Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 31 min czytania

Pojedynek!

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

{b}Tekst I{/b}

link do obrazu: http://img263.imageshack.us/img263/8974/mednosbrevessaisons.jpg ({i}Med nos breves saisons(Our short seasons){/i}, Wojciech Siudmak)

{b}Tryptyk {/b}

Na dnie studni coś leżało. Skąpe światło słoneczne padające przez częściowo wyłamane deski pokrywy, nie pozwalało jednak ustalić, co to takiego. Stara, niezbyt głęboka cembrowina, była usytuowana na skraju pastwiska, w pobliżu brzozowego zagajnika poprzedzającego niewielki lasek. Martha odkryła ją przypadkiem na jednej z konnych przejażdżek. Zatrzymała się nieopodal, zmuszona poprawić poluzowany popręg Parysa – ciemnogniadego ogiera o metalicznie połyskującej sierści. Omal nie wpadła do studni, która zamaskowana wśród wysokiej trawy, zrównana niemalże z poziomem gruntu, przypomniała o swym istnieniu głuchym trzaskiem pokrywy, pękającej pod naporem postawionej nań stopy. W ostatniej chwili złapała się uzdy, a spłoszony gwałtownym ruchem koń, silnie targnął łbem, odskakując i pociągając za sobą wystraszoną dziewczynę.

Teraz pochylała się nad chłodną czeluścią, usiłując dojrzeć dno. Była strasznie podniecona perspektywą wyprawy w głąb. Do pomocy zmusiła Victora, przyjaciela z dzieciństwa, z którym nie raz włóczyła się po mało uczęszczanych i niedostępnych terenach farmy, w poszukiwaniu adrenaliny. Nie musiała go długo namawiać. Zwieźli niezbędny sprzęt i rozpoczęli eksplorację miejsca. Martha uparła się, że to właśnie ona zejdzie do studni, Victor – zapalony grotołaz, nawet nie chciał o tym słyszeć. - Zwariowałaś? Masz pojęcie o łażeniu po jaskiniach i grotach? – pytał z irytacją, przygotowując stanowisko i sprawdzając sprzęt co najmniej trzeci raz. Martha uśmiechnęła się pod nosem, znając nawyki przyjaciela i rozumiejąc okazywaną przez niego troskę. - Schodzę. Jakby coś, wiesz co robić – spojrzał na znudzoną zbyt długimi przygotowaniami Marthę i sparodiował komiczną minę dziewczyny. Ciekawość zjada ją żywcem, a on żartuje sobie, zamiast przystąpić do sedna sprawy. Wreszcie zjechał. Chwilę trwało, nim usłyszała podniecony głos Victora, głucho rozbrzmiewający we wnętrzu cembrowiny. - Martha, tu coś jest! Kurde, miałaś rację! - Co znalazłeś?! – wyrwana z marazmu dziewczyna, przyklęknęła u wylotu studni. Z dołu widać było ciemny kształt jej głowy, ze zwisającymi pasmami długich włosów. - Nie wychylaj się tak, bo mi tu zlecisz na łeb! – odpowiedział Victor, podnosząc triumfalnie drewnianą skrzyneczkę. - I tak nic nie widzę. Poczekam, aż się wygramolisz. - To drewniana skrzynka, zardzewiała na metalowych okuciach i mocno zawilgotniała! – Victor był wyraźnie usatysfakcjonowany znaleziskiem. Włożył do plecaka i najszybciej jak mógł wydostał się na zewnątrz. Dziewczyna doskoczyła i prawie zdarła z niego plecak. Pragnęła jak najszybciej zaspokoić ciekawość. Natarczywie powracała ku niej myśl, niewyraźne przebłyski wydarzeń z wczesnego dzieciństwa. Pojawiły się tuż po tym, jak odkryła studnię. Kojarzyła pastwisko, siebie biegnącą za rękę z wyższą od niej dziewczyną, a potem krzyk ojca, który pojawił się nie wiadomo skąd. Wszystko to nie dawało jej spokoju, tkwiło gdzieś w podświadomości i chyba czekało na wyzwolenie.

Trzy tygodnie wcześniej…

Anthony zmarł nagle. Zaskoczył wszystkich swym odejściem. Martha została z rozległą, częściowo niezbadaną ziemią – piękną i wymagającą. Ojciec dobrze radził sobie z pracą, interesy szły składnie i farma funkcjonowała należycie. Mimo to, Martha oczekiwała, że pozostawił wskazówki. Bała się, że nie da rady, że zaprzepaści dorobek rodziców. Miała dopiero dwadzieścia trzy lata, zbyt mało by mieć doświadczenie, choć wystarczająco, by zarządzać majątkiem. Wciąż targały nią niepewność i strach przed utratą bliskiego sercu dziedzictwa. I wtedy, w najmniej oczekiwanym momencie, pojawił się rodzinny prawnik z wiadomością, która zaskoczyła wszystkich, a najbardziej, Marthę. Ojciec zostawił testament. Jego odczytanie pociągnęło za sobą lawinę niedomówień, pretensji i wywołało u dziewczyny taki szok, że przez trzy dni nie potrafiła myśleć o niczym innym, tylko o tym, że ma dwie siostry. Całość farmy miała być podzielona. Sercem Marthy rządziły sprzeczne uczucia. Z jednej strony radość, że nie jest sama na świecie, z drugiej złość, że jako jedyna pomagała rodzicom w prowadzeniu farmy, a teraz ma oddać część posiadłości siostrom, o których nic nie wie. Jednakże w testamencie, pojawiła się dziwna klauzula. Niespełnienie zawartego w niej warunku odwlekło wykonanie woli ojca. Była tam mowa o trzech złotych medalionach przekazywanych w rodzinie Kordinskich z pokolenia na pokolenie. Medalionów tych, od kilkunastu lat nikt nie widział. Zniknęły w okresie burzliwych wydarzeń rodzinnych. Nie wiadomo jak to się stało i dlaczego. Martha wiedziała, że póki stara biżuteria się nie odnajdzie, jedyną spadkobierczynią majątku pozostanie ona. Jednak fakt, że do tego czasu nie może sprowadzić sióstr do rodzinnego domu, przytłaczała ją i martwiła.

Martha z Victorem usiedli w cieniu smukłej brzozy. Szelest serduszkowych liści połyskujących w południowym słońcu, towarzyszył otwarciu drewnianej skrzynki. Dziewczyna zaczęła domyślać się zawartości. Nie myliła się. Wyjęli zawinięte w poszarzały materiał blaszane pudełko po czekoladkach. W środku zawinięte w kolejną tkaninę leżały trzy splątane łańcuszkami, złote medaliony. Drżącymi rękoma sięgnęła po rodzinny skarb. Niewiarygodnym wydawało się, że wisiory zachowały się w tak doskonałym stanie. Spojrzała na Victora oczami pełnymi łez. Nie rozumiał dlaczego znalezisko tak ją zasmuciło. Martha nie płakała jednak z żalu czy rozpaczy, płakała ze wzruszenia. - Victor, te medaliony…te złote medaliony… - odezwała się do przyjaciela zdławionym głosem. - Co takiego się stało? Dlaczego płaczesz? – zapytał zaskoczony stanem dziewczyny. - To pamiątka rodzinna. Przekazywana z pokolenia na pokolenie, pieczołowicie przechowywana przez moją matkę. Zagubiona kilkanaście lat temu. - Powinnaś się cieszyć – odpowiedział Victor. - Znalazłaś skarb, zaginiony skarb. - Tak, znalazłam. Nawet nie zdajesz sobie sprawy ze znaczenia tego odkrycia – opuściła głowę i delikatnie pocierała opuszkiem palca powierzchnię jednego z medalionów. Nigdy nie widziała co jest w środku, ale domyślała się, że zawartość związana jest ściśle z wytycznymi testamentu. Otworzyła pierwszy z nich. Na wewnętrznej stronie wieczka wygrawerowany był symbol podobny do logo Mercedesa. Jedna z części symbolu była oznaczona jedynką rzymską. Sam zaś medalion przedstawiał delikatny biały kwiat z otoczką zielonych liści, wykonany na zasadzie mozaiki w hematycie – był piękny i nasuwał skojarzenie z niewinnością i dzieciństwem pełnym miłości. Na drugim kształt był wpasowany w onyks, przywodził na myśl postać człowieka z płonącą głową – Martha powiązała to z okresem młodości i dojrzewania człowieka, kiedy grają hormony, żyje się pełnią życia, zakłada rodziny. Ostatni medalion przerażał nieco swą wymową. Jaspis połączony z opalem układał się w przerażającą czaszkę z głębokimi, bezdennymi oczodołami. Pomyślała o starzeniu się i umieraniu, schyłku życia. Ogarnęła wzrokiem wszystkie otwarte medaliony. Była przejęta i myślała jedynie w jaki sposób symbole z rzymskimi cyframi, wiążą się z wolą ojca.

Martha siedziała w salonie, w towarzystwie najbliższej rodziny. Według wskazówek prawnika, udało jej się odnaleźć siostry. Najmłodsza, 22-letnia Clair – owoc romansu ojca, mieszkała w Sydney. Okazała się roztrzepaną i rozgadaną dziewczyną, lubiącą głośną muzykę i jazdę szybkimi samochodami. Martha przestała się dziwić, gdy z ust prawnika padło nazwisko matki Clair. Była znaną łamaczką męskich serc – lubiącą ryzyko gwiazdą country. Najstarsza – 30-letnia Linda, osiadła w Stanach Zjednoczonych z matką, która schorowana, nie chciała wracać już do posiadłości, ani bolesnych wspomnień. To właśnie z Lindą biegła za rękę przez pastwisko. W podświadomości chowała więc wspomnienie traumatycznego przeżycia, jakim było rozdzielenie z siostrą. Matka poważnie pokłóciła się z ojcem, a Martha, pięcioletnia wówczas dziewczynka, była tego świadkiem. Obie z Lindą obmyśliły, że ukryją drogocenny skarb rodzinny, aby rodzice musieli go szukać. Mama nie mogłaby wówczas wyjechać, zostawić Marthy i taty. Uświadomiła sobie, jak naiwne były to marzenia i jak złudne nadzieje. Ojciec pobiegł wówczas za nimi. Nie wiedział, że miały ze sobą medaliony. Nie wiedział też, że w pośpiechu wrzuciły skrzynkę z drogocenną zawartością do studni. Krzyczał, bo wystraszył się, że wpadną do cembrowiny. Nie zabezpieczył jej należycie. Strzępki wspomnień ułożyły się wreszcie w całość. Ojciec zmienił testament po narodzinach najmłodszej córki i wtedy też wygrawerował na wewnętrznych stronach wieczek medalionów symbol podobny do logo Mercedesa. Teraz Martha dowiedziała się co oznaczają cyfry na poszczególnych częściach symbolu. Były to części farmy. Gdy prawnik rozłożył mapę posiadłości zauważyła, że miała kształt zbliżony do koła. Anthony Kordinsky wpadł na pomysł, by rozparcelować majątek po równo dla każdej córki. Martha znalazła nawet analogie wizerunków znajdujących się w wisiorach, z miejscami przydzielonymi w spadku, a także z wiekiem swoim i sióstr. Jedynka przypadła w udziale Clair – była tam właśnie studnia, z której od początku istnienia posiadłości czerpano wodę, a która wyschła i została zapomniana. Dwójka stała się własnością Marthy – w jej skład wchodził dom i stajnie. Trójka, dla Lindy, miała na swym terenie cmentarzyk rodzinny.

Po kilku miesiącach Linda postanowiła sprowadzić się do Marthy i pomóc jej w prowadzeniu farmy. Clair nie chciała wiązać się z ziemią. Odsprzedała swoją część siostrom. Martha była szczęśliwa. Przeprowadziła renowację studni – jakże ważnej teraz dla historii rodziny Kordinskich i pieczołowicie opiekowała się swoim medalionem, by móc przekazać spuściznę dzieciom.

{b}Tekst II{/b}

link do obrazu: http://img228.imageshack.us/img228/3015/anielepjdzatob.jpg ({i}Aniele, pójdę za tobą{/i}, Jacek Malczewski)

{b}Aniele, pójdę za tobą{/b}

Wieża powoli pięła się w górę. Mały budowniczy wyciągał co chwilę ku budowli swoją dziecięcą, pulchną rączkę, aby dodać kolejny segment. Na buzi wypisane miał takie skupienie i zaangażowanie, jak gdyby był to prawdziwy budynek a on, jako jego konstruktor, był odpowiedzialny za bezpieczeństwo lokatorów. Wprawnymi, pełnymi opanowania ruchami chłopiec kładł na szczyt każdy topornie wyciosany, bardziej wyślizgany od zużycia niż wyheblowany klocek. Rozległo się radosne szczekanie. Do pomieszczenia, w którym powstawała wieża, wbiegł pies. Niewielkich rozmiarów kundel o dość długiej sierści, za to bardzo ruchliwy. Ta właśnie ruchliwość popchnęła go prosto na budowlę. Drewniane klocki rozsypały się po całej izbie. Chłopiec zmarszczył czoło, posyłając pełne irytacji spojrzenie ku zwierzęciu. - Przez ciebie będę musiał budować wszystko od nowa – burknął pod nosem. Zagarnął rozrzucone po podłodze klocki w jedno miejsce. Ledwie wznowił budowę, stanęła nad nim mama. - Jacusiu, pora iść do łóżka. - Mamo, muszę dokończyć moją wieżę! Głupi Azor mi zepsuł, trzeba od nowa... - tłumaczył, rzucając klockiem w psa. - Kochanie, jest już późno. Pamiętaj, że jutro znów musisz wcześnie wstać. Gąski trzeba zaprowadzić na łąkę. - Pamiętam, pamiętam – zapewnił mamę. Wiedział, że nic nie wskóra, że mama nie ulegnie,nie pozwoli mu pobawić się dłużej. Posprzątał posłusznie klocki. Podnosząc ten, którym rzucił w Azora, pogłaskał psa po głowie tak, jakby jednak chciał go przeprosić.

Pościel była przyjemnie ciepła. Mama co wieczór kładła pierzynę na kaflowym piecu aby Jacek mógł położyć się do ciepłego, przytulnego łóżka i nie marzł w chłodne noce. Bardzo to lubił. Dawało mu to poczucie komfortu i bezpieczeństwa, czuł się otoczony naprawdę troskliwą, matczyną opieką. Ciepło i miękkość poduszki oraz pierzyny usypiały Jacka. Mimo że mama kończyła już opowiadać bajkę, dochodząc do „i żyli długo i szczęśliwie”, oczy Jacka wciąż raźno biegały po suficie. Był już senny, lecz jeszcze nie uśpiony. - Mamusiu, gdzie jest Marysia? Nie ma jej już od kilku dni... Dokąd poszła? Twarz kobiety zastygła na chwilę i zbladła. Nadszedł. Nie dało się tego uniknąć. Nadszedł ten dzień, w którym dziecku przestały wystarczać lakoniczne wyjaśnienia nieobecności jego siostry w domu. - Synku – przeszło jej po dłuższej chwili przez ściśnięte gardło – twoja siostra odeszła. Nie wróci już do nas. - Ale dlaczego? Już nas nie kocha? - spytał Jacek z wyraźnym żalem w głosie. „Już nas nie kocha?”. To pytanie ukłuło Janinę prosto w serce. - Kochanie, Marysia była bardzo, bardzo chora. Pan Bóg zabrał ją do siebie żeby nie musiała już więcej cierpieć. Janina zdała sobie sprawę, że właśnie zdaje jeden z najtrudniejszych egzaminów zbycia matką. Sześcioletnie dziecko jest w stanie odczytać najgłębiej ukrywane emocje, jest na nie wrażliwe bardziej niż dorosły człowiek. Powinna ważyć teraz każde słowo. Każdy gest przemyśleć, nie pozwolić emocjom na przejęcie kontroli nad mimiką. Patrzeć dziecku prosto w oczy, nie ukrywać przed nim twarzy. Nieustannym kontaktem wzrokowym budować w nim poczucie bezpieczeństwa. Jedna łza, jeden skurcz mięśnia policzkowego i wszystko na nic. - Gdzie ona teraz jest? - dociekał malec. - W niebie – odparła Janina jakby automatycznie i zgodnie z utartym schematem odpowiadania dzieciom na tego typu pytania. - Jest teraz aniołem, synku. Tak, jak każdy dobry człowiek, który odszedł do Pana Boga. Wiedziała już, jakie będzie następne pytanie jej małego synka. Będzie dobrze. Powinno być. Obejdzie się bez szoku i płaczu syna. Ona też powinna jakoś swój płacz powstrzymać. - Kim są anioły? - pytanie padło zgodnie z przypuszczeniami matki. - Anioły to istoty, którymi stają się ludzie, kiedy Bóg zabiera ich do siebie do nieba. Są piękne. Mają białe szaty a na plecach skrzydła. Jacek przez kilka sekund analizował usłyszane słowa, marszcząc poważnie swoje dziecięce czoło. - Co one robią tam, w niebie? - spytał w końcu. Kobieta poczuła ulgę. Dostała szansę poprowadzenia rozmowy w sposób, który powinien odwieść dziecko od negatywnego postrzegania śmierci siostry. - Opiekują się nami. Obserwują nas z góry i pilnują, aby nie działa się nam żadna krzywda. Każdy człowiek ma swojego własnego anioła stróża, który o niego dba. Ty masz takiego anioła i ja go mam. Marysia też go miała a teraz pewnie sama jest dla kogoś stróżem. Śpij już, kochanie. Janina pocałowała synka w czoło, okryła go szczelnie pierzyną i wyszła, gasząc po drodze świecę.

Poranek, mimo późnego już lata, był bardzo ciepły. Słońce obudziło Jacka, rażąc promieniami jego zaspane oczy. Ledwo minął kwadrans, a już chłopiec maszerował ochoczo w stronę łąki. Na pyzatej buzi, tuż pod małym zadartym noskiem, malował się dziecięcy, beztroski uśmiech. Bo jak tu się nie cieszyć z tak ładnego nieba i ogrzewającego twarz słońca? W za dużym, szarym kubraczku było mu odrobinę za gorąco. Długą, urwaną z rosnącej przy chacie jabłoni gałęzią rysował na nieporośniętej trawą ziemi kreskę. Wierzył, że w ten sposób łatwiej będzie gęsiom podążać za nim i dzięki temu żadna z nich się nie zgubi. Dotarłszy na miejsce, Jacek usadowił się na wielkim kamieniu w cieniu imponujących rozmiarów drzewa. Spojrzał na niebo. Oczy

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Pojedynek! — czytnik · opowiadania