Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Hobby · 27 min czytania

Polowanie Wigilijne

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Za oknem pada puszysty śnieg. Mróz z lekka przemalował szyby. Na dworze szarość zagościła swym panowaniem. Wyszedłem z domu. Moja łada stała na parkingu cała w śniegu. Otworzyłem drzwi,broń i inne swoje rzeczy ułożyłem na tylnym siedzeniu. Siadłem za kierownicą, włożyłem klucz do stacyjki. Dźwięk rozrusznika napawał mnie niepokojem,a co będzie jak nie zapali?

Kręciłem rozrusznikiem dobre parę minut,i zapalił. Poczułem ulgę. Na myśl iż iż jadę na polowanie ogarnęła mnie wielka radość. Zatęskniłem za lasem. Bardzo lubię jeździć do lasu. Tam odnajduję spokój przed zgiełkiem codziennego trudu. Silnik zagrzał się,mogę wreszcie jechać. Jadąc ukazał mi się widok wałów śniegu po przejeździe pługa. Jadąc przypomniałem sobie o dwóch kolegach z koła,którzy nie mieli czym dojechać na miejsce zbiórki. Skręciłem w wąską jeszcze nieodśnieżoną uliczkę. Ową uliczką szedł w starszym wieku mężczyzna, otulony z postawionym kołnierzem jesionce.

Postawił kołnierz,broniąc się przed natarczywym śniegiem. Jadę jeszcze 200. metrów. Zatrzymałem się przed parterowym domem, z gankiem poprzeplatanym bujną winoroślą, lecz w zimowej szacie.

W wyobraźni widzę ów dom,ożywiony zielonymi pędami,pnącymi się wysoko, coraz wyżej. Nie musiałem naciskać na klakson. Uchyliły się drzwi, i stanął w nich mężczyzna w wieku 40 lat. Ubrany w moro,z czapką futrzaną na głowie. Prawie biegiem skierował swe kroki do samochodu.

Otworzył: drzwi. Broń,torbę,i stołek położył na tylnym siedzeniu, a sam usiadł z przodu. - Dar Bór - Darz Bór - odpowiedziałem. Samochód ruszył. Śnieg sypie gęsto. Widoczność jest niezbyt dobra. Wycieraczki,raz po raz zgarniają kupy śniegu. Jedziemy dalej. Miałem obawy,że nie przyjedziesz po mnie.- rzekł Wojciech.

Uśmiechnąłem się,i rzekłem. Bez obaw. Jeżeli powiedziałem,że przyjadę po ciebie,to przyjadę. Obietnic nie łamię. Wojciech zdjął czapkę z głowy,i położył ją na siedzeniu. Już myślałem,że żona mnie nie puści na te polowanie. Mało co by doszło do kłótni.- powiedział. Sypie mocno. Musze zwolnić,gdyż słabo widzę. Zmieniłem bieg.

Byłem pewien,że tylko moja tak marudzi. Och te baby,aby tylko koło nich latać,a gdy chcemy coś dla siebie,jest to im nie po nosie. Jeżeli już baba nad tobą ma władzę,to już jesteś skończony. - powiedziałem. Co ja mówię,pomyślałem. A co dzisiaj miałem rano. Nie możemy na to pozwolić. Nie możesz na to pozwolić. Jeżeli na to pozwolisz,to będziesz musiał pisać wniosek o pozwolenie w polowaniu.- powiedziałem.

Wojciech się rozchmurzył,uśmiechnął i rzekł: - Tak ż1e jeszcze nie jest,lecz ciekawy jestem jak twoja podchodzi do tej sprawy.

Zmarszczyłem czoło,gdy pomyślałem nad treścią jego słów. - Jak podchodzi,pytasz ?...odchodzi jak każda inna żona myśliwego. Po prostu nie jest zauroczona tym,iż idę na polowanie,i zostawiam ją samą w łóżku,wczesnym rankiem,lub na całą noc,gdy łysy zawita na niebie.

- Gdy siedzisz na ambonie w środku nocy,a księżyc świeci ci w oczy, nie nachodzą cię obawy,iż w domu mógł ktoś zająć twoje miejsce przy żonie.- powiedział Wojtek.

Zamyśliłem się,i zaśmiałem prawie w głos ,gdyż poluję już przeszło dwadzieścia lat, i jeszcze nigdy będąc w lesie nie nachodziły mnie takie myśli.

Zdałem sobie, sprawę,iż może las pokryty księżycową poświatą posiada w sobie jakiś czar,moc. A odpowiedziałem tak: - Wiesz co Wojtek,posłuchaj sprawa przedstawia się tak. Będąc w lesie,a tym, bardziej w lesie pokrytym księżycową poświatą,człowiek,wydaj mi się zostaje w pewnym sensie oczarowany. Gdy padną na ciebie pierwsze promyki tajemniczej tarczy księżyca,istnieje dla ciebie las,i to co w nim się znajduje. Liczy się dla ciebie tylko ta chwila,chwila obecna.

Wojtek patrzył zamyślonym wzrokiem w tuman śnieżnego pyłu. - Ciekawie mówisz,wiesz coś w tym jest,bo gdy znajduje się w lesie,otoczonym poświatą pełni księżyca gdzieś zostaje wessana troską codziennego życia. Zostaje wtedy las,a my jakby jego cząstką.-powiedział.

Samochód skręcił w ulicę,która prowadzi do osiedla mieszkaniowego. Jedziemy wąską osiedlową alejką,która zaraz przed nami została ciągnikiem odśnieżona. Zajechaliśmy pod jeden z 4-piętrowych bloków.

Wszyscy spali twardo,tylko w kilku oknach pali się w światło. Nacisnąłem na klakson,choć zdałem sobie sprawę,iż wszystkich pobudzę. Poczułem się głupio. Mija 5. minut,nikt się nie zjawia. Mija kilka minut,to samo. Cisza. Minęło wreszcie 15 minut. Spoglądamy obaj co chwilę na zegarek. Wreszcie się zjawił nasz kolega z koła imieniem Władek. Miłośnik zwierzyny. I może dlatego tak często pudłuje.

Otworzył drzwi,i usiadł z tyłu,mamrocząc coś pod nosem. - Psia kość, jak to dzisiaj polować,jeżeli już na 10 metrów nic nie widać.- powiedział.

Racja pomyślałem,i powiedziałem swoje zdanie na ten temat. Co jak co, ale nagonka nie będzie chodziła tak jak trzeba, a i zwierzyna nie ruszy ze swoich ostoi.

Zima faktycznie dała o sobie znać. Padać zaczęło wczoraj wieczorem, przez cały czas trwania nocy nie przestało,choćby na chwilkę. Zanosi się, iż w dzień także sypało będzie .Zima na dobre, zaskoczyła komunikację drogową. Drogi na niektórych odcinkach stały się nieprzejezdne. Pługi kursują. jeden za drugim,oczyszczając drogi ze śniegu. Całe szczęście, iż droga prowadząca do Brzozówki jest przejezdna. Jedziemy cały czas powoli,szybciej się nie da. Ślisko. Zrobiło się jaśniej,i jakby nieco śnieg osłabł.

- Jeszcze przez tą śnieżycę polowanie zostanie odwołane.- pow. Wojtek. Spojrzałem na niego badawczo, i rzekłem: - Nie masz racji. Takich polowań się nie odwołuje,a tym bardziej, że czeka nas wieczerza wigilijna. Do naszej rozmowy wtrącił się nareszcie Władek. - Zgadzam się z tobą Grzegorzu,takich polowań się nie odwołuje,choćby nie wiem co by się działo - Może śnieg zelży,a wtedy polowanie,i wieczerza wypełnią się urokiem prawdziwej zimy- powiedziałem. Przed nami ostry zakręt. Zmniejszyłem nacisk na pedał gazu. Droga na zakręcie zalśniła fragmentami lodu. Przejeżdżając zakręt zarzuciło nas delikatnie ku poboczu. Zza zakrętu ukazały się nam budynki gospodarcze. Przed nami Wólka Zarzocka -wieś. Mijając wioskę,ukazał się naszym oczom następny zakręt. Zmniejszyłem natychmiast prędkość samochodu. Po prawej stronie ukazał się nam; pod pokryciem śnieżnej kotary las Wólka Zarzocka. Ściana lasu zbliżała się ku szosie coraz bardziej, i bardziej. Brzeg, lasu wyróżnia się kontrastującymi bielą szronu,i śniegu brzozami. Ich gałęzie zwisają majestatycznie niczym siwe włosy kobiety. Wszystko wokół zostało przykryte coraz bardziej rosnącą warstwą śnieżnego kobierca. W Wólce Zarzockiej-las mieszka nasz dobry znajomy pan Piotr, który jest strażnikiem łowieckim w naszym kole. - Nie ma to jak siedziba, i gościnność pana Piotra. Dobry to człowiek,wszystko daje z siebie,aby zwierzyna nie odczuła głodu. Nigdy nie odmawia jak coś trzeba zrobić.- rzekłem.

Gdy przykryje ziemie kobierzec białego puchu,dla zwierzyny zaczyna się wędrówka w poszukiwaniu żeru. Wystarczy jeden paśnik,aby zwierzyna została w łowisku; pod warunkiem, iż ten paśnik nie będzie świecił pustką. To wszystko zależy bezpośrednio od strażnika,a pośrednio od myśliwych. - Tak, a i koleżeński jest, i wskaże gdzie najlepiej zasiąść. On dokładnie wie, gdzie zwierzyna ma swoje ostoje. - rzekł Wojciech. - Gdy strzelę dzika,lub kozła, zawsze pomaga mi przy obielaniu, i patroszeniu.- rzekłem. Bez obaw na polowaniu będzie. On takich chwil nie opuszcza.-powiedział Wojciech. Jedziemy jeszcze cztery kilometry. Po jednej,i po drugiej stronie widnieje las . Mamy przed oczyma swoisty kalejdoskop. Obielone przez śnieg pnie sosen, obciążone nim konary,siały raz po raz białym pyłem. Zjawisko owe wprawiało nas w osłupienie. Po prawej stronie szosy ukazała się nam leśna droga,na której widniały ślady nie dawno jadącego samochodu. Po lesie hula wiatr grając pieśń na gałęziach sosen. Wjechaliśmy w koleiny,które zostały po niedawno przejeżdżającym samochodzie. Samochód grzęzł raz po raz, w zaspach śniegu, ocierając podwoziem o powierzchnie. Przejeżdżamy w pobliżu młodnika,z którego ku naszemu zaskoczeniu ujrzeliśmy uchodzącego lisa. Lis dyndował wprost na nas. Nagle zatrzymał się,uniósł wietrznik do góry,i stał tak chwilę. Ruszył dalej. Po, kilku metrach,znów się zatrzymał. Stanął jak wryty. Spojrzał na nas i czmychnął w gąszcz malin. Dobra wróżba. —Ale pech widzieliście. Dlaczego nie pojawił się,gdyby było się już na stanowisku,z bronią gotową, do strzału. Dlaczego ? - rzekł Władek. Faktycznie miał rację,pomyślałem. Przecież jedziemy na polowanie. Kto by nie chciał tego lisa. Tym bardziej już w pierwszym pędzeniu. Każdy by chciał. Może później spotkamy jego jeszcze. - Wielka szkoda,ale co zrobisz.-powiedziałem. - Może nawinie się komuś na muszkę,gdy już będziemy stali na linii.-powiedział Wojtek. Gdy tak jechaliśmy ni stad, ni zowąd zaskrzypiało coś pod nami. Samochód nagłe zahamował. Dodałem gazu,stało się. Tylnymi kołami zarył w śniegu. No jasny gwint-pomyślałem. Jeszcze nam tego brakowało,spóźnimy się na pierwsze pędzenie. - Chciał czy nie chciał ugrzęźliśmy,i co dalej ?-powiedziałem. Władek wielce poruszony sytuacją,i moimi słowami,powiedział: - Co dalej,co dalej ,trzeba coś wymyślić. Nie będziemy czekać bezczynnie. Trzeba samochód wypchać i tyle. Otworzyły się drzwi samochodu,i cała trójka łącznie ze mną znalazła się na zewnątrz. Wyciągnąłem papierosy. Wzięliśmy po jednym do ust. Zapaliliśmy,i patrzyliśmy tak bezmyślnie na wkopane w pół koła samochodu. Spróbujemy razem wypchać,może się uda. - Spróbujmy wypchać. Może damy radę. Jest nas przecież trzech. -powiedział Wojtek. - Dwóch,bo ktoś musi być za kierownicą,i operować gazem,inaczej nie damy rady.- powiedział Władek. Pomyślałem,że będę pchał razem z nimi,a potem wskoczę za kierownicę. Aby tylko go wypchać. Więc odezwałem się. - Pomogę wam pchać. Jak ruszy z miejsca; szybko wskoczę za kierownicę. Dopaliliśmy papierosy. Zaczeliśmy pchać. Śnieg pod kołami zaczął skrzypieć. Centymetr po centymetrze samochód zaczął wychodzić z feralnego miejsca - Gdy go wypchaliśmy,natychmiast usiadłem za kierownicą. Odpaliłem silnik. Wrzuciłem bieg,i delikatnie ruszyłem do przodu,i zaraz się zatrzymałem. —Wsiadać,nie gapić się. Zobaczcie która godzina.- zawołałem. Minęła godzina 7:30.Jedziemy jeszcze chwilę przez las. W oddali ukazała się nam zagroda, i budynki. Dojeżdżamy do leśniczówki. Przed leśniczówką stoją aż cztery samochody. Prawdopodobnie są już wszyscy. Czekają tylko na nas . Zbiórka za chwilę się rozpocznie. śnieg jak padał godzinę temu,pada i teraz. Nie pamiętam Polowania Wigilijnego,żeby sypało tak jak dzisiaj. Zdaje mi się, iż ta śnieżyca nada-uroku temu polowaniu. Wjechaliśmy na podwórze .Jedni przerwali, rozmowę, a drudzy zaczęli rozmawiać na nasz temat. Zauważyłem to po tym, iż niektórzy pokazywali na nas palcem - Coś pod nosem mamrotali. Zaparkowałem koło malucha, stojącego tuż przy płocie. Zabraliśmy swoje rzeczy,i wyszliśmy z samochodu. - Macie szczęście. Już mieliśmy rozpocząć polowanie bez was,ale jeszcze mieliśmy nadzieję,że się pojawicie.- powiedział łowczy. Nie ma to jak wśród swoich kompanów pomyślałem. Wszyscy są zadowoleni,i coś sobie nawzajem opowiadają. Śnieg mocno się przerzedził,polowanie powinno być znakomite. Z nieba suną duże płaty śniegu,powoli spadając na świeży biały puch. Ten puch spadał także na nas,którzy stawaliśmy się coraz bielsi. Podszedłem do prezesa przywitać się. Za moim przykładem poszli Władek, i Wojtek. - Darz Bór - rzekłem - Darz Bór - odpowiedział prezes. Podchodziliśmy po kolei,witając się. Podszedłem do łowczego. - Czołem, Darz Bór. Pogoda wyśmienita. Prawda Józef zima,prawdziwa zima.- rzekłem. - Owszem. Czemu nie byłeś na polowaniu w zeszłą niedzielę,mieliśmy piękny rozkład.- powiedział łowczy. - Nie mogłem. Musiałem wyjechać.- rzekłem. Łowczy strząsnął z czapki śnieg, i rzekł: - Żałuj,że ciebie nie było. Odstrzeliliśmy aż cztery dziki. Taki rozkład zdarza się bardzo rzadko. - ty strzeliłeś coś.- zapytałem. - A jak by nie. Na muszkę podszedł mi odyniec, i dwa lisy. Polowanie udało mi się. - rzekł. Witałem się z dalszymi uczestnikami dzisiejszego polowania. - Cześć Grzegorzu,ile zyskałeś punktów za szable tego dzika,co go strzeliłeś miesiąc temu. Chyba kwalifikowały się jako medalowe. - rzekł Zbigniew. Zbyszek jest moim bliskim kolegą. Tworzymy obaj nierozłączną parę. Zazwyczaj wyjeżdżamy na polowania razem. Jest niskim,szczupłym,w wieku około czterdziestu pięciu lat mężczyzną. Jak na swój wiek chodzi jak motorek. Jest dobrym strzelcem i etycznym myśliwym. Ma syna,i marzeniem jego jest wprowadzić go w tajniki łowiectwa. Szable. Mierne,takie sobie,po prostu brąz - rzekłem. - A nie mówiłem ci,że te szable są medalowe. A ty nie wierzyłeś. ty to masz zawsze szczęście.- rzekł Zbigniew. Faktycznie nie zdawałem sobie sprawy wtedy,trzymając szable w ręku, iż mogą by medalowe. Komisja przyznała mi brązowy medal. Tak po prawdzie,to nie ja zasłużyłem na ten medal. To ten dzik,który życie oddał za ten brązowy krążek. Cóż znaczy ten brąz dla tego dzika. Biegi pod nim się uginają,i pada martwy,nie zdając. sobie sprawy z tego, że jest posiadaczem medalowych szabel. Przywitałem się z innymi, i ze strażnikiem. - Cześć Piotr. Dobrze,że jesteś. Z tobą nagonka chodzi jak trza a nie tak jak oni chcą. - rzekłem. - Bez obaw dam sobie radę z nimi.- odpowiedział. Strażnik w tym czasie rozdawał nagonce kamizelki sygnalizacyjne. Gdy…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%