Inne · 5 min czytania
Pomyłka
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Zbliżała się noc. Powietrze było gorące i wilgotne. John otarł mokre czoło i kolejny raz przełożył walizkę do drugiej ręki. Siedmiogodzinna podróż dała mu w kość lepiej niż zawodowy bokser. Marzył tylko o jednym – o hotelowym łóżku i długim regenerującym śnie. Pościel nie musiała być czysta, po pokoju mogły skradać się myszy i prusaki, jego wymagania zamykały się na kawałku dachu nad głową i kawałku drewna pod tyłkiem. Ale John nie należał do ludzi, którym spełniają się marzenia. Nigdy żadne się nie ziściło, więc dlaczego tym razem miało być inaczej? W pierwszym hotelu nie było już miejsc, recepcjonista pokiwał tylko żałośnie głową i skazał podróżnika na dalszą tułaczkę. Kolejny, już na pierwszy rzut oka przewyższał finansowe możliwości mężczyzny kilkakrotnie, lecz mimo to John zaryzykował i wszedł. Znacznie przystojniejszy i sympatyczniejszy recepcjonista z wielkim żalem powiadomił go o komplecie i doradził motel kilka ulic dalej. To była ostatnia deska ratunku, więcej hoteli w mieście nie było. John wszedł do środka by przywitać najbrzydszego i najbardziej niesympatycznego z recepcjonistów, jakich spotkał w całym życiu. Młody człowiek, żując coś niczym krowa siano, jednym zdaniem pozbawił go nadziei na odpoczynek. Nie ma już miejsc, nie ma już miejsc… Dzwoniło mu w głowie. Co teraz zrobić? Gorączkowo rozważał każdą ewentualność, noc na ulicy nie wchodziła w grę, tyle słyszał o grasujących szajkach i drobnych rabusiach. Nie zamierzał stać się nagim i bezimiennym trupem z głównej ulicy. Zrezygnowany poszedł przed siebie, szedł tak w noc wchodząc w boczne drogi i wbrew rozsądkowi oddalał się od centrum miasta. Włócząc się tak dotarł do motelu dla czarnuchów, roześmiana grupa właśnie wysypała się z środka. Do czego to doszło – pomyślał. – Czarny ma gdzie spać a człowiek musi się tłuc po obcym mieście. Nie ma sprawiedliwości. Usiadł zrezygnowany na murku i otworzył walizkę by coś przekąsić. Szperając w rzeczach wyczuł coś metalowego i okrągłego – a jednak nawet i jego spotykało szczęście, Mary na pewno włożyła mu puszkę wołowiny na drogę i zapomniała o tym powiedzieć.Niestety on i szczęście nigdy nie szli tą samą drogą. Zawartość puszki była czarna i gęsta w dodatku okrutnie cuchnęła. Pasta do butów a właściwie pasta do butów całego wojskowego plutonu. John załamał ręce, do żony też niestety szczęścia nie miał. Zaczynało się robić zimno, zmęczenie powoli układało go na chodniku, pragnął tego , ale jeśli chce się jutro znów obudzić musi z tym walczyć. Nie…