Inne · 14 min czytania
Pomocna dłoń (cz.2)
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Kiedy podjechaliśmy na ulicę Śnieguliczki, samochód pośrednika już stał za bramą posesji, zaś jego właściciel rozmawiał przez telefon. Po skończonej rozmowie przywitał nas z grobową miną. – Czy coś się stało? – zapytałem. – Niestety. Było włamanie. Zaraz przyjedzie policja. – To może umówimy się w innym terminie? – Nie ma potrzeby. Wejdziemy w ich asyście do domu i sprawdzimy, czy coś nie zginęło. Potem państwo obejrzą całość i spróbujemy sfinalizować transakcję. Czekając na przybycie policjantów obeszliśmy w jego towarzystwie dom dokoła. – Weszli przez to okno – wskazał na wybitą szybę okna wychodzącego na wzniesiony zaledwie metr nad ziemię taras. Gdy znaleźliśmy się ponownie przed głównym wejściem na teren posesji wjechał radiowóz, z którego wysiadł policjant z dystynkcjami sierżanta. – Cześć, Bożenko! Co ty tutaj robisz? – powiedział ujrzawszy moją żonę. – Cześć Michał. Chcemy kupić ten dom? – Naprawdę? – zrobił dziwną minę, ale napotkawszy wzrok pośrednika dodał – To ładny dom. Ale, może wejdziemy do środka? Pośrednik otworzył drzwi i wpuścił policjanta do wnętrza domu. – Czy my też możemy? – Zasadniczo, to niezgodne z przepisami, ale czego się nie robi dla szkolnej koleżanki… – Tylko koleżanki? – Bożena zrobiła minę skrzywdzonego dziecka. – Myślałam, że łączyło nas coś więcej niż koleżeństwo. – Ja też tak myślałem, ale nie chciałem tego mówić przy twoim towarzyszu. – Ach, przepraszam. To jest mój mąż – Wojtek. – Wojciech Ratułt – wyciągnąłem dłoń jego stronę. – Jerzy Jabłoński. Uścisnęliśmy dłonie. – Jerzy, czy Michał? – Jerzy, ale znajomi używali mojego drugiego imienia. Twierdzili, że jestem, jak Wołodyjowski. – Taki kozak, czy wiecznie nieszczęśliwie zakochany. – Jedno i drugie – zaśmiał się szczerze. – Ale znalazłem swoją ukochaną Baśkę – w tonie jego głosu dało się wyczuć fałsz, {i}Chyba nie polubię tego człowieka...{/i} – tyle, że na imię ma Dorota. No, ale my tu sobie gadu-gadu, a prostata rośnie… – O, wypraszam to sobie! Mnie nie rośnie – roześmiała się Bożenka. – Nic? – uśmiechnął się kpiąco. A ile jesteście po ślubie? – Nic. Trzy miesiące. – To macie jeszcze trochę czasu. A mojej Dorotce już drugie rośnie.
Weszliśmy do środka. Cuchnęło kurzem, myszami i jeszcze czymś nieokreślonym, ale charakterystycznym dla wszystkich, od dawna niezamieszkałych domów. Policjant w pierwszym rzędzie podszedł do okna. Na wystających z ramy resztkach szyby dostrzegłem ślady krwi. – Trzeba będzie pobrać próbki, ale nasz technik jest w tej chwili zajęty – stwierdził Jerzy Michał. Zaczęliśmy oglądać poszczególne pomieszczenia, ale żadnych śladów bytności kogokolwiek nie dostrzegliśmy. – Czy nic nie zginęło? – zapytał policjant. – Chyba nic. Zresztą jak sam pan widzi zostały tu tylko grube rzeczy, które trudno byłoby wynieść. Śladów zniszczeń również nie dostrzegam, więc chyba wszystko w porządku. Pewnie ktoś dostał się tu z czystej ciekawości. Chyba nie ma sensu wszczynanie jakiegokolwiek dochodzenia. – Skoro tak, to dobrze. Roboty nam i tak nie brakuje. Ale zajrzyjmy jeszcze tutaj. To zapewne łazienka. – Tak. To jest łazienka. – Pośrednik nacisnął klamkę, wymacał kontakt i zapalił światło. – Kiedy moja żona przekroczyła próg stanęła oniemiała. To nie była łazienka. To był pokój kąpielowy. A wanna… Cudo! Zapewniam cię, że czegoś takiego w życiu nie widziałeś. Była długa na ponad dwa metry – potem sprawdziłem dokładnie – miała dwa dwadzieścia. Wykonana była z porcelany, czy raczej z fajansu, a jeślibyś spojrzał na nią z boku z poziomu podłogi, to mógłbyś się przestraszyć, bo wyglądała jak rekin. Pysk z wielkimi zębami, ogromne ślepia, łuki skrzelowe, oraz płetwa – a raczej dwie – rozmieszczone po obu bokach płetwy grzbietowe, służące jako uchwyty pomagające przy wstawaniu. – Tego tu wcześniej nie było – Pośrednik wskazał na leżące na posadzce brudne łachmany. – Taak. Wygląda na to, że dostał się tu jakiś bezdomny. Załatwił jakieś nowsze ciuchy, więc się przebrał i poszedł, a stare zostawił. Może nawet się wykąpał… – Odkręcił kurek i włożył dłoń pod strumień wody. – No proszę. Ciepła. – Cały czas płacimy za prąd, wodę i ogrzewanie – wyjaśnił pośrednik. – No to, nic tu po mnie. Do widzenia panu – pożegnał się z reprezentantem właściciela, uścisnął również moją dłoń, oraz – chyba nieco przydługo – rękę Bożenki. {i}Na pewno nie będę polubię faceta{/i} Wkrótce potem również opuściliśmy willę i zajęliśmy miejsce w samochodzie. – No i co ty na to? – zapytałem. – Super! Trochę starych mebli zostawimy, podłogi się wycyklinuje i będą jak nowe. Trzeba będzie położyć trochę kafelek i terakotę, no i oczywiście wymienić okna i drzwi. – Do tego dojdzie jeszcze ocieplenie, remont dachu i wymiana rynien, wymiana instalacji elektrycznej i wodno-kanalizacyjnej, oraz cała masa innych rzeczy, o których nie mam pojęcia. To pochłonie fortunę... – Nie martw się. Ojciec na pewno nam pomoże finansowo. A co sądzisz o tej wannie? – Rzeczywiście rewelacja. Ale wolałbym nie ko0rzystać z pomocy twego ojca. – A co? Wolisz brać kredyt z banku? – No, nie. Z dwojga złego wolę pomoc teścia.
*
Po niespełna roku wprowadziliśmy się do naszego domu. Nie działo się nic szczególnego, aż do chwili, kiedy wybraliśmy się na wczasy na Kubę. Nie chcieliśmy zostawiać domu bez opieki, więc Bożenka poprosiła swoją starą ciotkę, by przez te dwa tygodnie zamieszkała w naszej willi. Starsza pani trochę się przed tym wzbraniała, ale w końcu wyraziła zgodę i na dzień przed naszym wyjazdem wprowadziła się do gościnnego pokoju. Dwa tygodnie w tropikalnym klimacie upłynęło szybko i przyjemnie. Warszawa przywitała nas chłodem i pluchą, ale cieszyliśmy się, że niedługo zasiądziemy przed palącym się w kominku ogniem i zanurzymy się w „brzuchu” naszego rekina. Kiedy znaleźliśmy się na podjeździe stwierdziliśmy, że w domu panują ciemności. – Czyżby cioci coś się stało? – zaniepokoiła się Bożenka. – Pewnie położyła się spać – uspokoiłem jej obawy. – Starzy ludzie na ogół wcześnie się kładą. Za to rano nie mogą uleżeć w łóżku. – Pewnie masz rację. Weszliśmy do domu i posiedzieliśmy przed kominkiem sącząc przywieziony z wczasów kubański rum i oglądając wszystkie możliwe programy informacyjne, których trochę nam przez ten czas brakowało. Rano stwierdziliśmy, że cioci nie ma w kuchni, ani w salonie, więc zajrzeliśmy do jej pokoju – był pusty. To znaczy, niezupełnie pusty. Wszystkie sprzęty znajdowały się na swoim miejscu, łóżko było zaścielone, ale nie było cioci. – Może wyjechała, wcześniej? – zasugerowałem. Bożena zajrzała do szafy. – Chyba jednak nie. Wszystkie jej rzeczy, z walizką włącznie są na miejscu. Muszę zadzwonić do rodziców.