Inne · 7 min czytania
Pokój nr 88
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Owładnęła mną chęć zmiany. Zapragnęłam czegoś nowego wokół siebie, teraz, natychmiast, realnie i nieodwołalnie. Czułam, że to poprawi mi nastrój, tchnie jakąś nową energią w moje życie. Musiałam coś zrobić. Jedyne co przyszło mi do głowy i było realne, to zamienić łóżko z Magdą albo z Mirką, obojętne... Ewentualnie przenieść to moje na drugą stronę pokoju. Cały ten zabieg, wymagał niestety zaangażowania obydwu współlokatorek, bo żeby na przeciwległej ścianie wygospodarować dla mnie miejsce, trzeba by przesunąć szafę, przenieść łóżko Mirki, jej biurko i moje w sumie też. "Powinny się zgodzić - myślałam sobie - bo raczej żadna z nich się ze mną nie zamieni". Argument miałam nie do odparcia. Drażniło mnie już nie do zniesienia ani chwili dłużej, że jestem wystawiona na publiczny widok, za każdym razem, kiedy tylko otwierały się drzwi do naszego pokoju, a otwarte były w zasadzie cały czas. Każda pielgrzymka do łazienki, rano, wieczorem, w południe, wyprawa do kuchni, do sklepu, na zajęcia, pomnożone przez dwa, plus niezapowiedziane odwiedziny, słowem, drzwi do naszego pokoju były otwarte non stop, a w nich, na pierwszym planie, leżąca bez przerwy na łóżku, ja.
Od kiedy dowiedziałam się, że jestem w ciąży, miałam wrażenie, że cały akademik mówi tylko o tym, a wszyscy szukają tylko okazji, by zaspokoić swoją ciekawość. Nie chciałam, żeby ktokolwiek na mnie patrzył. Tak bardzo żałowałam, że zwierzyłam się dziewczynom z tego co się stało, ale beznadzieja całej tej sytuacji jakoś mnie do tego zmusiła. Chyba nie udźwignęłabym tego sama.
"Musisz z nim porozmawiać, ma prawo wiedzieć, nie pozwól mu uciec od odpowiedzialności". Rozmowy ze współlokatorkami zaczynały coraz bardziej działać mi na narwy. Wybuchłam. Nie mogłam już dłużej słuchać tych porad, życiowych mądrości i powtarzanych w kółko banałów. Zresztą i tak już mało co do mnie docierało. Wszystko przestawało mieć znaczenie, obojętniałam. Czułam się tak bardzo bezradna, tak niewiele zależało już teraz ode mnie i działo się zupełnie bez mojego udziału, bez mojej woli, jakby poza mną. To było okropne. Przestałam chodzić na zajęcia. Prawie nie wstawałam z łóżka. Jedyne czego pragnęłam, to świętego spokoju. Najchętniej zaszyłabym się gdzieś w jakiejś samotni, bo drażniło mnie dosłownie wszystko.
Poznaliśmy się w tańcu. Byłam pijana i nie bardzo wiedziałam co robię. On był miły, a ja dobrze się czułam i miałam ochotę zaszaleć. Spróbować czegoś nowego. Jeszcze tego samego wieczoru wylądowaliśmy w łóżku. Nawet nie zostałam do rana. Po wszystkim pozbierałam rzeczy i po prostu wyszłam. W sumie, to miał być miłym lekarstwem na Krzyśka, o którym chciałam szybko i skutecznie zapomnieć. Udało się. Dość szybko dowiedziałam się, że nowy obiekt moich zainteresowań od dawna jest w związku, więc... Byłam zniesmaczona sobą, nim i w ogóle całą tą sytuacją.
"Jest pani w ciąży". Słowa lekarza brzmiały jak wyrok. Dostałam dożywocie, skazana na samotność, pogardę, śmieszność i wszytsko, co najgorsze. Nie bardzo wiedziałam jak zareagować, co odpowiedzieć. Musiałam wyglądać dość niewyraźnie, bo doktor chyba trochę się przejął. Coś tam jeszcze do mnie mówił, ale już nawet nie wiem co.