Przygoda · 5 min czytania
Pojedynek cd.
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Przetarł dłonią zarośniętą już trochę twarz. Szosa przed nim różowiała od wstającego z za postrzępionej korony gór świtu. Basowy pomruk silników działał usypiająco. Anka spała obok. Była tu znów. Prawie nierealne, a jednak. - Czy wszystkie dziewczyny wyglądają tak słodko kiedy śpią? – pomyślał. Droga była pusta, monotonna. Z tyłu pozostała nocna burza. Jeszcze chwilami we wstecznym lusterku horyzont zapalał się zygzakami błyskawic, ale przed nimi było różowo – złote od świtu, pogodne niebo. Przed oczyma uparta pamięć wyświetla kalejdoskop zdarzeń. Te wyblakłe z samych początków. Szczupła dziewczynka z długimi, trochę poplątanymi włosami. Potem trochę przez przypadek spotkali się. Rozmowy o niczym. Takie które grzeją serce do następnego spotkania. No i cyrk, przyjechał tu na jeden dzień. Po przedstawieniu droga z powrotem. Ciepła letnia noc, i pierwszy pocałunek. Smakował jak poziomki. Pamiętał. Pół nieba obiecywali sobie dać. Cyrk wyjechał, a ona z nim zniknęła. Trawa dawno już odrosła w miejscu gdzie stał diabelski młyn. Po czterech latach wróciła, ale z kimś. Bolało. Ale zrozumiał że tylko traci czas i wyjechał by pokazać na co go stać. Sześć lat studiów. Ciężkich. Gdzie matematyka wykładana z wszystkimi dodatkami. Na zimno i na gorąco. I praca. Gdzie popadnie, byle związać koniec z końcem. Potem instytut. I znów ona. Szczęście trochę takie nieśmiałe. APL, pojedynek. Mimowolnie dotyka blizny na twarzy. Błękitny błysk eksplodującego wodoru, taki sam pod czaszką. Potem ciemność, czarna i miękka. Potem dopiero ból. Twarz bezdomnego doktora widziana jakby przez czerwoną mgłę i przyrzeczenie że nigdy aż tak. Trochę życia bez imienia jako nikt. Do dzisiaj nie jest tamtym Frankiem. I tamta noc sylwestrowa. Rozmowa. Dobra rozmowa. Przynosząca spokój. Tylko tak jakoś trochę smutno. Nie poznała go wtedy. Zmienił się. Myślał że może zapomnieć. Pociąg do nikąd. Może trzeba było inaczej. Długo tak nie potrafił. Zaczął znowu pracować. Zespół. Nowi ludzie. Szef obiecał im po piwie za każdy kilowat upchnięty w 200 kilogramach akumulatora. Upchnęli po 1,5 kilowatogodziny w każdym kilogramie, szef musiał kupić po beczce każdemu. Potem ogniwa paliwowe, OP-1, OP-2.... coraz silniejsze, coraz lepsze. No i wreszcie „Puma”. Samochód o pełnym napędzie elektrycznym. Na wodór.