Filozofia · 1 godz. 44 min czytania
Pojednanie
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
POJEDNANIE 1. Zapadał wieczór. Zza zasłoniętych żaluzji słabo prześwitywało powoli zachodzące słońce. Powietrze nadal było bardzo ciepłe i gdyby niewłączona klimatyzacja, z pewnością nie dałoby się tutaj wytrzymać. W południe temperatura była naprawdę wysoka. „30 stopni w cieniu” – krzyknął ktoś wówczas, odchodząc od okna i ocierając pot z czoła. A to był dopiero maj. W większości pomieszczeń światła zostały już zgaszone, by zmniejszyć pobór prądu i zapobiec dostaniu się do środka wszędobylskich, o tej porze roku, owadów. W oddali ucichło ujadanie psa, dźwięk przejeżdżających samochodów stawał się coraz mniej dokuczliwy. Ruch na chodniku również się zmniejszał. Gdzieś daleko za oknem zapaliła się latarnia, a po niej następne. Niebo przybrało się w kolory tęczy; niektórzy przystawali, by móc popodziwiać przez chwilę to niecodziennie, piękne zjawisko. Wyglądało to tak, jakby malarz wziął kilka farb i wylał je przez przypadek na płótno, tworząc różnobarwne plamy. A to , co dzieje się przypadkowo, może nieraz później zachwycić i oczarować. Lecz w obecnych czasach, ludzie nie doceniają piękna przyrody tak, jak powinni. Może nawet go nie zauważają, zaślepieni swoją pracą i karierą. Ponoszą tym samym wielką stratę – przyroda bowiem to twór doskonały i na świecie nie ma już niczego bardziej uporządkowanego i harmonijnego. Tu wszystko ze sobą współgra. I co najważniejsze – nic nie ginie. A nie ginie, bo tylko zmienia właściciela. Liście drzew niemal się nie poruszały; wiatr prawie w ogóle nie dawał o sobie znać. Nawet najlżejszy powiew. Za oknem zamilkły śmiechy i krzyki dzieci, oddalających się w swoje strony. W biurowcu redakcji nie było już prawie nikogo. Wszyscy pracownicy skończyli zmianę o wyznaczonej godzinie, by udać się do domu i tam odpocząć po ciężkim dniu, który jak się zdawało, bardzo się dłużył. Gorące popołudnie i nagrzane komputery spotęgowały tylko niechęć do siedzenia w dusznym pomieszczeniu. Nic więc dziwnego, że nikt nie został na nadgodziny. Prócz kogoś. Jedyny dźwięk w pobliżu wydawał ostatni włączony komputer. Siedział przy nim wysoki mężczyzna o jasnych włosach, ubrany w ciemny garnitur. Na jego twarzy malowało się zmęczenie, choć zdawało się, że on nie zwracał na to uwagi. Był zbyt zajęty pisaniem wstępu do artykułu o miejscu, do którego miał zamiar się udać. Chciał porozmawiać z kilkoma ludźmi. A przede wszystkim z człowiekiem, który pobił swoje kilkuletnie dziecko tak, że w bardzo ciężkim stanie trafiło do szpitala. Matka nie mogła nic zrobić. Podobno stawiała opór, jednak pijany mąż, okładający własnego, małego syna, nie jest osobą, którą można skutecznie powstrzymać. Sprawa dzięki sąsiadom, szybko się nagłośniła i dziennikarze telewizyjni nie dali Michałowi Moranowskiemu taryfy ulgowej. Przyszli pod jego dom, sfilmowali zachowanie, kiedy karetka zabierała dzieciaka, a następnie sami postawili go w krzyżowym ogniu pytań. Później zabrała go policja. Siedział teraz w areszcie, czekając na proces i zastanawiał się co on do diabła zrobił. I właśnie o to, siedzący przy komputerze mężczyzna, chciał go zapytać. Potrzebował sensacji, której tak dawno nie było, a która nagle się pojawiła. Właściwie jego nie obchodziło to, że chłopiec leży w szpitalu, a jego matka klęczy przy łóżku z fioletowym sińcem pod okiem, wycierając obficie lejące się łzy. Przede wszystkim liczyły się informacje i ilość sprzedanego nakładu. Uważał, że jego pracą nie jest współczucie ofiarom. Do jego obowiązków, jako dziennikarza prasowego, należał opis zdarzenia i rozmowy ze związanymi z nim osobami. Poza tym miał swoje problemy, z którymi też musiał sobie radzić. Do miejsca zatrzymania Moranowskiego nie miał daleko. Sprawca wypadku mieszkał w Oławie, tak jak siedzący przy biurku mężczyzna. Obaj pracowali we Wrocławiu. Tam też przewieziono winowajcę, siedzącego zapewne teraz w wąskiej celi i rwącego sobie włosy z głowy. Dziennikarz, dzięki swoim znajomościom, załatwił sobie spotkanie z nim na jutrzejszy dzień. Już nie mógł się doczekać tego widzenia… Gordański odsunął się wreszcie od biurka i ziewnąwszy szeroko, spojrzał na zegarek. Drgnął lekko, gdy zobaczył, że mała wskazówka pokazuje dziewiątkę. Powinien być w domu już kilka godzin temu, a tymczasem praca po raz kolejny okazała się ważniejsza niż rodzina. „Ale co z tego? Muszą to zrozumieć. To ciężkie, wymagające wielu wyrzeczeń, zajęcie. Jak można wrócić do domu, kiedy ma się w ręku TAKI materiał?...”. Nie tracąc więcej czasu, chwycił stojący na biurku kubek z kawą i opróżnił go dwoma łykami, w ogóle nie bacząc na to, że kawa jest całkiem zimna. Zapisawszy początek artykułu na dysk, zamknął edytor tekstu i wyłączył komputer. Ubierał już marynarkę, kiedy usłyszał za sobą znajomy, skrzekliwy, kobiecy głos - Panie Piotrku, co pan tu, na miłość boską jeszcze robi? Kariera nie zając, nie ucieknie. Ale życie jak najbardziej. Rodzina czeka, proszę stąd natychmiast uciekać Gordański obrócił się i spojrzał na starszą kobietę o mocno pomarszczonej już twarzy i z chustą na głowie. Stała w lekkim rozkroku, z jedną ręką na biodrze, a drugą trzymając niewyciśniętego mopa, z którego kapała woda na wykładzinę. Skórzane, stare trzewiki, za krótkie spodnie, opadający do kolan zielony fartuch w groszek, zdanie powiedziane przed momentem i przedziwny wzrok wbity w Gordańskiego, spowodował u niego niepowstrzymany atak śmiechu. Twarz kobiety pokryła się czerwienią i na chwilę przybrała obrażony wyraz. Popatrzyła na niego podejrzliwie. - Co pan się tak śmieje ? – bąknęła niepewnie, wlepiając w niego swoje lekko wyłupiaste, zielone oczy Gordański siląc się na powagę, odpowiedział, z uśmiechem na ustach i ocierając łzy z oczu - Dobry wieczór, pani Reniu. Już wychodziłem, proszę się nie denerwować. Świadomość, że nareszcie idę do domu napełniła mnie takim szczęściem, że nie mogłem powstrzymać śmiechu. Pani wybaczy Twarz sprzątaczki przybrała łagodny wyraz. Pokiwała głową. - Eh, ci dziennikarze nie mają na nic czasu. A śmieją się w zupełnie niespodziewanym momencie. Dziwni ludzie. No, niech pan już idzie, muszę dokończyć mycie. I proszę nawet nie pytać o to, czy może mi pan pomóc – pogroziła palcem Gordański skinął głową i wprawiony w świetny humor, powiedział potulnie - Nawet przez myśl mi to nie przeszło. Dobranoc -Dobranoc, dobranoc – zaskrzeczała obrócona już plecami, myjąc wykładzinę pod biurkiem, przy którym siedział Gordański Mężczyzna poprawił krawat i wyszedł z pomieszczenia redakcyjnego, kierując się w stronę schodów. Było na tyle nisko, że użycie windy nie było potrzebne. „No i trzeba rozprostować nogi po tylu godzinach, spędzonych przy klawiaturze. Jutro też będzie ciężko.”. Na co dzień on i jego koledzy z pracy składali gazetę, w której pojawiały się na przemian fakty i plotki. Typowy tygodnik dla zwykłej warstwy ludzi, lubujących się w takich lekturach. Jednak ostatnimi czasy nie pojawiło się w nim nic, co mogłoby podnieść ilość sprzedanych egzemplarzy. Cały czas to samo. Nudne, obyte historie prostych ludzi. Sprzedaż spadała z każdym kolejnym tygodniem. Aż w końcu trafiła się dobra okazja i w dodatku tak niedaleko. Według Gordańskiego dobrze napisany reportaż z tego zdarzenia, mógł także wpłynąć na jego kolejny awans. W głębi ducha pragnął zostać redaktorem naczelnym, ale do tego potrzeba było jeszcze czasu. Na razie był zajęty powolnym wspinaniem się po szczeblach drabiny, prowadzącej do tego tytułu. Przez to nie zwracał należytej uwagi na ważne rzeczy, dziejące się wokół niego. Był energicznym człowiekiem i urodzonym sangwinikiem. Zwykle, jak chciał coś zrobić, udawało mu się to. Za każdym razem, kiedy postawił sobie jakiś cel, osiągał go. W szkole średniej, na początku pierwszej klasy, postanowił, że na świadectwie maturalnym obok słów ‘Język polski’ będzie napisane ‘bardzo dobry’. Nie zobaczył jednak takiej oceny. W tamtym miejscu widniało słówko ‘celujący’ i właściwie nie był tym zdziwiony. Zawsze pisał najlepsze wypracowania, potrafił się umiejętnie wypowiadać, a wiadomości przyswajał sobie z nietypową łatwością. Do tego brał udział w licznych konkursach humanistycznych, zajmując w nich czołowe miejsca. Wszystko to spowodowało, że po stosunkowo krótkim namyśle, wybrał studia dziennikarskie, które ukończył z wysoką średnią. Od dziecka marzył o pracy w mediach, by tam mógł się realizować. I w ten sposób, po raz kolejny osiągnął to, czego chciał. Gordański wyszedł z budynku, zapalając po drodze papierosa. Odrzucił zapałkę i poczuwszy niemiły zapach, zamyślił się. Dlaczego i kiedy zaczął? Przypomniał sobie, że stosunkowo niedawno miał nerwowy okres w życiu i wtedy, nie mając czym zająć trzęsących się rąk, brał do nich papierosy. Kilka lat temu, jego matka leżała w szpitalu w ciężkim stanie, trafiając tam przez nieuwagę kierowcy. Wówczas, podczas operacji, kiedy stał przed tamtymi drzwiami, ktoś podsunął mu paczkę, a on, nie zdając sobie do końca sprawy z tego, co robi, wziął jednego. Później, kiedy wróciła z powrotem do zdrowia, nie odstawił ich, tylko kontynuował nałóg z przyzwyczajenia. Sam Gordański interesował się należycie rodziną tylko wtedy, gdy jej coś zagrażało. Jeśli wiedział, że jest bezpieczna, zajmował się pracą, zapominając o odpowiednim wychowaniu i zainteresowaniu, co odbijało się w znaczący sposób na ich zachowaniu. Mężczyzna obserwował chwilę niebo, po czym rzucił niedopałek papierosa i wsiadł do auta, by udać się na zasłużony odpoczynek. 2. - Mamo, możesz mi pomóc? Znowu wyszedł mi zły wynik… - usłyszała Gordańska, gniotąc kolejny projekt domu. Podniosła pełen zniechęcenia wzrok znad biurka i odkrzyknęła, biorąc do ręki następną kartkę. Nie miała czasu, by tłumaczyć córce rzeczy, które dawno powinna wiedzieć… - Nie mogę teraz, jestem bardzo zajęta. Mam duże zaległości w pracy Usłyszała, jak ktoś odsuwa krzesło w drugim pokoju, a po chwili kroki na korytarzu. W drzwiach do małej pracowni pojawiła się wysoka dziewczyna, o długich, sięgających pasa, włosach. Błękitne jak niebo w południe oczy utkwiła w matce, która wpatrywała się w kartkę i kreśląc następny rysunek, rzuciła jakby od niechcenia - Wracaj do siebie i ćwicz dalej. Widzisz, co robię Magda skrzywiła się i powiedziała oschłym tonem - Skoro przedkładasz swoje pieprzone rysunki nad własne dziecko, to trudno. Nie zdziw się później, jeśli nie będziesz mieć uśmiechu na ustach, po wyjściu z zebrania w szkole. Jeżeli oczywiście znajdziesz w ogóle na nie czas. Gordańska nie podnosząc głowy znad biurka, mruknęła coś do siebie i pokiwała głową, starając się odpowiednio poprawić plan pierwszego piętra. Magda potrząsnęła głową w geście całkowitej dezaprobaty, rozgniewana wyszła z pracowni, by nie tracić więcej czasu na niepotrzebne użeranie się z matką. Ostatnimi czasy ciągle jest tak zajęta, że prawie nie ma czasu na rozmowę z dziećmi. Wcześniej, kiedy miała mniej pracy, interesowała się tym, co się dzieje w domu. Teraz, gdy już od kilku miesięcy ludzie cały czas zlecają jej projekty rozmaitych kompleksów budowlanych, jest słabo osiągalna praktycznie dla każdego. Jeśli nie pracuje we własnym biurze, robi to w swojej domowej pracowni, którą uzyskała z przerobienia starej komórki. Od tamtego czasu rzadko zajmuje się domem, a gdy dostanie dzień wolny, poświęca go na nadrobienie odłożonych projektów. Magda już napomykała jej kilka razy, że chce pomówić, bo przyjaciółka to jednak nie wszystko, czego ona potrzebuje. A matka i córka powinny stanowić piękną parę, której porządek nie powinien się nigdy zachwiać. W tej chwili Marta Gordańska, zaślepiona tymczasowo swoimi obowiązkami, zapomniała o tym. Nie zmieniało to jednak faktu, że Magda po raz kolejny została odtrącona z powodu, który przecież nie powinien być od niej ważniejszy… - Nie masz wrażenia, że starzy nas olewają? – rzuciła w stronę brata, wchodząc do jego pokoju Patryk przeniósł wzrok z ekranu komputera na siostrę, po czym znowu spojrzał na monitor. Westchnął głęboko i nachmurzył się. Nie lubił tego pytania, szczególnie dlatego, że słyszał je już kilka razy w przeciągu ostatnich dwóch, może trzech miesięcy. Za każdym razem odpowiadał tak samo, choć to kłóciło się z jego naturą. W głębi ducha przyznawał jej rację. - Nie, po prostu mają dużo pracy. A między życiem ciężkim, a życiem dorosłym postawiłbym bez żadnego wahania znak równości. Musisz zrozumieć, że… - Ciągle mówisz to samo! – krzyknęła Magda, zaciskając zęby – dlaczego po prostu nie przyznasz mi racji ? Czy to takie trudne? Patryk odgarnął czarne włosy z oczu i popatrzył prosto w błękitne oczy Magdy i siląc się na niedbałość, powiedział nienaturalnie - Po prostu przesadzasz. Poczekaj jeszcze, a przyjdą lepsze dni. Jesteś już w liceum, więc na pewno uczyłaś się o Kochanowskim. W swoich pieśniach zamieścił mądre i co najważniejsze, prawdziwe złote myśli. Jedną z nich jest to, że życie to sinusoida składająca się z dobrych i złych czasów. Przestań się więc tak przejmować tą sytuacją… - Nie wiem skąd masz pojęcie o renesansowych twórcach, uczniu klasy ekonomicznej. I choć to, co powiedziałeś, jest prawdą, mam tego naprawdę dosyć - Przypadki chodzą po ludziach – mruknął do siebie Patryk, patrząc na znikające za drzwiami długie blond włosy Znów zerknął na ekran i zobaczył na komunikatorze przysłaną przed momentem wiadomość; „przyjdziesz dziś?”. Zamyślił się na chwilę, ze wzrokiem wpatrzonym w gitarę elektryczną, którą dostał niedawno, bo na osiemnaste urodziny, od rodziców. Miał ochotę znowu iść w tamto miejsce, choć wiedział, że nie powinien w ogóle tam się kiedykolwiek znaleźć. W głębi siebie czuł, że kiedy poznał tą grupę ludzi i sposób życia, a później kontynuował znajomość i sam zaczął robić jak oni, popełnił błąd. Uważał, że to nic takiego. Jednak z każdym kolejnym dniem jego życia zdawał sobie sprawę, że teraz będzie to tak trudno cofnąć… Żałował, ale znowu chciał ich zobaczyć. Jeszcze raz. „Nie jestem tacy jak wy!... Udowodnię, że mogę wrócić z powrotem… przysięgam…”. - Przyjdę – odpisał - Doskonale Chłopak wstał od biurka i spojrzał na zegarek, by oszacować ile potrzeba mu czasu na przygotowanie się i dotarcie na miejsce. Dziewiąta wieczorem. Zdąży wszystko zrobić. Patryk zamknął drzwi na klucz, po czym podszedł do swojej półki z ubraniami. Jego przystojna twarz wykrzywiła się w grymasie obrzydzenia, gdy popatrzył na leżące pod nimi przedmioty. Zagarnął je jednym ruchem ręki i wrzucił do niewielkiej, nieprzeźroczystej siatki. Odda im to. Nie będzie już więcej tego potrzebował. Nigdy nie potrzebował. Otworzył szufladę pod biurkiem, na którym leżały statystyki ostatnich zysków największych polskich przedsiębiorstw budowlanych, wyjął dwa małe plastikowe pudełka i również wrzucił je do siatki. Położył ją na łóżku i odetchnął głęboko, jakby właśnie spełnił dobry uczynek. Znowu się zasępił, jednak tym razem myśli pobiegły ku siostrze i wypowiedzianych przez nią słowom. I tym razem palące poczucie winy wzięło w nim górę, bo poczuł, że zapiekły go oczy. Zamrugał szybko, by zatrzymać gorące łzy. Dlaczego nie miał tyle odwagi, by przyznać jej rację i spróbować cokolwiek zmienić. Chodził do wrocławskiej szkoły. Kiedy po raz pierwszy się zakochał, chciał opowiedzieć o tym ojcu. O pięknych, szafirowych oczach dziewczyny, poznanej na szkolnej dyskotece, jej słodkim, aksamitnym głosie i wdzięku, z jakim się poruszała. Nie zrobił tego, bo gdy pewnego dnia podszedł do ojca robiącego sobie w kuchni kolację i zaczął rozmowę, zadzwonił jego telefon. Po chwili Gordański odłożył komórkę i powiedział synowi, że musi iść na nagłe spotkanie redakcji. Ojciec Patryka wyszedł, a on już nigdy nie zechciał mu o tym opowiedzieć. Dziewczyną był tak zauroczony, że nawet zapomniał zapytać o imię. A później, gdy czasem ją widywał, nie miał w sobie dość odwagi, by o sobie przypomnieć. To jeszcze bardziej oddaliło ich od siebie. Chłopak wkrótce osiągnął pełnoletniość i wychodził z domu, wracając kiedy mu się podoba. Zastanawiał się czasem czy rodzice zauważyliby, że przychodzi z powrotem późno w nocy, gdyby był młodszy. Lecz on miał zasady, których nie chciał przedwcześnie złamać. Teraz już czuł się moralnie usprawiedliwiony. Zaczął chodzić na często organizowane przez kolegów z klasy imprezy, by zapomnieć na chwilę, że czuje się trochę jak sierota. Na jednej z nich poznał szczupłą dziewczynę o imieniu Paulina. Chociaż miała przeciętną urodę, posiadała coś, co Patryka do niej przyciągnęło. Czy zawdzięczała to emanującej z niej tajemniczości? Czy może to jej nienaturalnie duże, wystraszone oczy spowodowały, że zapragnął z nią porozmawiać? Fascynacja jej osobą pochłonęła go w takim stopniu, że zaczęli się spotykać, a on poznał międzyczasie jej dziwnych znajomych. Wszyscy byli równie szczupli jak ona. Wtedy nie domyślał się jeszcze, co może być tego powodem. Dowiedział się dopiero na spotkaniu, na które zabrała go Paulina, określając je mianem ‘integracji’. Patryk przymknął oczy i potrząsnął głową, by odgonić obrazy, pokazujące to, co stało się później. Nie miał do końca pojęcia dlaczego i jak tam się znalazł. Kolejne tygodnie przeżył jak we śnie, reagując normalnie na bodźce zewnętrzne, kiedy w środku był całkiem pusty… Nie łamał sobie głowy na dociekaniu, co mu się stało, bo odpowiedź była tylko jedna. A dziś poczuł, że coś w nim odżyło. Coś, co nakazało mu zmienić bieg wydarzeń. Nie tłumił tego. Serce mówiło mu, że tylko zerwanie z tamtym światem może go uratować. Lecz ciągle jakaś nieznana siła pchała go tam z powrotem i wzbudzała chęć pozostania w nim. Sposób bycia tych ludzi był spokojny i zarazem agresywny. Konflikt rodził się tylko wtedy, gdy czegoś brakowało. A oni wiedzieli, czego chcą. Patryk również wśród nich nabrał pewności, że wie. Co za haniebna pomyłka… Nigdy, w całym swoim osiemnastoletnim życiu nie czuł się tak wewnętrznie rozdarty… - Co jest z tobą ?! Otwórz drzwi! Drgnął, usłyszawszy siostrę, jakby został wyrwany z głębokiego snu. Wstawszy, przekręcił klucz w zamku i ujrzał Magdę, stojącą z zeszytem w ręku i wpatrującą się w niego ze zdziwieniem. Przez chwilę zdawało mu się, że zauważył błysk zaciekawienia i strachu w jej oczach. O co chodzi? Nie powinna niczego podejrzewać… - Co ty tu robiłeś? – spytała, wchodząc do pokoju i rozglądając się na boki – tego tu wcześniej nie było! – wskazała na leżącą na łóżku siatkę. Wyciągała już rękę, by ją otworzyć, gdy Patryk porwał ją w dłonie. Popatrzyła na niego zdziwiona jeszcze bardziej, niż wcześniej. - Masz z czymś problem? – zapytał chłopak, pokazując głową jej zeszyt Przez kilkadziesiąt sekund obserwowała go w milczeniu, aż w końcu ścięła usta, wzruszyła ramionami i powiedziała - Skoro nasza kochana mamusia znowu nie ma dla mnie czasu, pomyślałam, że może ty mi powiesz o co chodzi w tej idiotycznej matematyce? - Wybacz, ale ja też tego nie zrobię. Muszę zaraz wyjść… do kolegi – dodał szybko, patrząc na jej podejrzliwy wyraz twarzy – zadzwonił w ważnej sprawie i dlatego zamknąłem drzwi. Nie lubię, gdy ktoś mi przeszkadza… Magda westchnęła ciężko i opuściła głowę. Patryk, któremu zrobiło się żal siostry, podszedł do niej i przytuliwszy ją do siebie, rzekł cicho - Przepraszam… jutro ci pomogę. Mam dziś coś do załatwienia. Naprawdę muszę już iść - Dokąd? Powiedz mi… - Powiedziałem wcześniej Wypuścił ją z uścisku i trzymając siatkę w ręce, ruszył na dół, zostawiając Magdę samą na środku jego pokoju i czując na swoich plecach jej smutny wzrok. Nie lubił kłamać. Robił to tylko wtedy, gdy nie miał innego wyjścia. A i tak później czuł się podle. Zbiegł schodami na dół i zobaczył ojca, który właśnie zamknął za sobą drzwi. Przystanął na chwilę, popatrzył na zegarek i pokręcił znacząco głową. - Przeciągnęło się – rzekł Gordański – gdzie mama? - Na górze… podobno jest zajęta Mężczyzna pokiwał głową i spytał - A ty dokąd się wybierasz? - Tam, gdzie mnie nogi poniosą – odpowiedział obojętnie. I nie zwracając na niego więcej uwagi, ubrał szybko buty i wyszedł w półmrok wieczoru. Miał na sobie cienką bluzkę, więc gdy wyszedł, ogarnął go już lekki chłód, ze względu na stosunkowo późną godzinę. Nie zwrócił jednak na to uwagi. W jego głowie pojawiła się chęć jak najszybszego dotarcia na miejsce. Nie tracąc czasu, ruszył w stronę przystanku autobusowego. 3. Magda jeszcze nie wyszła z pokoju brata. Siedziała na łóżku od jego wyjścia, zastanawiając się nad tym, co tak starannie chciał ukryć. Nie chciała przeszukiwać jego pokoju, bo bała się, że ją na tym nakryje, a poza tym byłoby to nieuczciwe. Rozsądek wziął jednak w końcu górę i postanowiła odkryć jego tajemnicę. Jej wzrok padł na ten sam przedmiot, na który wcześniej zapatrzył się jej brat. Biało-czarna, stojąca na stojaku gitara, prezentowałaby się imponująco dla każdego, kto by tu wszedł. Potrafił grać już na naprawdę wysokim poziomie, co potwierdzały szkolne występy solowe. Była z niego bardzo dumna. Nie zmienia to jednak faktu, że chętnie wyrzuciłaby ją za okno, gdyby mogła. Ilekroć Magdę odwiedzała przyjaciółka, Patryk ją podłączał i wydawało się, że grał, by specjalnie zrobić im na złość. Kiedyś nerwy w końcu im puściły i poszły do jego pokoju z prośbą, a wręcz rozkazem, by natychmiast przestał. On, wzruszając ramionami, odłożył instrument i z niepokojem zauważył, że Agnieszka, przyjaciółka Magdy podeszła do jego półki z ubraniami, by sprawdzić z ciekawości stan jego garderoby. Patryk rzucił się wtedy jak oparzony i odciągnął ją od tamtego miejsca… Blondynka wstała, olśniona wspomnieniem i zrobiła kilka kroków w stronę komody, starając dopatrzeć się czegoś dziwnego. Przysunęła się jeszcze bliżej i zaczęła wertować odzież. Po chwili podniosła ubrania, pod którymi spodziewała się znaleźć tajemnicę brata. Rozczarowała się, widząc, że nic tam nie ma. Zrezygnowana położyła z powrotem małą stertę podkoszulków, niechcąco ją przewracając. Wtedy dostrzegła, że w rogu półki odkrył się kawałek jakiegoś małego przedmiotu. Targnięta emocjami, błyskawicznie chwyciła go w dłoń i wyciągnęła, by lepiej mu się przyjrzeć. Zbladła, gdy zobaczyła go w pełnym świetle, a serce w momencie zaczęło bić szybciej i mocniej. Od razu ogarnęły ją myśli, których nigdy by nie dopuściła do głowy. „To po prostu niemożliwe… on? To absurd. Nie wierzę, że to może być prawda. Wytłumaczy to… Ale mój Boże… dlaczego on chowa pod ubraniami strzykawkę… ?” Magda zamykała za sobą drzwi, gdy napotkała idącego do sypialni ojca. Jedynym, na co się zdobyła, po zdumiewającym odkryciu, było tylko ciche ‘cześć, tato’. Gordański odpowiedział na powitanie, po czym minął ją, nie zauważając, że Magdzie trzęsą się lekko nogi, a jej twarz przybrała kolor koszuli, którą miał na sobie. Pokiwała niepewnie głową, odprowadzając go wzrokiem, po czym odwróciła się, by odejść i trochę ochłonąć. Dziewczyna, znalazłszy się z powrotem w swoim pokoju, rzuciła zeszytem i opadła na łóżko, zakrywając dłońmi oczy. Postanowiła, że nie pójdzie spać, dopóki Patryk się nie zjawi. Poczeka tak długo, na ile będzie to potrzebne. Właśnie zrozumiała, że to, co na pozór może wydawać się normalne, w rzeczywistości jest zupełnie inne. Okłamał ją, mówiąc, że idzie do kolegi. Wiedziała to. Jednak wciąż w głębi ducha miała nadzieję, że jej podejrzenia są mylne. 4. Patryk szedł ciemną ulicą, mając wzrok utkwiony w starej kamienicy, do której najwyraźniej zdążał. Było już trochę po 22, a to oznaczało, że spotkanie musiało się zacząć bez niego. Może to i lepiej? Pojawi się niespodziewanie, więc wszyscy będą na niego patrzeć. A to było najważniejsze. Skręcił w lewo, do jeszcze ciemniejszej alei, by skrócić sobie drogę. Był przekonany, że wszystko pójdzie po jego myśli. Niepowodzenia w ogóle nie brał pod uwagę. Mała sadzawka wyglądała bardzo ponuro w tym świetle. Wzdrygnął się na samą myśl, że ktoś mógłby w niej właśnie leżeć. Księżyc łagodnie odbijał srebrzyste światło. Patryk sądził, że to dobry znak. Minął szybko kilkudziesięcioletniego dęba i wyszedł z alei na ulicę. Stąd widział już zapalone światło w pokoju, gdzie się zawsze spotykali. Wykrzywił usta i przyspieszył kroku, mocniej ściskając w ręku kolorową siatkę. Po drugiej stronie ulicy przewinęło się kilka pijanych młodych osób. Chłopak ruszył, gdy zniknęli mu z zasięgu wzroku. Przeszedł ostrożne przez ulicę i wszedł bramą do podwórka, otaczającego kamienicę. Gdyby nie ta brama, czułby się jak więzień z powodu murów, które obiegały cały budynek. Zwrócił kroki w stronę wejścia, mieszczącego się na zachodniej części. Minął śpiącego psa, przykutego do budy mniejszej, niż jego ciało i doszedł do drzwi, które o dziwo, były zamknięte. Dostrzegł wmontowany w ścianę domofon. Zdumiony zabezpieczeniem, jakiego nigdy tu nie było, przeliczył szybko układ balkonów i okien i zadzwonił pod otrzymany numer. Po chwili usłyszał cichy dźwięk, oznaczający, że ktoś otwiera mu drzwi. Znalazłszy się w środku, ruszył do góry, pogrążonymi w półmroku schodami. Jedynym źródłem światła były bardzo słabo jarzące się na piętrach żarówki. Dopiero teraz zdziwiło go to, że nikt ich jeszcze nie ukradł. Na ścianach od czasu do czasu zauważał graficiarski tekst, będący wytworem osób, które najwyraźniej nie miały pomysłu co ze sobą zrobić. Na klatce schodowej czuć było nieprzyjemny zapach tytoniu. Stanął w końcu przed drzwiami bez tabliczki z nazwiskiem i żadnej dodatkowej ozdoby. Przez chwilę zbierał myśli, po czym wziął głęboki oddech i nacisnął klamkę. Wiedział, że będą otwarte. Ruszył przez przedpokój i skręcił w prawo, wchodząc do jego drugiej części. Zobaczył stąd przez uchylone drzwi do pokoju, że jedna osoba ma zamknięte oczy, a na twarzy wyraz olbrzymiego szczęścia. Zorientował się od razu, co jest tego powodem. Nie tracąc więcej czasu, pchnął drzwi, a jego oczom ukazała się gromadka młodych ludzi. Jeden z nich trzymał właśnie strzykawkę na swojej ręce, z wyraźnym zamiarem jej użycia. Dostrzegłszy przybyłego, powitał go słowami - O, Patryk. Myślałem, że już nie przyjdziesz. Siadaj, zaraz będzie twoja kolej – Michał wskazał mu miejsce obok siebie Młody Gordański nie ruszył się z miejsca. Toczył wewnętrzną walkę z samym sobą, a zwycięzca nadal pozostawał jednak niewiadomy. Z jednej strony, chciał rzucić mu tym, co trzymał w ręce w twarz i krzyknąć, że to koniec, a z drugiej… użyć i poczuć się jak osoba, którą zobaczył przez uchylone drzwi. - Co jest z tobą? - usłyszał pytanie, zadane mu już drugi raz tego wieczoru. Michał patrzył się na niego zdumionym wzrokiem - na co czekasz? – indagował Patryk drgnął i rozglądnął się po pomieszczeniu. Zauważył Paulinę, która również dziwnie się na niego patrzyła. Ona jeszcze nie wzięła. - Ja.. ja – zaczął bełkotać chłopak – Jezu… ja nie… - Widzę, że źle z tobą – rzekł Michał – chodź, weźmiesz działkę i zaraz będzie ci lepiej – powiedział zachęcającym tonem Patryk trzęsąc się okropnie, nie wiedział co zrobić. Nie mogąc znieść narastającej presji, skapitulował i usiadł obok Michała - Dawaj – powiedział z szalonym wyrazem twarzy - Proszę bardzo – uśmiechnął się drugi narkoman, odsłaniając Gordańskiemu pokłute ręce. Po chwili Patryka ogarnęło poczucie lekkości, problemy zniknęły, a świat zrobił się piękniejszy. Wszystko przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Był tylko on i garstka siedzących wokół niego ludzi. Nigdy nie czuł się lepiej. Drżenie ustało, i jedynie stan błogości ogarniał jego wnętrze ciała. - Po co przyniosłeś swój cały zapas ? – spytał ktoś, pokazując kolorową siatkę, którą Patryk zostawił przy wejściu - Na wszelki wypadek – odrzekł cicho Gordański, nie otwierając oczu Leżał tak jeszcze długą chwilę, nie zwracając uwagi na otoczenie, do czasu, kiedy ktoś szturchnął go w ramię i szepnął do ucha - Mamy LSD w pigułkach. Paweł zgarnął na mieście u jakiegoś frajera za bezcen. Chcesz? Próbowałam, niezły odlot Patryk uchylił powieki i zobaczył bladą twarz Pauliny. Trzymała w ręku jakąś czerwoną tabletkę. Nigdy jeszcze jej nie widział. „Wszystkiego trzeba spróbować” – pomyślał, biorąc ją z ręki dziewczyny i wkładając ją sobie do ust. Nie wiedział nawet, co dzieje się z człowiekiem, który ją połknie. Paulina wyciągnęła drugą tabletkę i robiąc z nią to samo, co Patryk, położyła się obok niego. Leżeli dłuższą chwilę i wydawałoby się, że są pogrążeni w głębokim śnie, gdyby chłopak nie odezwał nagle z rozczarowaniem w głosie - Nic się nie dzieje - Poczekaj… zaraz zacznie działać – rzekła Paulina, gładząc go po włosach - Idę do łazienki. Zaraz wracam – rzekł Patryk wstając i rzucając spojrzenie na pokój. Nikt nie zachowywał się szczególnie dziwnie. Tylko jakiś blondyn, którego Gordański wcześniej nie widział, mamrotał coś przez półsen. Parę osób paliło w kącie niedziałającą już na nich marihuanę, a reszta w ogóle nie zdradzała oznak, że jest obecna duchem. Chłopak wyszedł do przedpokoju, by dostać się do łazienki, ale przez zamglone spojrzenie ujrzał kogoś, kto sprawił, że ugięły się pod nim kolana. Wysoka postać Piotra Gordańskiego wpatrywała się w syna surowym wzrokiem, któremu ze strachu serce o mało nie wyskoczyło z piersi. Ojciec pokręcił głową w geście rozczarowania i powiedział głosem odbijającym się od ścian - Nie dopilnowałem cię, synu… wybacz mi… Gordański osunął się na kolana, zasłaniając rękami twarz a jego ciało wydłużało się, przybierając nienaturalny kształt. Zza ściany wyłoniła się nagle Magda, która swoim wizerunkiem sprawiła, że Patrykowi zaczęły się okropnie trząść nogi. Chciał zrobić krok do tyłu, jednakże stopy jakby przywarły do ziemi, bezlitośnie zmuszając go do pozostania w miejscu. Siostra sunęła w powietrzu kilka centymetrów nad podłogą z twarzą wykrzywioną nienaturalnym, okropnym grymasem wściekłości i żalu, włosy zmieniły kolor z jasnych na ciemne, jej biała cera biła nieopisanym blaskiem, który zdawał się wzmagać z każdą kolejną sekundą, a na odkrytych rękach miała liczne ślady ukłuć po igle, z których wypływała krew, Lecz to, co wzbudziło u chłopaka największe przerażenie miało źródło w pustych i zionących ciemnością oczodołach Magdy. Patryk nigdy by nie poznał swojej siostry, gdyby wewnętrznie nie czuł, że to właśnie ona się przed nim unosi i pokazuje zakrwawione ręce, mówiąc donośnym, ale przeraźliwie niskim głosem, który wypełnił całą jego głowę - Skończ… jeszcze możesz Magda zaczęła sunąć w jego stronę, przenikając przez ojca, płaczącego krwawymi łzami. Patryk wrzasnął ze strachu i jak opętany rzucił się na drzwi do łazienki. Błyskawicznie je otwierając, wbiegł do środka i zamknął się na klucz. Podszedł do lustra i rękami oparł się o płytki tak, że w odbiciu widział jedynie siebie. Schylił głowę, by przemyć twarz zimną wodą, która, jak myślał, pomoże mu dojść do siebie. „Jezu… co to za narkotyk? To nie dzieję się naprawdę… muszę wyjść, muszę stąd do diabła wyjść… Podniósł głowę, by jeszcze raz popatrzeć w lustro, ale tym razem w odbiciu pojawiła się także wykrzywiona w nienaturalnym grymasie twarz siostry. Patryk ponownie wrzasnął i odskoczył od zwierciadła, by rozejrzeć się po łazience. Uspokoił się trochę, gdy zobaczył, że jest całkiem sam. Usiadł na krawędzi wanny i zasłonił twarz rękami, próbując całkiem opanować drżenie ciała. Ciemność w oczach przez chwilę okazała się zbawienna, lecz zaczęła nagle mu dokuczać, gdyż wyłonił się z niej obraz ukazujący moment, w którym leży w trumnie, ubrany w ciemny garnitur, a nad nią stoją opłakujący go narkomani. Wszyscy mają wychudzone, blade jak płótno twarze, a z pozbawionych wyrazu oczu wypływają ciemnoczerwone łzy. Patryk potrząsnął głową; zrobiło mu się naprawdę gorąco. Poczuł jak po jego plecach spływa pot, który zwilżył już ubranie, jakie miał na sobie. Odetchnął głęboko i podwinął rękawy swojej bluzki. Spróbował wstać, by ponownie zwilżyć twarz wodą, ale tym razem, gdy się podniósł, ujrzał obróconą tyłem dziewczynę. W przypływie odwagi zbliżył się do niej, kładąc rękę na jej ramieniu. Postać odwróciła się i Patryk z obrzydzeniem odskoczył do tyłu, patrząc na wypływającą z ust Pauliny białą pianę. Rysy twarzy miała zniekształcone, a wzrok utkwiony w punkcie nad chłopakiem. W ręce trzymała plastikową buteleczkę, wypełnioną po brzegi czerwonymi pigułkami - Chodź ze mną – rzekła zmienionym głosem Paulina, nadal wpatrując się w punkt nad Patrykiem – Mamy wszystkie dla siebie… - piana kapiąca z jej ust utworzyła już wokół niej kałużę, w której stała i mówiła dalej zachęcającym tonem – idź za mną… zaprowadzę cię tam … będziemy całkiem sami… nikt nam nie przeszkodzi… Paulinie nagle przekręciły się oczy tak, że widać było tylko same białka. Ruszyła w stronę Patryka z otwartymi ustami, który ciągle słyszał w głowie jej głos powtarzający „Chodź… nie pożałujesz….”. Chłopakowi zjeżyły się włosy na głowie , a po plecach przeszedł mu dreszcz, wstrząsając jego ciałem. W momencie znalazł się z powrotem przy drzwiach i najszybciej jak mógł, przekręcił w nich klucz. Wypadł z łazienki, a jego oczom ukazał Michał, trzymający w jednej ręce głowę matki Patryka, a w drugiej głowę dziewczyny z dyskoteki. Jego usta wykrzywiał diaboliczny uśmiech, a oczy płonęły czerwienią; Gordański widział, że głowy ruszają ustami, jednakże nie usłyszał, co mówią, gdyż za oknem coś głośno grzmotnęło, a niebo pokryło się purpurą. Chciał do niego podejść, by zobaczyć co się stało, lecz nagle zaległa ciemność i poczuł, że leży na ziemi i wymiotuje obok na podłogę. Przez łzy w oczach zobaczył, że Paulina robi to samo. Usłyszał nad sobą czyjś głos, w którym dało się wyczuć szczerą troskę - Wszystko w porządku? To jazda bez trzymanki. Podziwiam cię, bo ja bym chyba tego nie wziął do ust. Wrzeszczałeś jak opętany – powiedział Michał, patrząc jak Patryk głęboko oddycha, przygotowując się do kolejnych wymiotów - Ile trwa działanie tego, co wziąłem? – zapytał szybko, nie podnosząc głowy znad ziemi - Od 8 do 12 godzin. Tak więc życzę ci, byś tym razem miał przyjemniejsze wizje Gordański nie zdążył odpowiedzieć, gdyż znowu zaczął wymiotować, a gdy skończył, niebo ponownie przybrało kolor purpury.. Patryk obudził się, gdy za oknem było już jasno. Kręciło mu się trochę w głowie, a w ustach czuł niebywałą suchość. Rozglądnął się na boki i zobaczył, że w pokoju, prócz niego, znajduje się jeszcze tylko Michał. To było w końcu jego mieszkanie. Chłopak stał do niego obrócony tyłem, a kiedy w pewnym momencie odwrócił się, Gordański znowu ujrzał gorejące czerwienią oczy. Przymknął szybko powieki, czując jak dreszcz przechodzi przez jego ciało. Gdy spoglądnął z powrotem na Michała, ten miał już normalne spojrzenie. Patrzył na niego z politowaniem, jakby dokładnie wiedział, co Patryk miał okazję zobaczyć przez całą noc. Wystarczy, że widział jak się zachowuje. Jak wrzeszczy, ucieka i krzyczy do niewidzialnych postaci. Nie zaznał spokoju, póki nie zasnął o bardzo późnej godzinie. Teraz leżał obok własnych wymiotów, żałując i wypominając sobie, że w ogóle tutaj przyszedł. Chociaż... przybycie w to miejsce może i nie było złym pomysłem. To tylko jego podatność na presję otoczenia spowodowała, że skończył inaczej, niż zamierzał. Przypomniał sobie nagle, że powinien być teraz w szkole. - Muszę iść… siostra… - powiedział słabo Patryk, wstając - Wyglądasz beznadziejnie – rzekł Michał, patrząc na jego podkrążone oczy i sposób, w jaki wstał – chcesz się wyluzować z rana? Zostało trochę towaru z wczoraj - Nie… daj mi spokój, człowieku… - rzucił na odchodnym Patryk Wyszedł z mieszkania i myśląc nad tym, co powie Magdzie, gdy wróci do domu, zeszedł schodami do wyjścia. W drzwiach jednak stało dwóch ludzi, których wygląd nie wróżył spokojnego wydostania się z budynku. Mieli na oko dwadzieścia parę lat, byli o wiele więksi od niego, w rękach trzymali papierosy i mówili do siebie językiem wołającym o pomstę do nieba. W dodatku posiadali nieprzyjemne, przepite głosy. Nie znosił ludzi tego typu. A szczególnie wtedy, gdy stali mu na drodze. - Przepraszam, chcę wyjść – rzekł siląc się na uprzejmość Patryk, gdy zbliżył się na odpowiednią odległość Jeden z mężczyzn obrócił się i wykrzywił wargi w drwiącym uśmiechu - A coś ty za jeden, pięknisiu ? – spytał, zastawiając drzwi swoim ciałem - Przepuść mnie – powiedział Patryk, czując jak robi mu się gorąco - Chłopczyk mnie nie słucha – powiedział kpiąco pierwszy do drugiego, który parsknął śmiechem – nie rozumiesz pytania? Nie jesteś stąd, więc gadaj coś za jeden – kontynuował złowrogim tonem Patryk poczuwszy przypływ odwagi, bez jakiegokolwiek namysłu, wziął krótki zamach nogą i uderzył napastnika stojącego w drzwiach w krocze, który od razu padł na ziemię, jęcząc z bólu. Zanim drugi się zorientował, co zaszło, Gordański był już daleko na zewnątrz. Z odległości pokazał drugiemu przeciwnikowi środkowy palec, co zaowocowało u niego napadem szału. - Nie pokazuj się tu więcej – ryknął rozwścieczony, zdradzając chęć do pościgu Patryk, nie chcąc tracić czasu na użeranie się z kimś takim, pokręcił z odrazą głową i wycofał się za mury kamienicy. Odetchnął głęboko, by opanować drżenie rąk, po czym skierował kroki ku przystankowi autobusów, żeby wrócić do domu. Miał nadzieję, że wróci po wyjściu siostry do szkoły, by nie mogła dostrzec śladów dzisiejszej nocy na jego zmęczonej twarzy. 5. Magda denerwowała się coraz bardziej za każdym razem, kiedy spojrzała na zegarek. Od szeregu godzin czekała na powrót brata, który najwyraźniej nie chciał lub nie mógł się pojawić. Łamała sobie głowę na zastanawianiu się, co może teraz robić. W życiu by nie pomyślała, że właśnie ucieka przed tabunem wielkich pająków. Długie minuty rozmyślań spowodowały, że zapomniała o śnie, i o tym, iż rano powinna być wypoczęta. Tymczasem dochodziła druga w nocy, a Patryk nie dawał znaków życia. Przez chwilę rozważała możliwość powiadomienia rodziców, ale porzuciła tę myśl, kiedy przypomniała sobie ich podejście do dzieci. Miała niejasne przeczucie, że na wiadomość, iż ich jedyny syn bierze, pokręciliby z dezaprobatą głowami i powiedzieliby, że to głupi żart. Właściwie w tym przypadku nie dziwiłaby się temu zachowaniu, bo ona sama, gdyby nie odkrycie, którego dokonała, na pewno by w to nie uwierzyła. Wiedziała, że Patryk nieraz ulegał wpływom innych osób, ale nigdy nie pomyślałaby, że ulegnie czemuś, co pociągnie go na dno. Doszła do wniosku, że ludzie, którzy zaczynają brać są słabi. Powody mogą być różne. W przypadku Patryka nie była to raczej ciekawość, nuda lub brak atrakcyjnego spędzenia czasu. Źródło leżało w jego słabej odporności na presję otoczenia i sytuacji w domu. Sytuacji, której ona również nie znosiła, ale szukała pomocy w inny sposób. Pewnego dnia podeszła do matki, aby porozmawiać o tym ciągłym braku zainteresowania ich postępami w nauce i mijającym życiem. Magda powiedziała wówczas, że takie zachowanie nie jest niemiłe, lecz wręcz bolesne. Gordańska wzruszyła wtedy ramionami i odrzekła, że powinna to zrozumieć i przyzwyczaić się, bo jest już wystarczająco dorosła. Stwierdziła również, że osoby w jej mają tendencję do zaczynania z rodzicami niepotrzebnych kłótni. Magda słysząc tak bezsensowną argumentację, wyszła z pokoju i nie odzywała się do matki przez kilka dni. Kiedy po tygodniu przyszła ponownie porozmawiać, Gordańska wzięła ją w ramiona i obiecała, że się zmieni. Były to jednak słowa rzucone na wiatr, gdyż sytuacja znowu wróciła do poprzedniego stanu. Postanowiła zatem sama mu pomóc, co wiązało się z niemałym ryzykiem. Nie wiedziała jeszcze, co dokładnie powinna robić, jednak doszła do wniosku, że już teraz popełniła pierwszy błąd, pozwalając mu wyjść. „A może to wcale nie jest tak, jak myślę… ? Może po prostu szukam najgorszego możliwego rozwiązania, które wcale nie musi być prawdziwe? A co, jeśli to prawda?...” Magda wpatrywała się w roziskrzone gwiazdami niebo, nie czując, że w jej niebieskich oczach zadrgały dwie wielkie łzy. To była jedna z niewielu osób, o które naprawdę się martwiła. Miała wiele przyjaciółek, ale w domu tylko on nadawał się do życia. A według niej, rodzina w ludzkiej egzystencji powinna zajmować czołowe miejsce. Poczuła ciężar w brzuchu, kiedy pomyślała, że może nie podołać zadaniu. On odejdzie, a wtedy zostanie sama. Miną długie lata żalu i poczucia winy. Długie lata, które okażą się udręką i utrapieniem. Łzy potoczyły się jej po policzkach. Na naprawę błędów rodziców będzie za późno. Nie będzie można ich naprawić w jakikolwiek sposób. Jak człowiek, który spadł w otchłań, bo pomocna dłoń pojawiła się dopiero, kiedy już nie było słychać nawet jego krzyku. Nie było słychać niczego, prócz ciszy. Martwej ciszy. Magda poczuła słony smak w ustach. Otrząsnęła się z czarnych myśli i otarła twarz rękawem. W jej oczach pojawił się błysk pewności siebie. „Nic nie dzieje się bez przyczyny. Po jego wyglądzie i zachowaniu można stwierdzić, że jeszcze nie jest uzależniony fizycznie… jeśli w ogóle jest…” Dziewczyna westchnęła ciężko, dochodząc do wniosku, że nie ma sensu dłużej czekać. Wszystko okaże się za kilkanaście godzin, kiedy wróci ze szkoły. Wtedy spokojnie z nim porozmawia i dowie się całej prawdy. Uspokojona nieco tym rozwiązaniem, położyła się do łóżka, gdzie zasnęła twardym snem. W pokoju panowała całkowita ciemność. Na niebie nie jarzyła się nawet najmniejsza gwiazda, a księżyc zasłoniły ogromne chmury. Przez okno nie wpadało najsłabsze światło świecącej się latarni. Siedząca na łóżku Magda namacalnie wyczuwała złowrogą, roztaczającą się dokoła atmosferę. Całkowita cisza jest nienormalnym zjawiskiem nawet o tak późnej porze. Jeszcze nigdy nie słyszała takiego dzwonienia w uszach. Nagle rozległo się skrzypienie schodów za drzwiami; ktoś wchodził powolnymi, ciężkimi krokami na górę. Magda wstrzymała oddech, nasłuchując dźwięków zbliżającej się do jej pokoju postaci. Niespodziewanie wszystko na moment ucichło. Po chwili podskoczyła ze strachu, kiedy o drzwi coś uderzyło, a za nimi rozległ się ciężki oddech. Trzęsąc się jak w febrze, dziewczyna schowała się pod kołdrę, obserwując jak porusza się klamka. Wejście nie otworzyło się. Znów usłyszała uderzenie, które tym razem brzmiało tak, jakby ktoś z całej siły naparł na drzwi. Równocześnie w głowie Magdy rozległ się syczący, ociekający jadem głos; „Nie dasz rady… nic nie zrobisz… jesteś zbyt słaba… zbyt słaba… zbyt słaba…”. Dziewczyna wrzasnęła najgłośniej jak mogła i usiadła na łóżku, rozglądając się niespokojnie. Za oknem było już widno, a na biurku wibrował telefon komórkowy. Podniosła go do ucha - Jesteś już gotowa ? – usłyszała w słuchawce głos swojej przyjaciółki, Agnieszki – będę za pięć minut - Za dziesięć – powiedziała Magda i odłożyła od razu telefon Przez chwilę siedziała jeszcze w bezruchu, po czym zwlekła się z łóżka i poszła do łazienki. Skrzywiła się, gdy popatrzyła w lustro. Nigdy nie miała tak podkrążonych oczu. Umyła szybko zęby i wróciła z powrotem do pokoju, by włożyć świeże ubranie. Jej myśli pobiegły wtenczas ku Patrykowi; ledwo włożyła podkoszulek, pobiegła do jego pokoju. Doznałaby wielkiej ulgi, gdyby zobaczyła, że jest w łóżku, albo dostrzegła jakąś wiadomość, którą zostawił przed wyjściem do szkoły. Poczuła toteż bolesne ukłucie zawodu w brzuchu, gdy zobaczyła, że pokój jest pusty. Zamykając drzwi, do głowy przyszła jej myśl, że chłopak może teraz leżeć gdzieś bez ruchu, nie reagując na bodźce zewnętrzne. Magda potrząsnęła głową i odganiając obrazy, jakie zobaczyła w nocy, zeszła na dół z powodu dzwonka, który właśnie rozległ się w domu. Po chwili do środka wkroczyła Agnieszka, a wyraz jej twarzy wskazywał na to, że patrząc na przyjaciółkę, zauważyła, iż coś się stało. Nie odezwała się jednak ani słowem. - Za ile mamy autobus ? – spytała Magda, biorąc do ręki torbę z książkami - Za dziesięć minut – odrzekła brunetka – chodźmy już Dziewczyny wyszły na zewnątrz i w milczeniu skierowały się ku przystanku autobusowemu. 6. Gordański wyrzucił niedopałek papierosa przez okno samochodu, po czym wyłączył silnik i wysiadł z wozu, rozglądając się dokoła. Widok, na który popatrzył mężczyzna prezentował się imponująco;, leżący na uboczu, ogrodzony z zachodniej strony, świeżo pomalowaną na czarno podwójną barierką duży parking, na którym stało kilka radiowozów, znajdował się w odległości kilkunastu metrów od schodków wiodących do drzwi komendy. Sam budynek był wysoki, z licznymi oknami, mieszczącymi się w obu bocznych skrzydłach. Czarny dach lśnił wyjątkowo w majowym słońcu, co kontrastowało z szarym tynkiem, sprawiającym wrażenie ponurości tego miejsca. Gordański przekonał się, że kolor budynku nie jest przypadkowy, kiedy wszedł do środka. Znalazł się w dużym, przestronnym holu o dość surowym wyglądzie ścian i posadzki. Wszędzie, gdzie tylko spojrzał dziennikarz, było szarawe i tylko kilka więdnących roślin nadawało temu miejscu jakiekolwiek kolory. Świat z tej strony wyglądał inaczej niż z zewnątrz. Ludzie również zachowywali się dziwnie. Jakiś podenerwowany mężczyzna co chwila zerkał na zegarek, po czym spoglądał w stronę drzwi znajdujących się naprzeciw niego, jakby spodziewał się, że zaraz ktoś je otworzy i przekaże mu dobre informacje. Starsza kobieta z niebywałą skutecznością powstrzymywała się od wybuchnięcia złością w czasie wymiany zdań z pewnym świeżo upieczonym funkcjonariuszem. Gordańskiemu wydało się, że młody policjant nie ma pojęcia, o co chodzi. Weszło dwóch kolejnych umundurowanych, prowadzących młodego mężczyznę, którego mina świadczyła, że nie wie, dlaczego tu się znalazł. Gdzieś z oddali usłyszał cichy, przerywany szloch. Tylko jeden młodzieniec, opuszczający samotnie budynek, miał radosny wyraz twarzy. Dziennikarz potrząsnął głową i podszedł do pokrytego rozmaitymi papierami biurka, przy którym siedział siwowłosy funkcjonariusz. - Gordański – rzucił niedbale w stronę starszego policjanta Mężczyzna ściągnął krzaczaste brwi i zmierzył go wzrokiem, mrużąc oczy. Na jego nieogolonej twarzy pojawił się wyraz zrozumienia. Kiwnął głową, po czym podniósł się z siedzenia i dał znał znak, by dziennikarz szedł za nim. Gordański, bez chwili wahania ruszył pewnym krokiem za mężczyzną. Przeszli przez resztę holu, kierując się w stronę korytarza prowadzącego do dużych, drewnianych drzwi. Za nimi znajdowała się druga część budynku; tutaj mieściło się kilka biur, gdzie młodzi policjanci o informatycznym wykształceniu, zajmowali się sporządzaniem raportów i łącznością z patrolami i innymi posterunkami. Gordański zauważył, że to pomieszczenie ma w sobie więcej ciepła, niż poprzednie. Przede wszystkim tutaj na ścianach była tapeta, na podłodze jasna wykładzina, a atmosfera przygnębienia jakby się ulotniła. Szum komputerów i głosy rozmówców telefonicznych nie pozwoliły Gordańskiemu na wysuwanie dalszych wniosków. Opuszczając pomieszczenie, dostrzegł, że kilka osób podniosło na niego zdziwiony wzrok znad monitorów. Gdy wyszli na kolejny korytarz, funkcjonariusz skręcił nagle w prawo i otworzył kolejne drzwi, które tym razem okazały się stalowe. Po wejściu do tego pomieszczenia oczom Gordańskiego ukazało się kilka dużych cel. Popatrzył przez kraty do najbliższej z nich i spotkał się z groźnym spojrzeniem jakiegoś wysokiego, zarośniętego mężczyzny. Niema drwina, jaką wyczytał w jego ciemnych oczach spowodowała, że odwrócił wzrok i popatrzył na policjanta. Ten. widząc jego zmieszanie, podszedł do celi znajdującej się w głębi pomieszczenia i otworzył ją wcześniej przygotowanym kluczem. Siedział w niej mężczyzna nieco młodszy od niego, miał ciemne włosy, a wyraz jego twarzy mówił, że nie ma chęci do życia. Wyglądał na skrajnie wyczerpanego zaistniałą sytuacją. Nie popatrzył nawet na wchodzącego funkcjonariusza. Dopiero gdy usłyszał, że jest tu ktoś, kto chce z nim mówić, drgnął zaskoczony i spojrzał na policjanta tak, jakby sobie z niego żartował. Podniósł się jednak z siedzenia, kiedy zobaczył stojącego w drzwiach Gordańskiego, który patrzył na niego z wyraźnym zainteresowaniem. Moranowski po jego ubiorze domyślił się, iż to kolejny dziennikarz, szukający sensacji. Zdziwiło go jednakże to, że pozwolono mu tu wejść, a w dodatku porozmawiać z nim, szczególnie, że zwykli prasowcy nie mają takiego przywileju. Na podstawie tej dedukcji stwierdził, że stojący w drzwiach człowiek musi być kimś wpływowym, toteż gdy podszedł bliżej Gordańskiego, dziennikarz zauważył w jego oczach błysk szacunku. Poczuwszy w sobie falę samo uznania, wyszedł za Moranowskim i trzymającym go policjantem, który skierował się w stronę drzwi na końcu korytarza. Weszli do niewielkiego pomieszczenia, gdzie stał mały stolik, a obok niego dwa krzesła. Gordański od razu domyślił się, że to salka do przesłuchań lub ostrzejszych rozmów ze sprawiającymi kłopoty aresztowanymi. Nie przyszło mu nawet na myśl, że to spotkanie może się skończyć niepomyślnie. Funkcjonariusz kiwnął głową i zostawił ich samych, zamykając za sobą drzwi. Przez chwilę panowało milczenie, w którym obaj mierzyli się wzrokiem. Ciszę przerwał Gordański - Niech pan usiądzie – rzekł poprawiając krawat – zgaduję, że zdążył się pan domyślić, kim i po co tu jestem Moranowski stał jeszcze przez kilka sekund, po czym zajął miejsce na krześle z wyrazem obojętności na twarzy. Dziennikarz, nie zniechęcając się, usiadł naprzeciw niego i wyjął notes z zapisanymi w nim pytaniami. Z doświadczenia wiedział, że zwykle wszystkich nie udaje się zadać z powodu ograniczenia czasowego lub ogólnego toku rozmowy. Nie zmieniało to jednak faktu, iż zawsze lepiej mieć pod ręką jakąś pomoc na wypadek niepożądanej ciszy. Miał dużo czasu na rozmowę. Chciał wykorzystać go najwięcej, jak się da. Przygotował też wiele pytań, na które chciał znać odpowiedź, podobnie jak wszyscy potencjalni nabywcy gazety. Wyciągnął z kieszeni marynarki dyktafon i powolnym ruchem położył go na stole. Nie patrząc na reakcję rozmówcy, rzucił okiem na pierwsze pytanie i zaczął tak, by Moranowski sam zechciał mówić więcej, niż Gordański chciał usłyszeć - Jak ma na imię dziecko? Wiadomo już czy wszystko z nim w porządku? Moranowski przez chwilę znudzony wpatrywał się w dyktafon, po czym podniósł wzrok na pytającego i wzruszył ramionami. Wyglądał jak człowiek, który nie ma za wiele do powiedzenia. Gordański wpatrywał się w niego w milczeniu, jakby chciał zmusić go do rozmowy przez kontakt wzrokowy. Miał przeczucie, że uda mu się przełamać barierę, jaką winowajca stworzył wokół siebie - Dziennikarskie hieny już zrobiły swoje, zanim się tu znalazłem – powiedział, krzywiąc się, ale dodał - Dawid. Skąd mam wiedzieć czy jest z nim dobrze czy nie, skoro nie przekazano mi żadnych informacji na ten temat? To, że popełniłem błąd nie zmienia tego faktu, że nadal jestem jego ojcem i chyba mam prawo wiedzieć jak on się do cholery czuje. Miałem przez chwilę nadzieję, że panu coś powiedzieli, ale najwyraźniej się pomyliłem – rzekł w końcu rozdrażnionym tonem odwracając głowę ku drzwiom, jakby telepatycznie chciał wezwać stojącego za nimi policjanta Gordański szczerze zdumiał się jego zachowaniem. Jak człowiek, który zaledwie przed kilkoma minutami w ogóle nie zdradzał oznak większej chęci do rozmowy, od razu po wstępnych pytaniach całkiem zmienił swoje nastawienie. Znał sztuczki pozwalające mu rozwijać i podtrzymywać konwersację, lecz dokonywało się to dopiero po pewnym czasie. W zakłopotanie wprawiło go także to, że sprawiał wrażenie człowieka załamanego, człowieka, który popełnił swój życiowy błąd. Zaskoczenie spowodowane sytuacją sprawiło, że zanim zadał kolejne pytanie, odczekał kilka chwil, udając, że zapisuje w międzyczasie coś w notesie. - Dlaczego pan to zrobił? – spytał współczującym tonem dziennikarz i od razu ugryzł się w język. Dopiero po zadaniu tego pytania zdał sobie sprawę jak bardzo jest ono głupie. Zapomniał o jednej, ważnej rzeczy. Reakcja Moranowskiego tylko to potwierdziła, gdyż ten zmrużył oczy i przez chwilę Gordańskiemu zdawało się, że patrzy na niego z pogardą. Po chwili usłyszał słowa wycedzone przez zaciśnięte zęby - Byłem pijany. Czy pan, jak się upije, wie, co robi? Czy może myśli pan, że zrobiłem to celowo? Że specjalnie posłałem syna do szpitala? Rzecz się dokonała zupełnie przez przypadek, w ogóle tego nie chciałem. Nie chciałem, rozumie pan? – wychylił się ku Gordańskiemu - nie jestem sadystą ani tyranem. Nie wiem jak można zadać takie pytanie komuś, kto wówczas nie miał pojęcia, co się dzieje… - pokręcił z politowaniem głową Dziennikarz zaczerwienił się pod wpływem jego dezaprobaty. Poczuł jak na twarzy robi mu się gorąco. On na jego miejscu również…