Fantastyka · 17 min czytania
Polowanie na czarownice
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 5
Polowanie na czarownice
Ostróżka siedziała w chatce pochylona nad robótką. Długie, zręczne palce sprawnie operowały drutami, ciągle dodając nowe oczka do dzierganej pończochy. Do zimy było jeszcze co prawda daleko, ale o ciepłą odzież należało się zawczasu zatroszczyć. Poza tym przy robieniu na drutach wypoczywała jak rzadko.
Nagle woda w stojącym na palenisku kotle zabulgotała i w tej samej chwili przez klapę w drzwiach wpadł czarny kocur Łapeć izaczął gonić w kółko po izbie, miaucząc przy tym przeraźliwie.
Kobieta odłożyła druty.
- Ale usiądź spokojnie i powiedz to jeszcze raz, powoli – zwróciła się do zwierzaka.
Kot posłusznie usiadł – wobec wiedźmy każdy był nadzwyczaj pokorny – ale drgający koniuszek ogona zdradzał wielkie podniecenie właściciela.
- Polowanie na czarownice? Tutaj? - Ostróżka nie dowierzała. - A zapomnieli już, kto im bydło z zarazy wyleczył? Kto położnicom środki na uśmierzenie bólu zadawał? No i kto powódź zawrócił? - Jej głos stawał się coraz groźniejszy i aż trzęsła się ze złości. - No, ale ja im przypomnę, niewdzięcznikom!
Z tymi słowy wyszła na polanę przed chatą. Z otaczającej domostwo puszczy dobiegały wrzaski rozsierdzonego tłumu, które wyraźnie się przybliżały, i to w sposób nieprzypadkowy.
Część 22 / 5
- Gdzie?! - ryknęła potężnie, gdy napastnicy poczęli wyłaniać się spomiędzy drzew. A głos, mimo mikrej postury, miała donośny, teraz dodatkowo wzmocniony zaklęciem.
Nagle zapadła cisza. Wiewiórki pierzchły wyżej w korony drzew, lis skulił się w norze a wieśniacy przystanęli w pół kroku. Nawet wystraszony dzięcioł przestał stukać w pień.
- Gdzie? Mir domowy mi będziecie zakłócać!
Prowadzący grupę sołtys machnął niedbale ręką. Jednak głos mu lekko drżał, gdy przemówił.
- Et, gdzieżby tam. - Widły, które dzierżył w ręku, wcisnął stojącemu za nim pachołkowi, żeby nie rzucały się wiedźmie w oczy. - To tylko tak na pokaz było. Bo widzicie, książę Smagor urządził polowanie na wiedźmy i wielkim zapałem chce was spalić. Tośmy musieli was ostrzec.
Wtrącił się kowal, splunąwszy siarczyście.
- A żeby polowanie odbyło się należycie, to urzędników rozesłał po każdej wsi, coby dopilnowali, czy wiedźma schwytana i czy stos wystarczająco jasno płonie. Siła ich się po księstwie, jakoby zaraza jakaś. A najwięcej ich tu, w okolicy księcia siedziby i jeden taki u nas właśnie siedzi i powiada, że książę sobie wrzód pod bokiem wyhodował, a wrzody ogniem się tępi. To wzięlim widły i pognali kupą, coby się ta swołocz nie połapała.
- A cóż za sprawę ma ten książę do zwykłej wiedźmy, że od razu każdą na stos chce posłać?
Część 33 / 5
- Tego nam nie wiadomo. Nie szło spytać tego tam urzędnika, bo on strażnikami otoczon, niczym ścierwo sępami.
- A nie można było po prostu powiedzieć, że wiedźmy nijakiej we wsi nie ma? - indagowała Ostróżka.
- To nie takie proste. - Sołtys chrząknął. - Próbowaliśmy, ale to cwana gadzina jest. „Bydło”, powiada, „ coś nazbyt zdrowe, pola i sady urodzajne, chorób i zgonów wśród narodu też jakoś mało, tedy czarownica we wsi musi siedzieć.” Tak gadał. I dodał, że jak czarownicę będziemy kryć, to i nas rychło do stosu przywiążą. Tośmy umyślili, że jak już was ostrzeżemy, to wzniecimy w lesie pożar, wy uciekniecie, a jemu powiemy, że wiedźmę w ogień wrzuciliśmy. Jak mu pokażemy zwęglone deski, to nie będzie ścierwo pytać i sobie pójdzie. Dom sobie odbudujecie, zresztą, pomożemy wam.
Ostróżką aż zatrzęsło w środku na myśl o spaleniu jej chatki. Opanowała się jednak, w końcu wieśniacy chcieli dobrze. Choć nie docenili jej skoro sądzili, że ucieknie.
Pokiwała głową.
- Tedy dziękuję za ostrzeżenie. Coś mi się zdaje, że trzeba coś z tym zrobić. - rzekła i przeszedłszy pomiędzy zdumionymi wieśniakami udała się do wioski.
Obcy siedział na ławeczce przed karczmą. Od razu go rozpoznała. Nosił się na żółto i niebiesko, w barwach księcia, a miną dawał do zrozumienia, że ma o sobie bardzo wysokie mniemanie. Dodatkowo towarzyszyło mu dwóch strażników.
Chciała zadać mu parę pytań i, być może, wyperswadować polowanie na nią. Rzadko uciekała się do przemocy, prawdę mówiąc wolała rozwiązania ugodowe. A często pomocna przy tym bywała zwykła wódka, którą w razie potrzeby umiała wyczarować.
Część 44 / 5
Przypomniało jej się, jak kiedyś zatrzymała cały oddział maruderów, wracających z wojny. Po prostu wyszła przed nich i wyciągnęła butelkę. Chłopy tak się ucieszyły, że zapomniały o rabowaniu i mordowaniu, zwłaszcza że flaszka była magiczna i i nigdy się nie opróżniała. Wieczorem następnego dnia obudzili się z porządnym bólem głowy i zrezygnowani powlekli się do domów. Przednia to była wypitka. Wiedźma także się przyłączyła, jednak miała cokolwiek mocniejszą głowę.
Gdy podeszła strażnicy natychmiast zastąpili jej drogę. Chcieli jeszcze przepędzić ją przekleństwem a może i uderzyć, ale nie zdążyli. Ostróżka pstryknęła placami i zamieniła ich obu w pająki. Ilekroć w gniewie zdarzało jej się przemieniać ludzi, to zawsze w pająki, nie wiedzieć czemu. Niestety, z rozpędu przemieniła też urzędnika.
„Ktoś tu się będzie solidnie tłumaczył” myślała, wracając do domu.
Znalazłszy się znów w chacie, podeszła do kotła, sypnęła doń jakiś proszek o sobie tylko wiadomej proweniencji i wypowiedziała zaklęcie. W wodzie zobaczyła wirujące obrazy. Zatrzymała ten, który pokazywał grupę okolicznych wiedźm wykłócających się z księciem. Było ich sporo, wszak zamek z jego mieszkańcami zapewniał stały i szeroki rynek zbytu na czarodziejskie usługi. Pokiwała głową. Spodziewała się, że nie tylko ona będzie chciała powiedzieć księciu jakie ma zdanie o jego pomyśle. Przesłała wiadomość dalej, by i inne czarownice w książęcych włościach dowiedziały się o wiedźmobiciu.
Wybrała najlepszą spódnicę – to znaczy taką, która najmniej była pokryta plamami po różnych magicznych substancjach i nie groziła nagłym zniknięciem, co wystawiłoby właścicielkę stroju na pośmiewisko – i wzięła na ręce kocura. Wszak chowaniec to nieodłączny element wizerunku wiedźmy. Jasnobrązowe włosy pozostawiła rozpuszczone jako że wiedźmy nigdy nie dbały o fryzurę. Któż to widział czarownicę w kunsztownie upiętych lokach?
Przed wyjściem przywołała jeszcze mantykorę. Stwór wylazł z lasu machając przyjaźnie uzbrojonym w kolec ogonem. Ostatecznie to Ostróżce zawdzięczał wyciągnięcie z dołu-pułapki i wcale nie przeszkadzała mu służba u czarownicy.
- Domu pilnuj – przykazała Ostróżka. Mantykora gorliwie pokiwała łbem, dzięki czarom rozumiejąc ludzką mowę. Otarła się wiedźmie o nogi, na co ta pogłaskała jej płową grzywę.
Część 55 / 5
Po czym otoczyła się zaklęciem transportującym i w mgnieniu oka znalazła się na dziedzińcu książęcego zamku.
Nigdy nie rozumiała, dlaczego ludzie sądzą, że czarownica, koniecznie musi latać na miotle. Zaklęcie przecież było o wiele prostsze i szybsze, wystarczyło wyraźnie podać cel, reszta załatwiała się sama. Zresztą, można było przenosić nie tylko siebie, ale i innych ludzi a nawet zwierzęta i przedmioty. Poczta działała tylko dlatego, że wiedźmy bardzo niechętnie użyczały ludziom swojej mocy, bo, jak mówiły, załatwianie takich drobnostek to nie było ich zajęcie.
Przejście z dziedzińca do zamku i odnalezienie księcia nie nastręczyło większych trudności. Nikt jej nie zatrzymywał, bo służba widząc przybywające czarownice, zrezygnowała i opuściła zamek a dworzanie poukrywali się po komnatach. Ci zaś, którym były one niestraszne (a niewielu takich śmiałków było), powzięli decyzję o wycofaniu się, gdy zobaczyli jak jedna z nich wjeżdża na dziedziniec na ogromnym czarno – białym wilku. Kiedy Ostróżka przechodziła obok, chowaniec zamerdał radośnie ogonem, rozpoznając wiedźmę.
Smagora zaś zlokalizowała, kierując się odgłosami kłótni roznoszącymi się po całym zamczysku. Szła, nasłuchując, przez korytarze a ze ścian przypatrywały jej się liczne portrety przodków księcia, porozwieszane w równych odstępach.
Książęca komnata była urządzona praktycznie, jedyną ozdobą były ścienne gobeliny. Gdy Ostróżka weszła, sprzeczka trwała w najlepsze. Wiedźm było więcej niż pokazywał obraz w wodzie . Wieści o polowaniu rozeszły się po księstwie błyskawicznie, a to za sprawą niezawodnej poczty kociołkowej.
- Żonę mi w ropuchę zamieniłyście! - wrzeszczał pan zamku. - Budzę się rano i zamiast księżnej, w pościeli widzę gadzinę!
- Toć po raz kolejny pytam: dlaczego miałybyśmy to zrobić? - dociekała jasnowłosa niewiasta w średnim wieku na której ramieniu…