Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 17 min czytania

Pomarańcz i błękit

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Pozwalam sobie przedstawić wam taki mały tekst. Traktuję go jako rodzaj wprawki pisarskiej, bo długo już nic, co nie byłoby techniczne nie pisałem. Opowiadanko powstało pd wpływem krótkiej animacji, którą możecie znaleźć w necie. Życzę miłej lektury.

Pomarańcz i błękit

Ktoś, kiedyś powiedział, że istnieje wiele równoległych wszechświatów i wszystko, co jest tylko prawdopodobne (a i to, co mniej prawdopodobne także) gdzieś się wydarza. Może w kilkuset światach nie zasiadam teraz do klawiatury, bo o tej porze zasypiam szczęśliwy, tuląc w ramionach jakieś piękne dziewczę. Może nawet istnieje uniwersum, gdzie do mojej piersi, łaskocząc puchatym uszkiem, tuli się niebezpiecznie zgrabna kocio - kobieca hybryda. Dokładnie taka, jak ze snów, które czasem przytrafiają mi się nad ranem. Udaję potem zwykle, że mi się nie przyśniły. W przeciwnym wypadku czułbym się zobligowanym do skorzystania z porady lekarza, o którego specjalności lepiej nie wspominać zbyt głośno. Przyjmijmy na potrzeby tej opowieści, że teoria wszechświatów równoległych jest prawdziwa. W sumie może i jest, nikt jak na razie nie dowiódł bowiem, że jest przeciwnie. Jeśli więc zdarzyć może się wszystko, to niech gdzieś w odmętach wszechświata istnieje całkiem niewielka planeta. Zapewne będzie krążyć wokół jakiegoś słońca, które najpewniej jest żółte i gorące. Może planeta ma księżyc, spoglądający z nocnego nieba na zakochanych, ale to akurat nie jest istotne dla naszej opowieści. Wyobraźmy sobie, że glob ten dokładnie w połowie jest niebieski. Nie błękitny, ale zwyczajnie niebieski, jak powiedzmy przylaszczki wczesną wiosną. Mieszkają na nim istoty tejże barwy. Tylko nie wyobrażaj sobie zaraz kosmity na krótkich nóżkach z pękatą jak dynia głową. Nie, oni podobni są do nas, no może za wyjątkiem długich, takich trochę króliczych uszu. Są smukli i, co ważne, wyraźnie męscy. Noszą spodnie i kubraczki koloru blue, mają granatowe włosy i mieszkają w swoich szafirowych wioskach tudzież miasteczkach. I jest im ogólnie.... niebiesko. Po przeciwnej stronie dominuje ciepły pomarańcz. Istoty są nieco drobniejsze, noszą ładnie skrojone sukienki i skrywają pod nimi całkiem apetyczne krągłości. Mówiłem już, że te kreacje są pomarańczowe? Mieszkanki tych stron są zazwyczaj radosne, powiedziałbym, nieco zadziorne nawet, a ich zgrabne puchate uszka przypominają trochę kocie. Barwy nie przenikają się i nie mieszają, ponieważ oddziela je mur. Wysoka do nieskończoności (choć to bardzo specyficzna nieskończoność) szklana ściana. Wszyscy wiedzą, że jest nie do przebycia, bo tak jest i kropka. Pusto jest więc pod szklanym murem, bo i kto by tam przychodził. Niebieskie istoty żyją swoimi niebieskimi sprawami, a pomarańczowe, tymi w kolorze dla nich odpowiednim, choć budzą się i zasypiają w rytmie tego samego dnia.

*** Zmaterializował się, z braku lepszego, słowa po pomarańczowej stronie muru. Robił to codziennie, od zawsze. W dni parzyste, po jednej stronie szklanej ściany, w pozostałe oczywiście po przeciwnej. Materializacja sugeruje zwykle pojawienie się czegoś, jakiejś materii, masy, on był jednak złożony z pustki. Skondensowanej nicości, przyodzianej w wypłowiały nieco, czarny płaszcz. Ruszył z wolna przed siebie. Dzień po dniu, przechodził wzdłuż muru cały obwód planety. Że niemożliwe? Ależ owszem. Pod warunkiem, że ma się swój własny, prywatny, czas. Zwykle nikogo nie spotykał. Nawet jeśli, to i tak był właściwie niewidzialny. Nie to, że chroniła go jakaś specjalna magia, po prostu umysły wszystkich istot rozumnych mają tę cudowną cechę, że skrupulatnie nie zauważają zjawisk, które nie mogą się zdarzyć. Przecież wszyscy wiedzą, że po świecie nie włóczą się wysokie, wypełnione pustką płaszcze. - Jesteś moją śmiercią? - pod szklaną taflą siedziała pomarańczowa istotka. Zwieszone smętnie uszy sugerowały że nie jest to jej najszczęśliwszy dzień. Zatrzymał się zaskoczony i automatycznie dostosował własny czas do tego obowiązującego. - Takim wysokim szkieletem z kosą? - Błękitne światełka pod kapturem przygasły, co od biedy można było wziąć za przymrużenie oczu. Musiał się skupić, by dobrać właściwe słowa. Wiele stuleci minęło odkąd ostatnio używał mowy. - Znaczy antropomorficzną personifikacją zjawiska umierania? - No tak - dziewczyna zaintrygowana uniosła wzrok. W kącikach wielkich pomarańczowych oczu lśniły krople łez. - Nie sądzę - odparł. - Przynajmniej tak mi się wydaje. Ty mnie widzisz? - spytał trochę głupio. - Tak. Przecież stoisz przede mną. - Ludzie zazwyczaj mnie nie dostrzegają, bo ponoć nie mogę istnieć - wzruszył ramionami. - Ale istniejesz, bo Cię widzę - pomarańczowa istotka zastrzygła uszami. - Chyba że jesteś tylko wytworem mojej wyobraźni. - Raczej nie, choć pewnie trudno to udowodnić. - błękitne iskry rozjarzyły się jaśniej. - Jestem.... - poszukał w pamięci - Audytorem. Tak, to chyba najodpowiedniejsze słowo. Pilnuję, żeby rzeczy działy się jak trzeba. - To dobrze - dziewczyna odetchnęła z ulgą. - Myślałam że moja śmierć zbyt się pośpieszyła. - A miałaś zamiar dziś umierać? - Nie - zaprzeczyła. - Oczywiście, że nie. Ale właściwie powinnam... chciałam... Nie, to pewnie wyda ci się głupie... - westchnęła. - Czuję, że zrobiłam coś strasznego. Przyjrzała się uważnie, ale oczywiście nic nie dało się wyczytać z mroku pod kapturem. - Wiesz, może opowiem ci wszystko od początku. No chyba, że się spieszysz. - Nie sądzę. - Audytor wsunął sugestię dłoni w szerokie rękawy szaty i przysiadł na ziemi. Błękitne iskry znów przygasły. - Mam swój własny czas poza czasem - dodał tonem wyjaśnienia.

***

- Zaczęło się, gdy przyszłam tu w dzień swoich urodzin. Audytor słuchał, malutkie supernowe rozjarzały się to przygasały, jakby w zamyśleniu przymykał ozy. - Wiesz, ja... - westchnęła. - Ja nie jestem zbyt towarzyska. Łatwo się peszę, to jest okropne. Nigdy nie wiem co ze sobą zrobić, co powiedzieć - wyznała zmieszana - Wtedy, z nim tam, po drugiej stronie, było inaczej. To było takie naturalne, jakbym... No jakbym była tą lepszą sobą. Rozumiesz? Audytor nie odezwał się, lecz skinął głową, że słyszy i pojmuje.

***

Pustka nie ma w zwyczaju odpowiadać na pytania, nawet te egzystencjalne. Lśniąca ściana ciągnęła się aż po widnokrąg niema i doskonale obojętna. Właściwie nic nie miała do zaoferowania oprócz szkła, piasku pod nogami i nieba nad głową. Po przeciwnej stronie, zasnute mgiełką oddalenia majaczyły kontury niebieskiego miasta. Nie było w tym nic dziwnego, oczywiście wiedziała, że tam jest, bliskie i niedostępne jednocześnie. Drgnęła zaskoczona. Po drugiej stronie stronie stał on. Niebieski. Wiedziała jak wyglądali, każdy przecież wiedział. W końcu ich lekko rozmyte przez nierówności tafli zdjęcia zamieszczał każdy podręcznik geografii po pomarańczowej stronie uniwersum. Może po tamtej ktoś tak samo oglądał jej fotkę? Ten tutaj był jednak na wyciągnięcie ręki, choć przecież niedostępny. Miał przyjemny uśmiech i zmierzwione włosy. Więc i ona się uśmiechnęła. Coś mówił, ale przecież tafla izoluje każdy dźwięk. Wzruszyła ramionami i przyłożyła dłoń do ucha. Najwyraźniej zrozumiał, przygryzł w zamyśleniu kciuk i opuścił na moment uszy. Po chwili znów uśmiechnął się szelmowsko, pochuchał na szkło i zanim mgiełka się ulotniła, narysował kontur pisaka. Pod spodem napisał "Jutro?" i posłał jej kolejny uśmiech, tym razem taki jakby nieśmiały. Jak nie odpowiedzieć tym samym? Rozpromieniła buźkę i pomachała na pożegnanie, jakby robiła to od zawsze. Nazajutrz niemal przemocą powstrzymywała się by nie pobiec bladym świtem pod mur. Ubrała zwiewną pomarańczową sukienkę, która tak ładnie podkreślała kolor jej oczu. Zmusiła się, by zjeść musli na śniadanie, jak to przystoi grzecznej panience i poszła. Niby powoli, spacerkiem, ale przecież zdradzał ją ten miękki, taneczny krok, jakim chodzą szczęśliwe dziewczęta. - Pytał serio? A może tylko zadrwił sobie? Może go tam wcale nie będzie? Był. Siedział na piasku naprzeciw szklanej tafli. Pomarańczowe serce podskoczyło radośnie w piersi a uszy uniosły się na sztorc. Więc czekał! Usiadła na przeciw. - Jak się masz? - napisał. Pod spodem dorysował uśmiechniętą buźkę.

***

- Och. Pisaliśmy o wszystkim i o niczym. Mogłam być wreszcie sobą. On też mógł przestać udawać. To jak wyjść ze skorupy, która więziła cię całe życie. Rozumiesz? Audytor skiną głową, albo przynajmniej tą częścią niczego, która skrywała się pod kapturem. Błękitne iskry przygasły. - Staraliśmy się spotkać każdego dnia, choćby na krótką chwilę.…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%