Medycyna · 14 min czytania
Pomysł Na Śmierć
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
I
Nie próbowałem nawet wmawiać sobie, że to nie prawda czy pomyłka. Przyjąłem wszystko spokojnie tak jakbym właśnie dowiedział się o wypuszczeniu na rynek nowego rodzaju gumy do żucia. Pomyślałem tylko sobie, że cholernie szkoda, że za dwa lata są finały Mistrzostw Europy w piłce nożnej u nas, a ja nie obejrzę nawet jednego meczu. Rak płuc w zaawansowanym stadium, jakieś pół roku życia przede mną. Każdy normalny człowiek by się załamał, nie przyjmowałby tego do wiadomości, a może nawet dałby sobie uciąć rękę, że lekarze się pomylili. Ale ja chyba nie jestem normalny. - Niestety nie możemy nic zrobić. Choroba została wykryta zbyt późno, a teraz operacja byłaby prawie pewną śmiercią. Przykro mi – takie oto słowa usłyszałem 16 Pażdziernika 2010 roku. Ja, Adam Zawistowski. Dziewiętnastoletni student pierwszego roku Filologii Angielskiej. W tym dniu chyba nawet lekarz był zdumiony moją reakcją na tę wiadomość. Właściwie mógł mi to powiedzieć po prostu tak - Chłopie umierasz, to twoje ostatnie pół roku - Być może taka forma przekazu informacji bardziej by mną wstrząsnęła. Tak naprawdę najbardziej obawiałem się reakcji w domu. Płaczu rodziców, wyrazów współczucia rodziny. Najchętniej w ogóle nie wracałbym tego dnia do domu, tylko wynajął pokój w jakimś odległym kraju na pół roku, tak żeby nikt mnie tam nie znalazł. Na samą myśl o tych szlochach, lamętach i pocieszaniu robiło mi się niedobrze. Ale po głowie zaczął mi chodzić nieuporządkowany jeszcze pomysł, którego pełny kształt miałem poznać za kilkadziesiąt minut.
II
Wychodząc ze szpitala czułem wciąż rosnące podniecenie. Oczywiście nie było to zwykłe podniecenie o podłożu seksualnym. Przypominało ono oczekiwanie takie jak odczuwamy jako dzieci chociażby w Boże Narodzenie oczekując na prezenty. Pierwszy moment szoku przeżyłem gdy nagle spostrzegłem, że idę w przeciwnym kierunku niż ten w którym mieszkam. Wyglądało to tak jakby nogi nie współpracowały z resztą ciała i podążały one w kierunku tylko sobie znanego celu. Zamyśliłem się , dlatego poszedłem w inną stronę pomyślałem. Przecież nie codziennie dostaje się informację, że umierasz. Jakiś ślad w mojej głowie to jednak musiało zrobić. Jednak po ,,odzyskaniu’’ kontroli w nogach wcale nie miałem ochoty zmieniać kierunku. Pomysł powoli rodzący się w szpitalu zaczął się powoli składać w całość. Niezbyt śmiałe słońce październikowego popołudnia powoli chowało się za budynkami, a ja wciąż szedłem, ale teraz wiedziałem już gdzie, wiedziałem też, że w kieszeni mam portfel z pieniędzmi, które dostałem z dużym poślizgiem za letnią pracę przy budowie domu znajomych, było to około tysiąca złotych. Mijając kolejne skrzyżowania skręciłem w małą, prawie niewidoczną uliczkę między dwoma budynkami, taką w której to często chowają się uciekinierzy w kiepskich filmach akcji klasy B. Przez moment czułem się przytłuczony ogromem sytuacji i ciężarem jaki ona za sobą niesie. Chyba przez cały ten czas byłem w lekkim amoku, być może mój mózg tak właśnie zareagował na wiadomość o rychłym stuknięciu do bram Świętego Piotra. Zbliżając się jednak do celu mojej jeśli można to tak nazwać wycieczki czułem jak napięcie i podniecenie staje się coraz przyjemniejsze i napędzające do działania. Po kilku minutach marszu Warszawskimi zaułkami doszedłem do starej kamienicy otoczonej zaniedbanym i średnio przypominającym swój pierwowzór ogrodem. O miejscu tym słyszałem tylko z rozmów ze znajomymi, którzy od swoich znajomych o tym miejscu słyszeli. Poczułem nagle lekki ucisk z żołądku, a po chwili bezruchu podszedłem do ogromnych dwuskrzydłowych drzwi, które mogłyby zapewne opowiedzieć wiele ciekawych historii gdyby tylko miały głos. Nieśmiało wyciągnąłem dłoń i zapukałem do drzwi, do których nigdy w normalnej sytuacji nie odważyłbym się zapukać. Teraz wydarzenia miały się już toczyć bardzo szybko.
III Drzwi były otwarte, a moim oczom ukazał się obraz zaniedbanego i okropnie zakurzonego korytarza, który wydawał się ciągnąć w nieskończoność. Każdy krok wzbudzał we mnie lęk i niepokój. – Skoro już tu jesteś to zrób to do końca – nagle taka myśl przeleciała mi przez głowę. Szedłem więc dalej licząc każdy krok dla zabicia nieprzyjemnych wizji tego co zaraz zobaczę, które skutecznie wyparły przyjemne podniecenie i atmosferę oczekiwania. Wreszcie dostrzegłem koniec długiego korytarza i spostrzegłem trzy pary drzwi, jedne na wprost mnie i dwie pary po ich przeciwległych stronach. Instynktownie zapukałem do środkowych naprzeciwko mnie. Te były już zamknięte. Ciszę wypełnił odgłos pukania - Czego – odezwał się ktoś ochrypłym, jakby przepitym tanią wódką głosem - Ja w sprawie ciężkiego towaru, słyszałem, że mogę go tu dostać – mówiłem to z lekkim niepokojem. Dowiedziałem się od znajomych, że lekki towar to dragi, a ciężki to ten po który właśnie tu przyszedłem. - Coś ty za jeden? Nie pies? - Nie, po prostu słyszałem o was od znajomych, potrzebuję towaru - Kolego pamiętaj, jeden fałszywy ruch i mózgu będziesz szukał na ścianie. Rozumiemy się kolego? - Tak ma się rozumieć – wyczułem w swym głosie nieco ironiczny ton, być może zabrzmiało to pod tak pod wpływem silnego stresu Wtem drzwi z potężnym piskiem otworzyły się, a pierwszą rzeczą jaką ujrzałem była twarz, a raczej gęba właściciela przepitego głosu. Tak jak ją sobie wyobrażałem, pulchna, zarośnięta i pełna bruzd, modelowa facjata typa z pod ciemnej gwiazdy. - Hej dzieciak, a po co tobie spluwa, co? - Trenujemy z kumplami strzelanie do celu. Chcemy wypróbować cos ostrzejszego – szybko wymyślone kłamstwo z wyjątkową łatwością przyszło mi do głowy, ale jego banalność uderzyła mnie dopiero po jakimś czasie. - Cel, pewnie do zwierząt się strzela nie? - Nie no co pan, kartonowe pudełka mamy, złożyliśmy się i mnie wysłali. – Szczerze mówiąc nie spodziewałem się takiej kontroli. Przez moment czułem się jak na policji. - Dobra, szczerze mówiąc to gówno mnie obchodzi na co ci ta klamka właź dalej, idź za mną. Po wejściu za nazwijmy go ,,typem’’ dostrzegłem, że jest nieco wyższy ode mnie, na oko coś koło metra osiemdziesiąt pięć. Typ prowadził mnie przez ciemne pomieszczenie z zakrytymi roletami oknami, które na myśl przywałowało mi nieco klub jazzowy, ciągle wypełniony dymem papierosowym. Tak to pomieszczenie można było nazwać swojego rodzaju klubem jazzowym, tyle, że bez jazzu. Na narożnych fotelach pod zasłoniętymi oknami siedziało parę typów pokroju tego, za którym szedłem. Po drugiej stronie dostrzegłem coś co można nazwać barem. Na wysokim barowym krześle siedziała dziewczyna, była to znana w dzielnicy panna lekkich obyczajów nie pracująca…