thriller · 8 min czytania
Pomyłka
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
- Ile płacę? - Czterdzieści złotych. Eryk podał pieniądze. Uniósł bliżej oczu bukiet pięknych róż. Zachodzące słońce krwawo przeświecało przez płatki. Cmoknął usatysfakcjonowany. Były takie jak trzeba. Chował portfel, gdy poczuł gwałtowne pchnięcie. Z trudem utrzymał równowagę. Mało co nie wpadł w wiaderka pełne kwiatów. Obrócił się wściekły. Zobaczył zakapturzonego młodzieńca oddalającego się szybkim krokiem. Był podpity, albo spragniony przygód, bo bezceremonialnie roztrącał przechodniów na boki. Eryk poczuł jak zagrały mu nerwy. Z natury był dość narwany i w normalnej sytuacji nie odmówiłby sobie zdecydowanej reakcji. Teraz jednak miał ważniejsze sprawy na głowie, nie mówiąc o tym, że wystroił się elegancko i bał się, żeby podczas wymiany argumentów nie ucierpiała jego jedyna wyjściowa kreacja. - Patrz pan, ile tej hałastry szwenda się po ulicach! Rozdepcze taki człowieka i nawet nie zauważy! Odebrał reszty. Uśmiechnął się do kobiety. Chciał coś odpowiedzieć, gdy usłyszał rozpaczliwy krzyk. Obejrzał się za siebie. Kilkadziesiąt metrów dalej znajomy młodzian szarpał się ze starszą kobietą. Najwyraźniej próbował pozbawić ją torebki. Broniła się desperacko. Scenkę otaczał wianuszek widzów. Jedni coś pokrzykiwali, inni patrzyli z niechęcią, jakby zniesmaczeni niestosownością tego widowiska. Nie reagował oczywiście nikt Eryk zaklął. Pal licho jedwabny krawat. Miał swoje żelazne zasady. - Niech pani potrzyma! - rzucił kwiaciarce róże. Puścił się pędem z rozwianymi połami płaszcza. Teraz on bezpardonowo roztrącał przechodniów. Dotarł na miejsce w momencie, gdy kobieta zaczęła przegrywać nierówną walkę. Wpadł na chłopaka jak huragan. Całym impetem pchnął go w plecy. Zaskoczony złodziej upadł na kolana. Był jednak zwinny, błyskawicznie poderwał się na nogi, obracając się jednocześnie. Erykowi przypomniała się młodzieńcza fascynacja boksem. Wypuścił powietrze z płuc. Na ugiętych nogach przygotował się do wyprowadzenia ciosu. Złapał napastnika za kurtkę. Bandzior nie czekał na uderzenie, zerwał się do ucieczki. Eryk popatrzył za nim rozczarowany, nabuzowany adrenaliną. Ta chwila wahania wystarczyła, by kapturnik wyślizgnął się z kurtki jak piskorz, zostawiając mu ją w ręku. Przebiegł przez jezdnię i zniknął wśród ludzi po drugiej stronie ulicy. Eryk stał, czując jak opuszcza go bojowe napięcie. Rozejrzał się. Otaczali go ludzie żywo komentujący wydarzenie, ale dziwnie omijający wzrokiem jego bohatera. Nawet ocalona kobieta dość ozięble podziękowała mu za pomoc. Zły jak osa cisnął trzymaną w ręku szmatę do ulicznego kosza.
Wrócił po swoje róże. Sprzedawczyni wyglądała na jedyną uradowaną z rozwoju akcji. Wręczyła mu pięknie przyozdobiony bukiet, rozgadała się, trzymając Eryka za rękaw. - Tu jest coraz gorzej. Sama się boję tu siedzieć, nawet w biały dzień. Łobuzy, pijaki i ćpuny. Nawet na kobiety były jakieś napady, gdzieś niedaleko... Eryk nie był w nastroju do podtrzymywania konwersacji, delikatnie, ale zdecydowanie uwolnił się od rozmówczyni.
Przeszedł przez ulicę. Zaczął spacerować lawirując między śpieszącymi gdzieś nieprzytomnie ludźmi. Zbliżał się kwietniowy zmierzch. Słońce przeświecało znad dachów niepewnym światłem, jakby niezdecydowane czy gorzeć już pełnym, letnim blaskiem, czy jeszcze zimową bladością. Cienie rzucane przez budynki wprowadzały jakiś nerwowy nastrój, wyganiały do domów. To jeszcze nie był czas na letnie, wieczorne spacery. Eryk mijał matki ciągnące opierające się dzieci, żony z torbami pełnymi zakupów, mężczyzn o zmęczonych twarzach, zdążających do domów po całodziennej szychcie. Tylko staruszkowie snuli się powoli przy ścianach, może dlatego, że brakowało im…