Psychologia · 13 min czytania
pokój numer 44
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Widywałem ją od dawna. Ilekroć przechadzałem się wzdłuż korytarza na czwartym piętrze, próbowałem wśród obcych twarzy wyłapać ją. Powiedzieć, że mnie fascynuje. Że tylko dla niej jeszcze nie rzuciłem w cholerę tej mało płatnej pracy. Była młoda, zgrabna, rano przychodziła uśmiechnięta, a wychodziła z płaczem. Zawsze sama. Nigdy nie poznałem jej osobiście. A jednak wiedziałem o niej kilka rzeczy. Wiedziałem, że nie ma męża. Że był ktoś kiedyś w jej życiu, ale dawno temu odszedł. Wiedziałem, że uwielbiała Jasieńskiego i Tuwima. Wiedziałem, bo kiedy bym jej nie spotkał, w przejściu do szpitalnej łazienki, czy też na korytarzu, w ręku zawsze trzymała 2 książki. Tuwima i Jasieńskiego. Czy mogła ich nie uwielbiać? Codziennie przychodziła pierwsza i wychodziła ostatnia. Jeśli nie siedziała do końca, to tylko dlatego, że lekarz który przypadkiem zastał ją siedzącą przy łóżku krewnego lub przyjaciela, wyganiał ją do domu, zobaczywszy stan w jakim się znajduje. A stan nie był za dobry… Chuda, blada, zwykle rozczochrana i zmęczona. Jak teraz o tym myślę, to wydaje mi się, że na swój sposób podziwiałem ją. Sam nie wiem za co. Chyba za tą wytrwałość jaką zanosiła zawsze do pokoju numer 44. Za to, że nie poddawała się, mimo, że z dnia na dzień przychodziła coraz bardziej przygarbiona, zmęczona, a nawet smutna. Spoglądając na nią zza kantorka dla salowego, wiedziałem, ze wróci tu jutro, i pojutrze, a potem jeszcze następnego dnia. Miała na imię Grażyna. Ciemne oczy pasowały do jej dość jasnych włosów i brzoskwiniowej cery. Pasowały na tyle na ile mogłem to ocenić patrząc na nią z odległości około 6 metrów. Ona nigdy mnie nie widziała. Mimo, że nie jestem w stanie dać jakiegokolwiek namacalnego dowodu na to, wiem, że byłem dla niej tak samo niewidzialny jak Jasio dla tłumu ludzi w utworze Adama Mickiewicza „Romantyczność”. Nigdy na mnie nie patrzyła, nigdy nawet nie odwróciła głowy. Zresztą, nawet gdyby to zrobiła, co by to dało? Jej spojrzenie zawsze było tak martwe, że jestem pewien, gdybym nawet stanął przed nią i zabronił jej wejść do pokoju numer 44, krzycząc, stając na rękach czy robiąc cokolwiek z grubsza równie nieuzasadnionego, to i tak nie zwróciła by na to uwagi. Pamiętam dokładnie jak niecały miesiąc temu zamiatałem korytarz kiedy przyszła. Zjawiła się wcześniej niż zwykle, była ubrana w niebieską sukienkę, krzywo zapiętą. Zapewne spieszyła się wychodząc z domu. Zabawne. Pamiętam jak tego dnia była ubrana z dokładnością co do jednego nie przyszytego guzika (który nawiasem mówiąc znajdował się na samej górze jej stroju), ale jak bym się nie skupiał, jakkolwiek zaparł bym się w sobie nie mogę sobie przypomnieć jej wyrazu twarzy. A wiem, że był inny niż zwykle. Wiem, bo właśnie dlatego zwróciłem uwagę na jej strój… Tamtego dnia zamiatając korytarz penetrowałem ją dyskretnie wzrokiem na tyle na ile mogłem robić to nie przerywając mojego zajęcia. Była blada. Wiem to, bo siedząc koło ściany i czekając na pozwolenie lekarza na wkroczenie do pokoju 44, zlewała się ze ścianą tak, że parę razy zapomniałem, że w ogóle tam siedzi. A ściany szpitalne były wtedy świeżo pomalowane.
Wiele razy zastanawiałem się czemu tak trudno mi odezwać się do niej. Co takiego w sobie miała? Czy może, nie miała czegoś, co pozwoliło by mi na ten z grubsza bezinteresowny gest jakim było przywitanie się? Myślałem tak dość długo, aż w końcu dotarłem niemal do zakamarków mojej jaźni i wtedy postanowiłem, że zrobię to. Że podejdę, podam jej dłoń i wypowiem kilka bezinteresownych zwrotów grzecznościowych. W tym celu czekałem na nią przy pokoju numer 44 godzinę. Mimo, że wypatrywałem jej z takim utęsknieniem i mimo postanowienia, które złożyłem sam przed sobą, gdy tylko ją zobaczyłem , nie udało mi się wykrztusić nawet słowa. Jak teraz o tym myślę, to chyba dlatego, że trochę się bałem. Trudno powiedzieć czego. Nigdy nie bałem się młodych dziewczyn… kobiet, które los stawiał na mojej drodze. A ona wybitnie była postawiona mi na drodze, i to na tyle mocno, że nie mogłem jej obejść z żadnej strony. ”Podejdź! Zagadaj! Co z ciebie za facet, skoro nie umiesz nawet zagadać do kobiety!?”. Postanowiłem pewnego dnia, gdy jak zwykle siedziała na swoim krześle przed pokojem 44. Zawsze siadała w tym samym miejscu. Zbliżałem się powoli do ściany w pobliżu której siedziała. Byłem zaledwie parę kroków od niej, kiedy zdecydowałem… ODEZWĘ SIĘ! I zrobiłem to…. To znaczy… Zrobiłbym, gdybym podnosząc głowę nie zorientował się, że obiekt upatrzony przeze mnie już nie siedział na plastikowym krześle przed salą numer 44, albowiem przekraczał właśnie próg pokoju numer 44. I tak, kiedy ja wyprostowany czekałem, aż „Często tu panią widuję ostatnimi czasy, nieprawdaż” wyleci ze mnie jak z procy, ona zniknęła z pola widzenie. A ja pozostałem w milczeniu. Tego dnia, ku mojemu największemu zdziwieniu, spotkałem ją po raz drugi. Zobaczyłem ją dokładnie w momencie, kiedy ściskając swojego Jasieńskiego i Tuwima zmierzała do łazienki. Ta sama grobowa twarz znowu mnie nie dostrzegła. Przez moment zastanawiałem się w jakim świecie żyje owa młoda, piękna – bo była piękna – kobieta, której nigdy nie poznałem osobiście. Trwając w zastawieniu i niejakiej rezygnacji zamiatałem po raz drugi tego dnia tą samą podłogę koło pokoi z numerami 41 i 42. Zaduma pochłonęła mnie na tyle mocno, że chyba zacząłem zamiatać w miejscu. Nie zauważył jednak tego żaden z dyżurujących tu lekarzy. Na szczęście… Nie wiem czemu kobieta z pokoju numer 44 tak mnie intrygowała. Nie była wybitnie ładna, choć brzydka także nie była. Nie miała raczej tego czegoś, co przyciąga mężczyzn. Była raczej pospolitej urody. Nie wyglądała także na wybitnie zadbaną. Sprawiała wrażenie kobiety, która spędza mniej czasu przed lustrem niż tego potrzebowała. Chodziła zgarbiona, włosy były często rozczochrane i niedbale zebrane w kucyk. Nic dziwnego skoro rzadko kiedy wracała do domu. Całe dnie spędzała przecież tutaj – w szpitalu. Ilekroć patrzyłem na nią zza drzwi pokoiku salowego miałem wrażenie, że unika mojego wzroku. To było tylko wrażenie… Z drugiej strony bowiem, jak wspomniałem, miałem stuprocentową pewność, że nie ma pojęcia, że ktokolwiek ją obserwuje. Dziwne, że nikt nigdy z nią nie rozmawiał. Nigdy nie wiedziałem koło niej żadnego lekarza, ani nikogo z rodziny. Zawsze przychodziła sama i sama wychodziła. Nikt nie kwapił się, aby dowiedzieć…