Kariera · 8 min czytania
Policjant Jackie
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
-Czyli jednak nie umarłem… A szkoda – Jak zwykle, poranny kac skłaniał Jacka do przemyśleń na temat swojej zbolałej egzystencji. No cóż, biorąc pod uwagę częstotliwość tego zdarzenia, można by nazwać starego policjanta domorosłym filozofem na miarę XXI wieku. Tym razem, przedmiotem rozważań był wpływ ilości wypitego alkoholu na głośność opadania kurzu. Gdy właśnie miał sformułować wnioski końcowe, jego badania przerwał natarczywy dźwięk służbowej komórki. - Ha…Halo? – wychrypiał do słuchawki - Znowu piłeś? – zapytał zrezygnowanym głosem Jim - Świetnie, że się o mnie martwisz. Naprawdę… Jestem ci bardzo wdzięczny, ale jeśli okaże się, że dzwonisz tylko po to, żeby spytać czy piłem, to bądź pewien, że urwę ci jaja przy najbliższej okazji – odparł stanowczo Jack - Spokojnie stary. Dzwonię w ważniejszej sprawie. Mamy robotę. Opowiem ci wszystko jak przyjedziesz do biura. Tymczasem spróbuj doprowadzić się do stanu jako takiej używalności.. A i jeszcze jedno – kup miętową gumę do żucia. Przyda ci się. – powiedział Jim odkładając słuchawkę. - Świetnie. O tym właśnie marzyłem chlejąc wczoraj w barze. Nienawidzę tej pracy. Chyba najwyższy czas na emeryturę – pomyślał ze złością Jack.
Droga na komisariat byłaby całkiem przyjemna, gdyby nie dwie stłuczki tamujące ruch oraz starsza pani przechodząca przez ulicę, bynajmniej nie z szybkością Usaina Bolta. Po dość długiej, ale jakże ciekawej podróży, zza drzew wyłonił się budynek. Budynek, który powinien być chlubą całego Paryża. Jednak do tego miana sporo mu brakowało. Szare, ponure ściany z odpadającym tynkiem, drewniane okna oraz pusty, zaśmiecony trawnik nie wyglądały zbyt zachęcająco. Przypominały raczej ruderę, w której nocują bezdomni niż Francuski Wydział Zabójstw. Jak to zazwyczaj bywało, i tym razem wszyscy czekali na Jacka. Mając świadomość, że został mu niecały rok do emerytury, nigdy nie pojawiał się w pracy jako pierwszy. - Ktoś zabił prezydenta, że kazaliście mi tak wcześnie wstać? I to w poniedziałek… - zapytał zmęczonym głosem Jack. - Gdybyś tyle nie pił, nie miałbyś problemu z porannym wstawaniem – odparła kobieta stojąca obok Jima.. Anette była rodowitą Francuzką, a zarazem przełożoną całego wydziału. Nikt nie chciał mieć z nią na pieńku, toteż większość pracowników utrzymywała z nią poprawne stosunki. Jack serdecznie jej nie znosił, i nie, dlatego, że miał do niej osobistą urazę, po prostu od zawsze lubił być swoim szefem. Gdyby tylko nie była szczebel nad nim w hierarchii policyjnej, to nawet mogłaby mu się podobać. Od czasów młodości lubił mądre i ambitne kobiety, które wiedzą, czego chcą. - Dziękuję, że mnie moralizujesz, ale dowiem się, o co chodzi? – spytał z irytacją Jack. Po tylu latach w wydziale zabójstw spodziewał się kolejnej trudnej sprawy, spędzającej sen z powiek. - Jako, że jesteś najlepszym policjantem w mieście. W ramach odpoczynku, wysyłam cię na jeden dzień do pracy w drogówce. Rozerwiesz się trochę, odpoczniesz. - Chyba sobie żartujesz? Jeśli chcesz żebym odpoczął to daj mi po prostu dzień wolnego. – powiedział z niedowierzaniem Jack. - Nie mogę. Takie są zalecenia z góry i naprawdę nie jestem w stanie nic zrobić. Gdyby to ode mnie zależało, to wysłałabym cię…- zaczęła Anette. - Pod ziemię – zaśmiał się Jim. - Naprawdę super, że dobrze się bawicie moim kosztem., ale ja nie mam zamiaru iść do drogówki. Nawet, jeśli zaoferujecie mi roczny zapas whiskey. Chociaż… wtedy może bym się zastanowił – rzekł Jack. - Jutro o 8 rano przyjedzie po ciebie radiowóz wraz z partnerem. Pamiętaj, że został ci rok do emerytury. Chyba nie chciałbyś wylecieć dyscyplinarnie? – spytała przymilnym głosem szefowa. - A idźcie wszyscy do diabła. – krzyknął, jednocześnie trzaskając drzwiami. - Anette, jesteś okrutna – zażartował Jim. - Wiem i radzę ci tego nie rozpowiadać, bo też trafisz do drogówki – odpowiedziała poważnym tonem. Następnego dnia punktualnie o ósmej rano, pod domem Jacka rozległ się klakson.…