elfy są homoseksualne. No, pomijając twój chwalebny wyjątek, tato. - Nie mów tak – pan Thaviol wyraźnie czuł się urażony. – należysz do rodu o wieloletniej tradycji. Sroce spod ogona nie wypadłeś, więc zachowuj się, jak na arystokratę przystało. - Arystokracja nie mieszka w blokach, nawet tych z ochroniarzem i prywatnym przedszkolem. Każdy arystokrata ma swoją willę, a obiady są czterodaniowe. - To twój pogląd, ale dla reszty świata liczy się pochodzenie. A teraz zmykaj do pokoju i ubierz się cieplej, bo stoisz tutaj w majtkach. - No właśnie – sarkał po drodze Mat. – Dlaczego ja wciąż muszę mieszkać z Fibim? Przecież mam osiemnaście lat, jestem pełnoletni! A co będzie, jeśli będę chciał zaprosić dziewczynę? Mam na ten czas wyrzucić małego z pokoju, czy iść się z nią kochać na wasze łóżko? Fibi już miał na końcu języka, że mu by nie przeszkadzało gdyby brat miał jęczącą panienkę, ale w porę się powstrzymał. W końcu on też bardzo chciał mieć osobny pokój. Rodzice jednak zwykle wymawiali się brakiem pieniędzy na dodatkową ścianę i ogólnym wstrętem do remontów. - Synu, masz dziewczynę? – zainteresował się zaraz ojciec. Mat mruknął coś niezrozumiale i czym prędzej uciekł do pokoju.
W pierwszą pełnię po kalendarzowym początku wiosny dziadkowie Thaviol urządzali wielki bal przebierańców. Zapraszali wszystkie liczące się osoby w mieście (poza demonami) i całą elficką śmietankę towarzyską. Każdy musiał przyjść przebrany, choć pomysłowość gości nie była zbyt wyszukana. Poważne, stateczne damy miały na sobie najmodniejsze toalety z najdroższych sklepów w mieście (czyli od wujka Mereksa Honga), które miały imitować kostiumy rusałek, motyli lub królewien z odległych krain. Mężczyźni w tym względzie wykazywali się jeszcze mniejszą wyobraźnią i albo przebierali się za wampiry, albo w ogóle. Tylko dzieci miały jeszcze inwencję, choć ta głównie opierała się na bohaterach z najnowszych bajek telewizyjnych. W tym roku dzień balu przypadał w sobotę, akurat w wigilię urodzin Mata i Fibiego. Dlatego chłopcy trochę obawiali się, czy dziadkowie nie zechcą im przypadkiem zrobić jakiejś „niespodzianki”. Dla braci najlepiej by było przemknąć się niezauważonym przez bal, zaznaczając swoją obecność tylko użytymi talerzykami do ciasta. Państwo Adamed i Agina byli usposobieni wobec swoich wnuków podobnie jak Hongowie – powściągliwie i nieufnie. Z żalem odkrywali w nich coraz więcej cech demonich, szczególnie w Macie i dostojnym męczeństwem rozpatrywali je miesiącami. Na szczęście Fibi i Mat nie byli ich jedynymi wnukami. Państwo Thaviol mieli trzech synów i jedną córkę. W rodzinach elfickich zawsze wypadało mieć więcej chłopców niż dziewczynek. Była to pozostałość po dawnych czasach, kiedy w u elfów kobiety nie miały prawa dziedziczenia. W ogóle, pod względem feminizmu i emancypacji kobiet elfy były najbardziej zacofane. Wprawdzie nie ukrywały swoich żon jak krasnoludy, którzy zazdrośni o ich piękno zamykali je w kopalniach, ale na dworach królewskich pozwolono elficom pokazywać się publicznie dopiero dwadzieścia lat temu. Jako jedyna rasa byli przeciwni wcielaniu kobiet do wojska, a młodej dziewczynie po prostu nie wypadało zostać wojownikiem, czy kimkolwiek wojującym mieczem. Odpowiednim za to dla niej zawodem było kapłaństwo w świątyni jakiejś mało ważnej leśnej bogini lub najwyżej rola kapłanki – czarodziejki w świątyni bogini miłości. A najlepiej, to żeby siedziała w domu, rodziła dzieci (chłopców) i była podporą dla swojego męża – wojownika. Wśród innych ras te założenia były mocno przestarzałe i po prostu śmieszne, ale wśród elfów nadal pokutował stereotyp elficy – zamyślonej matki (myślącej, że wszystko już minęło, dobre czasy już nie wrócą i co jej mąż miałby ochotę dzisiaj zjeść na kolację). Dlatego pani Agina Thaviol nigdy nie pracowała, osobiście wychowała czwórkę dzieciaków, wydała córkę za mąż w wieku dwudziestu lat (rozwiodła się po trzech latach) i osiągnęłaby apogeum kobiecego szczęścia, gdyby nie najmłodszy syn. Ten przewrócił całe poukładane życie Thavioli do góry nogami swoim małżeństwem z demonicą ze znienawidzonego rodu. O Hongach Thaviolowie mogliby mówić długo i z pewnością nie w superlatywach. Nie wiadomo, kto pierwszy rozpoczął ten konflikt, ale te dwie rodziny nienawidziły się od pokoleń. Jak wiemy, w Tilt często dochodziło do starć ulicznych i zwyczajnych burd, w których chętnie brali udział nie tylko sami zainteresowani, ale wszyscy ich znajomi i krewni. Prawdopodobnie na jednej z takich bijatyk poznał najmłodszy syn państwa Thaviol swoją przyszłą żonę. A może to było na balu przebierańców, takim jak dziś, na który wślizgnęła się niepostrzeżenie panna Hong z przyjaciółkami?
Mat i Fibi weszli na salę. Lokaj donośnym głosem oznajmił ich przybycie: - Panicze Matrix i Fibrynogen Thaviol! Przebrani za słońce i księżyc! - Nie musiał tego dodawać – mruknął niezadowolony Mat. - Zawsze to mówi – Fibi czerwienił się pod grubą warstwą złotej farby. - Elfy to idioci. - Nie, wyższe sfery to bandy idiotów. A nasi drudzy dziadkowie? - Prawda – potwierdził Mat. Skierowali kroki w stronę balkonu, gdzie zazwyczaj urzędował dziadek i roztaczała wdzięki babcia. Szli przez dużą salę balową przypominającą kwitnącą łąkę. Zamiast podłogi była starannie wypielęgnowana trawa poprzetykana gdzieniegdzie poletkami stokrotek, mleczy i innych kwitnących ziół. Parkiet do tańca przypominał jeziorko skrzące się w blasku wielkiego żyrandola. Ściany sali wykono z drewna i imitowały las otaczający polankę. Niekiedy spomiędzy drzew wyglądały wielkie głowy dzików, niedźwiedzi i innych leśnych zwierząt. Sufit tworzyły splątane ze sobą gałęzie między którymi fruwały półpłaskie, drewniane ptaki. Okna znajdowały się tylko na jednej ścianie, a były to nieregularne prześwity między ścienną dekoracją drzewną. Nie miały szyb, przez co niepokojący chłód nocy wdzierał się na rozbawioną salę i budził trwogę w delikatniejszych elficzkach. Ciekawe, jak radzono sobie w czasie deszczu, ale widocznie służba państwa Thaviol miała na to swoje sposoby. Z sali balowej było przejście na balkon oświetlony ze wszystkich stron oddziałami nieustannie fruwających świetlików. Balustradę tworzyły również splecione gałęzie, ale tu z prawdziwego drewna. Dom Thavioli zbudowano na dwóch ogromnych dębach, które były równie szerokie jak i wysokie. Elfy szczyciły się, że owe drzewa symbolizują siłę i potęgę rodu i jak długo one będą się rozwijały i grubiały, tak rodzina Thaviol będzie powiększała się i rosła w siłę. Było w tym coś magicznego, bo faktycznie, wraz z nowym dzieckiem drzewa wypuszczały nowe gałęzie, a przy kolejnym małżeństwie grubiały. Gdy któryś z członków rodziny umarł, liście żółkły i opadały. Ale jedna gałąź cały rok była naga. Należała ona do najmłodszego z rodu Thaviol. Zaczęła tracić liście w chwili, kiedy jego oczy spotkały się z gadzimi oczyma pięknej panienki Hong. W dniu ślubu gałąź uschła. Raz tylko, jedenaście lat temu, wypuściła jeden pączek. Jeden maleńki listeczek zazielenił się i rozweselił umarłą gałąź. Nietrudno domyśleć się, z jakim wydarzeniem powiązali to państwo Thaviol. Dziadkowie siedzieli w otoczeniu swoich dostojnych synów, synowych, córki i zięcia (piątego już). Uśmiechnęli się na widok wyklętych wnuków. Babcia wyciągnęła wypielęgnowaną dłoń, która każdy z nich ucałował z największym szacunkiem. - Witaj babciu, witaj dziadku. - Witajcie moi drodzy – Agina uśmiechała się do nich ukazując rząd perłowobiałych ząbków. Szczyciła się, że wszystkie były jej. Za to mąż chętnie opowiadał w klubie, ile tysięcy wydał na jej uzębienie. - Tak się cieszymy, że przybyliście, zwłaszcza że jutro macie urodziny i od razu będziemy mogli wręczyć wam prezenty. Rodzice nie mogli przyjść? - Nie, niestety, zatrzymały ich ważne sprawy. Mat i Fibi wymienili spojrzenia. Była to stara odzywka na równie stare pytanie i było już to formalną częścią powitania. Nie wypadało po prostu odpowiedzieć co innego. Oczywiście nikt nie spodziewał się kiedykolwiek zobaczyć tu rodziców, ani im by to nawet przez myśl nie przeszło, jednakże dla pozorów, na zaproszeniu zawsze było napisane: „Państwo Thaviol z dziećmi”. - Prezenty dam wam później – poinformował dziadek – teraz ja i moja kochana małżonka musimy pełnić honory gospodarzy. Chłopcy mruknęli coś, że rozumieją i zaczęli witać się z wujostwem. Ci odpowiadali im chłodno, ale uprzejmie. Tylko nowa żona wujka Naila, dokładnie trzecia, zasłoniła sobie wachlarzem piękną twarz i szepnęła do znacznie starszego od siebie męża: - Ach, nie mówiłeś, że ich oczy są aż tak okropne! Czy nie można kazać im nosić masek czy coś? - Przestań kochanie, bo przez ciebie będziemy musieli wyjść – odparł mąż półgębkiem, bo drugą połową uśmiechał się do zdegustowanych braci. - Ale czy oni nie zrobią mi krzywdy? Och, Nail, przecież to oczy demona! - Chętnie bym im za to zapłacił. Ale niestety, nawet diabeł kobiety nie ruszy. Piękna trzecia żona Naila roześmiała się myśląc, że jej mąż powiedział coś wyjątkowo zabawnego. Chłopcy odeszli od rodziny i wrócili na salę. - Pójdę zobaczyć, co mają do żarcia – mruknął Fibi. - Zapewne to samo, co w zeszłym roku – Mat usiadł na jednym z powalonych drzew przerobionych na wygodną kanapę. Znudzonym wzrokiem wodził po zebranych. Gdziekolwiek nie spojrzeć tam nudne, złotowłose elfy. Przebrane za księżniczki, ważki lub motyle. O, czyżby przypadkiem tam nie stał szerszeń? A to… hmm, może chodzące błoto? Mat nie mógł się domyśleć, za co przebrała się kobieta w długiej, szarej sukni z trójkątnym dekoltem i szarymi włosami z białym balejażem. Rozglądał się po sali, krytykował w myśli stroje gości i znów się rozglądał. Fibi znajdował się po drugiej stronie sali, właśnie stał przy długim, mahoniowym stole przykrytym śnieżnobiałym obrusem i pakował sobie na talerz ciasto śmietanowe. No jasne, to samo, co w zeszłym roku. Mat ziewnął nie zadając sobie trudu zakrycia ust i wrócił do krytykowania. O, motyl z odpadającymi skrzydłami. Boże wyobraźni, czemu pozbawiłeś jej niektórych… Nagle serce Mata zadrżało. Szybko uciszył je i skarcił za tak beznadziejne zachowanie. Sam tymczasem wstał i jak…