Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 15 min czytania

Pokój z widokiem na życie

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Patrzył zafascynowany. Widok był zachwycający. Porażał swą wyrazistością. Na moment zapomniał po co się tu znalazł. Pełna dramatyzmu sceneria za oknem wyglądała niemal nierealnie, jak namalowana ostrymi pociągnięciami pędzla surrealisty. Mistrza. Słońce zachodziło okryte purpurowym całunem. Pieściło ostatnimi kosmykami blasku czarną powierzchnię wody. Z należącego już do nocy nieboskłonu spływały w dół strzępiastymi kłębami chmury. Wydawało się, jakby chciały wcisnąć gasnącą kulę w głębiny. Bruno pomyślał, że wkrótce im się to uda i że nie chce tego oglądać. Starannie zaciągnął zasłony. Rozejrzał się po pokoju. Był ładny. Przestronny. Luksusowo wykończony i wyposażony. Podszedł do stolika o szklanym blacie. W kubełku tkwiła napoczęta butelka szampana. Oblizał spieczone wargi. Podniósł flaszkę, pociągnął łyk prosto z szyjki. Skrzywił się z obrzydzeniem. Bąbelki już diabli wzięli. Została kwaśna lura. Ruszył do minibarku. Jego zawartość również go nie zachwyciła. Wypili wszystko co nadawało się do picia. Zostały same wynalazki. Zrezygnowany wyciągnął buteleczkę ginu i kilka innych, tych o mniej zniechęcających nazwach. Golnął sobie. Wzdrygnął się z niesmakiem. Kurwa, człowiek nawet truć się nie może tym, czym lubi. Nie znosił jałowcówki, choć grzała flaki zgodnie z oczekiwaniami. Rozparł się wygodnie w fotelu. Obok lampki leżała gruba książka. Odstawił buteleczkę. Wziął tom do reki. Biblia. Dziwny jest świat - pomyślał. Pod drzwiami każdego hotelowego pokoju czai się dziwka albo diler, a środku spokojnie spoczywa Święta Księga. Nigdy do niej nie zaglądał, choć teoretycznie nadal był członkiem kierującej się jej zasadami wspólnoty. Otworzył na chybił trafił. Popatrzył na wydrukowane wielką czcionką wersety. Dekalog. Kilka zdań mających pomóc w osiągnięciu zbawienie. Przeleciał wzrokiem znane mu doskonale nakazy. Uśmiechnął się z niedowierzaniem. Czy naprawdę ktoś dziś umiał żyć według tych zasad? Wysączył ostatnie krople. Spojrzał na pierwszą linię tekstu. - Wierzysz w Boga? - spytał Laurę. - A ty? Bruno wzruszył ramionami. Uważał się za człowieka wierzącego. Głęboko wierzącego. Tyle, że trochę inaczej. Był politeistą. Czcił wielu bogów, potężnych i pośledniejszych. Ważne by byli wymienialni i posiadali konkretną wartość. Dolar, euro, jen czy funt; jak je zwał tak zwał i tak największym demiurgiem - stworzycielem był dla niego On. Wielki Kapitał. Jemu składał hołdy w giełdowych świątyniach i na bankowych ołtarzach. Wiara Bruna była wielka i niepodważalna. Nie czuł się wyznawcą niszowej sekty. Niewielu było wokół takich, którzy nie chcieliby zostać kapłanami tej religii lub przynajmniej ich współcelebransami.

- Chciałem cię zabrać ze sobą do Hongkongu - wskazał palcem na kartę księgi. - Tu jest napisane, by dzień święty święcić, a to największe święto w moim życiu. Będzie feta jakiej jeszcze nie widziałaś. Kontrakt który zdobył, stawiał jego firmę w gronie najpoważniejszych w branży. Był to owoc wieloletniej pracy, walki i knowań. Chińczycy mieli gest, jeśli tego wymagała sytuacja. - Nigdzie nie pojadę. Powiedz, ile istnień stratowałeś po drodze? Ilu ludziom zniszczyłeś życie by dopiąć celu? To nie feta, to uczta kanibali. Zasrana moralizatorka. Duchowe rozterki jakoś nie przeszkadzały jej mieszkać w najdroższych apartamentach w okolicy i rozbijać się limuzynami po wysepce, którą można obejść pieszo między obiadem, a kolacją. I to wszystko dzięki jego, tak godnym pogardy, szalbierstwom. Nie chciała być przy nim w dniu jego triumfu? Mała strata. Chętnych nie zabraknie. Zresztą w zaistniałej sytuacji jej obecność i tak była raczej wykluczona.

Odłożył Biblię. Podniósł do oczu jedną z pozostałych buteleczek. Ouzo. Ciekawe co to za świństwo? Powąchał. Cholera, jak płyn do płukania ust. Już czuł palącą go zgagę. No, nic. Zdrówko..

Niewdzięczna dziwka. Wyciągnął ją ze śmierdzącej knajpy, gdzie machała cyckami ku uciesze śliniącego się stada troglodytów. Dał jej wszystko co mógł dać. No, prawie wszystko. Nie zapomniał o kilku aneksach w intercyzie i testamencie. Ostatecznie nie był idiotą. W zamian dostał parę niezłych numerków, trochę satysfakcji z zawistnych spojrzeń konkurentów i wspólników. Zawiódł się. W głębi twardej duszy pragnął mieć kogoś bliskiego. Nie partnera, broń Boże, raczej kogoś podległego, kogo mógłby ukształtować na gorszy lub lepszy sposób. Na swój sposób. Nowy Pigmalion? Może. Z Laurą się to nie udało. Chciał mieć dzieci... Wypił do końca. Szanuj ojca, szanuj matkę. Parsknął ze złością. Wolne żarty. Nienawidził ojca. Stary skurwysyn lał go z byle powodu, wypędzał, nie pozwalał wracać do domu bez pieniędzy lub chociaż butelki. Zabierał mu każdy, ukradkiem dawany przez matkę, grosz. Jego miłość była kosztowna, zachłanna i nie pozwalała od siebie odejść. Kochał gorzałę nad wszystko. Bruno pozwolił mu zdechnąć w jakiejś nędznej umieralni, choć stać go już wtedy było na najlepsze kliniki.

- Mogłaś mi dać choć dziecko Lauro... - Po co? Żebyś z niego zrobił podobnego do siebie potwora? Pamiętasz jeszcze o swojej matce? Nie chcę skończyć tak jak ona. Matka Bruna była słaba i zastraszona. Nie potrafiła obronić go przed ojcem. Gdy ten wreszcie sobie poszedł za swoją miłością, przyprowadzała do domu podobnych mu drani. Pomiatali nią i pomiatali Brunem. Nienawidził jej za to nie mniej niż starego. Nie wybaczył jej, że nie potrafiła żyć sama, tylko dla niego. Szacunku nie zdobywa się wiekiem, ani stopniem pokrewieństwa, na szacunek trzeba sobie zasłużyć. Matka dogorywała gdzieś w luksusowym domu starców. Nie brakowało jej niczego. Oprócz syna. Nie odwiedzał jej od czasu gdy tam zamieszkała. Nic do niej już nie czul.

Rozparł się w fotelu niczym basza. Spojrzał na odłożoną książkę. Leżała nadal otwarta na tej samej stronie. Nie chciała się zamknąć. Spojrzał na upartą kartę. Roześmiał się w głos. Nie wzywaj imienia Boga swego nadaremno. Stworzyciel, przy całej swej nieograniczonej wszechmocy, musiał być równie potężnie leniwy, jeśli zastrzegał się aż tak stanowczo. Nie mógłby czasami zareagować na rozpaczliwe wezwania wiernych? Trzeba mu przyznać - twardy był. Dawnymi czasy Bruno nie raz wzywał go na pomoc. Zawsze nadaremnie. Nie usłyszał słów pociechy od Wszystkowiedzącego...

Musiał rozprostować kości. Wstał. Był głodny. Popatrzył na stolik. Krewetki i jakaś sałatka. Do diabła, nie był żółwiem żeby jeść zielsko, a tego robactwa za nic by nie wziął do ust. Miał ochotę na duży, krwisty stek. Telefon do servis roomu nie wchodził jednak w grę. Zaczął krążyć po pokoju. Uniósł przerzuconą przez oparcie fotela sukienkę. Podniósł ku twarzy. Poczuł zapach mocnych, dość tandetnych perfum. Takich samych używała pracując jako tancerka. Mówiła, że zabijają smród pozostawiony przez obmacujące jej tyłek łapy. Czyj smród chciała teraz zabić? Za to kiecka wyglądała szykownie. Popatrzył na metkę. Gwizdnął z uznaniem. - Co? Za droga? Trudno, bez trudu kogoś oskubiesz, żeby sobie pokryć straty. Był złodziejem. Kradł całe życie. Zaczął, gdy uciekał przed ojcem i jego następcami. Musiał jakoś przeżyć na ulicy. Kradła cała okolica i cała dzielnica. Teraz niewiele się zmieniło, tyle, że robił to w majestacie prawa. Nadal wszyscy wokół…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Pokój z widokiem na życie — czytnik · opowiadania