Fantastyka · 12 min czytania
Pogrzeb
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Powoli zbliżali się do celu. Naprawdę powoli. Łucja nie mogła wytrzymać tego ślimaczego tempa. Gdyby tylko mogła, wyprzedziłaby cały ten anielski orszak i zaczekała na nich na miejscu. Niestety, nie wypadało jej tego robić. Dziś był zbyt podniosły dzień, by się wygłupiać i niecierpliwić. Cholerne obcasy uwierały ją w palce i pięty. Czuła, jak na jej stopach tworzą się otarcia, które pieką i szczypią przy każdym kolejnym kroku. I co z tego? Musiała iść dalej. Był upał, ubranie kleiło jej się do ciała, tak jak guma do żucia przyklejała się do dżinsów, w dodatku było czarne i przyciągało te piekielne promienie słoneczne, bo przecież nie można ubrać się inaczej na taką uroczystość, jak pogrzeb. Ciemne okulary uciskały skronie, gdyż były odrobinę za małe. I tak już bolała ją głowa, mimo łyknięcia dwóch ibuprofenów. Przynajmniej kapelusz miała ładny. Tak. Tylko córka jej zmarłej ciotki posiadała okazalsze nakrycie, ale jej akurat mogła wybaczyć. W końcu matka jej umarła. Zmarła Maryla Błaszczyk była jej ciocią. Nie znała jej zbyt dobrze, ta część rodziny jakoś jej nie lubiła i nie zapraszała na imieniny, ale nie wypadało nie przyjść na pogrzeb cioci. W kościele usiadła z tyłu, z daleka od wszystkich krewnych, płaczących w aksamitne chusteczki. Uroczystość była wyjątkowo nieudana. Ksiądz prowadzący mszę chciał przekazać całemu zgromadzeniu tylko jedną rzecz – Valar Morghulis, jak mawiają w książkach G.R.R. Martina. Wszyscy umrzecie. Potem postawni mężczyźni o głowach świecących golizną wynieśli trumnę z kościoła i zaczęła się ta przydługa procesja, która doprowadzała Łucję do szału od dziesięciu okrutnie długich minut. Kobieta prawie słyszała tykanie zegara, rozpływające się i porozciągane, jakby było elementem obrazu Salvadora Dalego. Jak można iść tak wolno? Ani jedna rzecz nie wydawała jej się warta zachodu. Msza okropna, droga krzyżowa bolesna i monotonna, w dodatku śmierć nudna. Zawał. Zwyczajny, błahy zawał. To takie smutne, żeby człowiek wiódł nudne życie, a potem jeszcze nudno umarł. Łucja zawsze wyobrażała sobie, że jej śmierć będzie najciekawszą częścią całego jej istnienia. Przecież musi odejść godnie. A może i dobrze, że był to zawał. W sumie, nie najgorsza śmierć. Lepiej umrzeć na zawał, niż srać pod siebie przez pół roku, nie wiedząc nawet, jak mają na imię twoje dzieci, jeśli w ogóle się je pamięta. Tłum zwolnił trochę. Gdyby tempo spadło choćby odrobinę, chyba by się zatrzymali, przeszło przez myśl Łucji. Nie była przyzwyczajona do chodzenia wolno. Ona wszędzie musiała biegać – do pracy, w pracy, do matki, urzędu, na zakupy, dosłownie wszędzie. Wolne życie było tylko reliktem dzieciństwa, o którego uroku zapomniała już dawno temu. Niektórzy musieli doróść do dzisiejszych czasów, by przetrwać. Łucja rozejrzała się dyskretnie. Przed nią człapali wujek Arkadiusz ze swoją żoną, Zofią, trzymając się pod rękę i szepcząc o czymś prawdopodobnie nieistotnym. Kuzyn Wojtek, idący obok niej, uśmiechnął się blado, pociągając nosem. Zawsze był straszną beksą. Kiedy byli jeszcze dzieciakami i bawili się razem, Wojtek ciągle ryczał, gdy Łucja choćby próbowała zabrać mu piłkę. A przecież ona też chciała trochę pograć w nogę. To było nie fair. W dodatku, to ona była tą złą, ponieważ Wojtuś od razu biegł do mamusi się poskarżyć. Dlatego właśnie nie znosiła pogrzebów. Jakieś nieprzyjemne wspomnienia zawsze aktywowały się podczas takich spotkań z rodziną. Patrzyła dalej. Wujek Zenek, ciocia Hela, Ula, Marta i Ignaś, Patrycja i ten jej mąż piłkarz, przylizany i plastikowy, tak jak i ona, dziadek Eugeniusz, którego akurat lubiła… Pełen asortyment krewnych smutnych i płaczących. Tak jak na każdym innym pogrzebie. Początek kolejki wchodził już przez bramę cmentarza. Łysy orszak dzielnie taszczył trumnę pod górkę. Łucja postanowiła złamać zasady pogrzebów i zaczęła się dyskretnie przeciskać między żałobnikami. Niektórzy patrzyli na nią karcąco, jakby znalazła się w części pochodu, który jest dla niej za dobry. Nareszcie, odetchnęły myśli i stopy Łucji, gdy stanęła w okręgu ułożonym dookoła grobu. Ksiądz recytował coś jeszcze, niezbyt entuzjastycznie, a reszta gromadki kuliła się wokół, ze spuszczonymi głowami i złożonymi dłońmi. Wyglądali zaprawdę jak dobrzy chrześcijanie, kajający się przed majestatem Najwyższego. Szkoda, że tylko podczas pogrzebu. Łucja uniosła głowę, rozglądając się tępo po okolicy. Miała dosyć umartwiania się nad kimś martwym, osobą, którą nic to już nie obchodzi. Tyle zachodu tylko po to, by lepiej się poczuć, pożegnać zwłoki, śmierdzące i brzydkie, marynujące się w drewnianym pudle. Obok cyprysa, z dala od grobu, pogrzebu i uroczystej atmosfery, zauważyła postać, która nie pasowała tutaj. Owszem, mężczyzna ten był ubrany na czarno, jak wszyscy inni, ale było w nim coś obcego. Jakby nie powinno go tu być. Mężczyzna skinął głową i uśmiechnął się krzywo do Łucji. Kobieta odwróciła wzrok. Z jakiegoś powodu poczuła się onieśmielona. Facet nie był w zasadzie przystojny ani pociągający, ale… Nie potrafiła opisać tego uczucia. To było po prostu Coś. Ostrożnie zwróciła oczy w stronę cyprysa, lecz tajemniczy jegomość zniknął. Łucja westchnęła cicho. Był najciekawszą rzeczą, jaką dane jej było dziś zobaczyć. W pewnym sensie tęskniła za nim. Przyjrzała się swojej rodzinie i zauważyła, że większość z nich zdążyła już położyć kwiatki na płycie grobowej. Otrząsnęła się z zamyślenia i uczyniła to samo. Teraz czas na najgorszą część. Ustawiła się w kolejce kondolencyjnej, która oczywiście posuwała się tempem co najmniej żółwiowym, jeśli nie obracającej się Ziemi. Może za dobę czy dwie ujrzy zmęczone i cierpiące oblicza rodziny zmarłej ciotki. Czterech wujków później Łucja składała kondolencje wujkowi Frankowi, mężowi cioci Maryli, oraz ich dwóm synom. Na koniec uścisnęła rączkę biednej Basi, tej z ładnym kapeluszem. Dziewczyna uśmiechnęła się blado, a Łucja zdobyła się na odwzajemnienie. Kuzynka Basia starała się namówić ją…