Fantastyka · 12 min czytania
Polisa Marsjańska
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 4
"Drodzy klienci, wychodzimy do Was z wyjątkową propozycją ubezpieczenia. Ciągle jeszcze wielu z nas umiera na tajemniczą chorobę przywiezioną na Ziemię z kosmosu, przez pilotów eksplorujących Marsa. Wielu z nas traci swoich bliskich. Wirus przynosi same nieszczęścia, niestety nikt nie jest w stanie temu zaradzić. Możemy jednak sprawić, by tragedia jaka jest naszym udziałem każdego dnia, była mniej bolesna. Możemy zapewnić naszym rodzinom godziwy byt.: Wpłacając dowolną kwotę na Waszą Polisę Marsjańską, po Waszej śmierci upoważnione osoby otrzymują trzykrotność sumy... Dlaczego tak czynimy? Pamiętajcie, że my tu w "Xanthi" cierpimy wraz z Wami."
Jonatan Starling obejrzał holoreklamę przez okno wystawy w supermarkecie. Obiegała ona od dwóch miesięcy cały świat. I choć to było całkowicie niezgodne z logiką biznesu była w całości prawdziwa. Sąsiad Jonatana wpłacił na siebie 13 tysięcy dolarów, a po jego śmierci żona dostała dokładnie trzy razy tyle.
Od kilku godzin Starling nie mógł zebrać myśli. Od roku poszukiwał pracy, a kiedy szczęśliwie udało mu się ją zdobyć, w trakcie rutynowych badań lekarskich okazało się, że jest we wczesnym stadium szalejącej na świecie choroby. Odrzucono go natychmiast, co było jego najmniejszym zmartwieniem. Wiedział bowiem, że w wieku 32 lat nieodwołalnie będzie musiał umrzeć. Zostało mu 5, może 6 dni życia...
Najdziwniejsze było to, że nikt nie wiedział, w jaki sposób wirus się przenosi. Wszelkie badania nad nim określały, że nie jest to choroba zakaźna. Ale gdy dostawał się do organizmu człowieka, rozmnażał się w zawrotnym tempie niszcząc wszystkie zdrowe komórki. I nie było od tego odwrotu. Nie istniało nań żadne antidotum.
Pierwszymi ludźmi, którzy zmarli w okropnych męczarniach byli kosmonauci przybyli z pierwszej załogowej podróży na Marsa. Stąd teoria o pochodzeniu wirusa.
Tyle wiedział Jonatan. Sam pogodziłby się za swoim losem, był to człowiek głęboko wierzący i twierdził zawsze, że po śmierci trafi do lepszego świata. Jednak, gdy uświadomił sobie, że bez środków do życia jego chora, na nowotwór mózgu, żona umrze niedługo potem, a dwójka dzieci trafi do sierocińców, zwątpił w boską sprawiedliwość.
Leczenie raka było bardzo drogie, lecz dawało pewność wyzdrowienia. Pobyty w klinikach pochłonęły wszystkie oszczędności Starlingów. Stan ich konta wynosił minus trzynaście centów. Jonatan nie miał nawet na ubezpieczenie. Był zdruzgotany.
I nagle w jego skołowanym i przerażonym umyśle zaświtała myśl.
Część 22 / 4
* * *
Z bronią w ręku i maską na twarzy Jonatan wpadł do Banku Kredytowego.
- To jest napad! Niech nikt się nie rusza, proszę włożyć do tego worka milion w paczkowanych tysiącdolarówkach!
Słowo "proszę" zabrzmiało trochę nienaturalnie.
O tym banku Jonatan wiedział wszystko. Pracował tu przed reorganizacją. Był kasjerem. W każdy wtorek o tej porze w kasie znajdowała się ta właśnie suma w takich nominałach.
Klienci banku patrzyli zdziwieni na złodzieja. Napady takie, jak ten można już było jedynie oglądać na starych dwuwymiarowych filmach, z popularnego ostatnio cyklu "Z filmoteki naszych dziadków".
Worek został napełniony. Jonatan zabrał go i wybiegł na ulicę. Zdawał sobie sprawę, że Policja znajdzie go nim upłynie półtorej godziny. Najsłynniejszy przestępca drugiej połowy XXI wieku wymykał się organom ścigania aż przez 22 godziny! Jonatan nie był takim supermanem. Zresztą nie zamierzał się przed nikim chować. Jego cel znajdował się ledwie dwie przecznice od miejsca kradzieży. I właśnie do niego dotarł. Wbiegł przez znowu modne obrotowe drzwi do bostońskiego oddziału Zakładu Ubezpieczeń "Xanthi" i skierował się do jednego z licznych pomieszczeń, gdzie urzędnicy czekali na petentów.
- Chciałem założyć Polisę Marsjańską na sumę miliona na moje nazwisko. - wyrzucił z siebie ciężko dysząc
Część 33 / 4
- Prawo jazdy proszę. - urzędniczka miała miły głos - Na jaką kwotę będzie opiewać polisa?
- Milion.
- Milion dolarów amerykańskich?
- Tak. - Jonatan zaczął się niecierpliwić. Nerwowo patrzył na drzwi, przez które lada moment powinna wpaść policja.
- Napije się pan kawy? A może wody mineralnej?
- Tak, chętnie wezmę wodę.
Urzędniczka podała napój, potem przerzuciła dane osobowe z dokumentu do komputera, następnie wydrukowała treść umowy. Choć trwało to wszystko chwilę, temu przerażonemu człowiekowi wydawało się jak gdyby upływały godziny.
- Proszę o podpis. Tu i jeszcze tu...
Część 44 / 4
Jonatan drżącą ręką dopełnił formalności. Teraz całe napięcie spłynęło z niego. Dla firmy ubezpieczeniowej nie było istotne skąd pochodziły pieniądze, przecież ubezpieczalnie chroniła ustawa kongresu, ważny był jedynie dokument, którego oryginał Jonatan trzymał w ręku.
Teraz nie miał już powodów, by bać się czegokolwiek. Już wcześniej pogodził się ze śmiercią. Spokojnym krokiem wszedł na posterunek policji i złożył oświadczenie, że dokonał przestępstwa.
Skuty w kajdanki poinformował, że jest chory na MV i całą kwotę przelał na polisę.
W policyjnym laboratorium ponownie został przebadany. Badanie wykazało zaś, że jest całkowicie zdrowy. To był dla niego szok!
Wyrok sądu był wyjątkowo łagodny. Ławnicy rozumieli desperację człowieka, który chce zapewnić byt rodzinie, tkwiąc w błędnym mniemaniu o swej rychłej śmierci. Dostał pięćdziesiąt lat ciężkich robót.
Teraz dopiero świat Jonatana zawalił się całkowicie. Jego niewielki fundusz emerytalny został przekazany bankowi, jako odszkodowanie. Dziewięćdziesiąt procent jego wypłat za pracę w kamieniołomach również przekazywano na ten cel.
Jego żona umarła niecałe półtora roku po napadzie. Dzieci, do których stracił prawa rodzicielskie z dożywotnim zakazem kontaktów trafiły niewiadomo gdzie. Jonatanowi pozostała wiara, że gdziekolwiek by były jest im dobrze. Jednak sam był dzieckiem z sierocińca i wiedział, jakie są realia.
W drugim roku pobytu naukowcy wreszcie odkryli źródło choroby i znaleźli sposób,